All language subtitles for Scenes.of.a.Sexual.Natures.2006.1080p.WEBRip.x265-RARBG xx

af Afrikaans
ak Akan
sq Albanian
am Amharic
ar Arabic
hy Armenian
az Azerbaijani
eu Basque
be Belarusian
bem Bemba
bn Bengali
bh Bihari
bs Bosnian
br Breton
bg Bulgarian
km Cambodian
ca Catalan
ceb Cebuano
chr Cherokee
ny Chichewa
zh-CN Chinese (Simplified)
zh-TW Chinese (Traditional)
co Corsican
hr Croatian
cs Czech
da Danish
nl Dutch
en English Download
eo Esperanto
et Estonian
ee Ewe
fo Faroese
tl Filipino
fi Finnish
fr French
fy Frisian
gaa Ga
gl Galician
ka Georgian
de German
el Greek
gn Guarani
gu Gujarati
ht Haitian Creole
ha Hausa
haw Hawaiian
iw Hebrew
hi Hindi
hmn Hmong
hu Hungarian
is Icelandic
ig Igbo
id Indonesian
ia Interlingua
ga Irish
it Italian
ja Japanese
jw Javanese
kn Kannada
kk Kazakh
rw Kinyarwanda
rn Kirundi
kg Kongo
ko Korean
kri Krio (Sierra Leone)
ku Kurdish
ckb Kurdish (Soranî)
ky Kyrgyz
lo Laothian
la Latin
lv Latvian
ln Lingala
lt Lithuanian
loz Lozi
lg Luganda
ach Luo
lb Luxembourgish
mk Macedonian
mg Malagasy
ms Malay
ml Malayalam
mt Maltese
mi Maori
mr Marathi
mfe Mauritian Creole
mo Moldavian
mn Mongolian
my Myanmar (Burmese)
sr-ME Montenegrin
ne Nepali
pcm Nigerian Pidgin
nso Northern Sotho
no Norwegian
nn Norwegian (Nynorsk)
oc Occitan
or Oriya
om Oromo
ps Pashto
fa Persian
pl Polish
pt-BR Portuguese (Brazil)
pt Portuguese (Portugal) Download
pa Punjabi
qu Quechua
ro Romanian
rm Romansh
nyn Runyakitara
ru Russian
sm Samoan
gd Scots Gaelic
sr Serbian
sh Serbo-Croatian
st Sesotho
tn Setswana
crs Seychellois Creole
sn Shona
sd Sindhi
si Sinhalese
sk Slovak
sl Slovenian
so Somali
es Spanish
es-419 Spanish (Latin American)
su Sundanese
sw Swahili
sv Swedish
tg Tajik
ta Tamil
tt Tatar
te Telugu
th Thai
ti Tigrinya
to Tonga
lua Tshiluba
tum Tumbuka
tr Turkish
tk Turkmen
tw Twi
ug Uighur
uk Ukrainian
ur Urdu
uz Uzbek
vi Vietnamese Download
cy Welsh
wo Wolof
xh Xhosa
yi Yiddish
yo Yoruba
zu Zulu

Original subtitles

SPI prezentuje

BURZA HORMONÓW

Występują

Piłkarze! Pięćdziesiąt kawałków tygodniowo!

Czyli dziesięć kawałków dziennie.

Bo to pięciodniowy tydzień.

Jeden mecz tygodniowo, maks dwa.

A trenują tylko do południa, więc wychodzi

dziesięć kawałków za dzień roboczy.

Jakie mądrości wyczytałaś w tym tygodniu?

Czytam o czymś, co się nazywa orgazm wielokrotny.

- To ich wymysły. - Raczej nie.

Orgazmy wielokrotne kończą się po ślubie.

Zwłaszcza kościelnym.

Przysięga je likwiduje.

W oczach Boga wystarczy jeden orgazm na sesję.

Gdyby tak było, chodziłabym do kościoła.

Orgazm wielokrotny! No nie!

Nam musi wystarczyć pojedynczy, ale czy narzekamy?

- Nie. - No właśnie.

Bo śpicie.

Mandy z Oxfordu ma co najmniej dziesięć orgazmów dziennie.

- Mówiłem ci, to wymysły. - Według twoich wyliczeń to będzie

pięćdziesiąt orgazmów tygodniowo.

Chyba, że gra w pucharach.

- Doszedłem! - Jamie!

- I znowu! - Cicho, ludzie zaczną się gapić.

Tutaj się dziwią, jak nie uprawiasz seksu.

I znowu!

Jeszcze siedem i mogę zamieszkać z Mandy z Oxfordu.

- Miałaby pani coś przeciwko? - Skądże.

Często pani tu przychodzi?

Nic lepszego pan nie wymyślił?

Niestety nie.

Bez obaw, nie poproszę pani do tańca.

Bardzo to krzepiące.

- Ten widok? - Tak.

Miło wiedzieć, że pewne rzeczy...

są niezmienne.

Chociaż mogłoby nie być tej przeklętej wieży.

Mnie się podoba.

Dobrze, że chociaż kiedyś mieliśmy inne ambicje niż beton.

Zastanawiała się pani, co by było,

gdyby wieki temu ktoś zauważył,

że zaczyna się Wielki Pożar Londynu, i po prostu...

ugasił ogień?

Londyn pewnie byłby cały z drewna.

A ile by było drzazg.

- A propos: byłby. - Co proszę?

- Często tu przychodzę. - Naprawdę?

Co środę, na tę ławkę.

No proszę...

- Niech pan uważa, kogo zaczepia. - Dobrze.

- To nadzwyczajnie. - Po prostu nawyk.

- Od dawna pani tu przychodzi? - Prawie pięćdziesiąt lat.

To wiele śród.

Nie tak znowu wiele. W święta nie przychodzę.

- Ładny widok? - Proszę?

Widzisz wszystko czy mam się przesunąć?

O czym mówisz?

- Jesteś naprawdę żałosny. - Dobry Boże...

- No właśnie. - Powinna uważać.

Żeby jakiś zbok nie wgapiał jej się w majtki?

- Tak. - Widziałam.

- Co? - Że się na nią gapisz.

Na jej majtki.

To idiotyczne.

- Piękna dziewczyna. - Myślisz?

Tak. Młoda, zgrabna...

- Jak wy to mówicie z kumplami? - O czym?

- "Brzuch jak werbel". - Wcale tak nie mówimy.

Jasne.

To na co patrzyłeś?

Widziałam cię.

A, to? Myślałaś, że ja?

Zabawne. Patrzyłem na książkę.

- No tak. - Tak.

Jasne.

A co to za książka?

L'E...

tranger.

- L'Etranger? - Tak.

- Znasz ją? - Ważna jest.

- Albert Camus, o ile się nie mylę. - Tak.

Jak byłem nastolatkiem, wywarła na mnie wielki wpływ.

- Naprawdę? - W końcu to Camus.

Ta książka... zmieniła moje życie.

Zobaczyłem, że ona ją czyta i pomyślałem, że to rzadki widok.

- O czym jest? - Proszę?

Ta książka, która zmieniła twoje życie.

Za dużo by mówić.

Powinnam wiedzieć, co zmieniło życie mojego męża.

- Uwielbiam ciekawe historie. - No wiesz, to...

francuska książka.

O człowieku, który jest...

L'etranger. Czyli obcy.

Przeżywa niezłą przygodę.

Jest nowy w mieście, miejscowi nie chcą z nim gadać.

Na początku jest obcy,

ale wskutek splotu niezwykłych wydarzeń

zostaje zaakceptowany jako nowy...

szeryf.

Szeryf?

Tak. To taki...

francuski...

western.

To faktycznie może odmienić życie.

I odmieniło.

Molly?

Molly, co ty...

Przepraszam, że przeszkadzam. Może mi pani pomóc?

- Oczywiście. - Zostawmy panią w spokoju.

- Pani nie ma nic przeciwko, prawda? - Nie.

- Ale... - Tak, słucham?

- Widziałam, co pani czyta. - Tak?

- L'Etranger? - Oui.

- Wspaniała literatura. - To samo powiedział mój mąż.

Zna pan tę książkę?

Czytałem ją parę lat temu.

Meursalt to niezwykła postać, prawda?

Nie umie kłamać i potrafi żyć teraźniejszością.

Niesamowita postać.

Tak.

A mimo to zostaje... szeryfem.

- Słucham? - Jezu!

Czy to nie nadzwyczajne, że jest taki prostolinijny,

a mimo to zostaje szeryfem miasteczka?

- Molly... - Pewnie zaprowadza tam porządek.

Chyba źle pani zrozumiała tę książkę.

- Naprawdę? - Tak.

To powieść o fundamentalnym kryzysie egzystencjalnym człowieka,

który nie umie zaakceptować ograniczeń,

jakie narzuca nam społeczeństwo.

A więc...

to nie jest western?

Nie.

Coś się stało?

Idziemy.

Nie, czekaj.

Chciałabym panią przeprosić w imieniu męża.

- Przeprosić? - Gapił się na pani majtki.

Molly!

Przepraszam, żona za długo była na słońcu.

To raczej mojego męża przegrzało.

Dobra rada: na drugi raz proszę uważać, opalając się tutaj.

Pełno tu...

zboczeńców.

Zbieraj rzeczy, idziemy.

Bardzo przepraszam.

Muszę już...

Naprawdę pan na mnie patrzył?

Tak.

Patrzyłem.

Wie pan,

- to trochę... przerażające. - Boże, rzeczywiście.

Pójdę już. Jeszcze raz przepraszam.

- Żona bywa zazdrosna. - O patrzenie na cudzą bieliznę?

Nie robię tego zbyt często, ale...

tak - chyba właśnie w takich okolicznościach okazuje zazdrość.

- A pan? - Ja?

Jest pan zazdrośnikiem?

Nie. Molly może patrzeć, na kogo chce.

Naprawdę?

Byle nie na Jude'a Law, ale tu chodzi o talent.

To ja już...

Naprawdę bardzo mi...

przykro.

Może...

chce pan jeszcze popatrzeć?

Słucham?

Chce pan zerknąć jeszcze raz?

- Zerknąć na? - Tak.

Wszyscy czasem potrzebujemy popatrzeć.

Jak Mersault w gorączce.

Tak. Jak Mers...

Dziękuję.

Czy tak się powinno?

Czemu nie?

Proszę bardzo.

Molly!

No więc...

- dlaczego zmieniła pani zwyczaj? - Zmieniłam?

Dzisiaj czwartek.

- Czwartek? - Tak.

- Na pewno? - Na pewno.

Nie, dziś jest środa.

Niemożliwe. Przychodzę tu w czwartki.

Żarty pan sobie stroi?

Siaduję na tej ławce i podziwiam ten widok w czwartki.

Czyli dziś musi być czwartek.

Albo jedno z nas się pomyliło.

Co zamierzasz?

Mam odejść?

- Masz podjąć decyzję! - Dobrze.

Podejmę.

Ale jeśli odejdę...

Nudzisz mnie, Ludo.

- Nudzę cię? - Na śmierć. Umieram z nudów.

- Jesteś niemożliwa! - Już to mówiłeś.

Zdecyduj się, do cholery!

Tak, żebyś nie żałował.

Nie dajesz mi wyboru.

Zacznij być odpowiedzialny.

Wszystko gra?

Gra, kotku?

Przechodziłem i zauważyłem, że gapisz się w przestrzeń.

Jakbyś była psychiczna.

Jeśli jesteś, to dobrze. Ale nie wyglądasz na psycholkę.

Nie znam żadnego świra,

ale w telewizji widziałem, że wyglądają inaczej.

Gdyby wyglądali jak ty, to już bym robił w gacie ze strachu.

Łapiesz?

Jeśli źle oceniłem sytuację, to...

przepraszam.

- Ty tak poważnie? - Ona mówi!

- Mówię. - Dobrze wiedzieć.

O co ci chodziło z tym "gdyby wyglądali jak ty"?

Proszę?

Jak ja wyglądam?

Ładna z ciebie myszka.

- Mniamuśna mamuśka? - Skoro tak wolisz.

- Nie mam dzieci. - To jeszcze lepiej.

- Myślisz? - Tak.

- Masz dzieci? - O kurde!

Jeszcze nie postawiłem ci drinka.

- Za młody jesteś na dzieci. - Fakt.

- Ile masz lat? - Dwadzieścia pięć.

- To nie za młody. - Może nie "za", ale jednak młody.

- W porównaniu z? - Z?

W porównaniu z czym jesteś młody?

Z telefonem. Jestem zdecydowanie młodszy.

Faktycznie.

A ty od czego jesteś młodsza?

- Słucham? - Co jest stare w porównaniu z tobą?

Co to za pytanie?

No co?

Co to za kurwa debilne pytanie?

To było twoje kurwa debilne pytanie.

- Już dobrze, możesz iść. - Mogę?

- Tak, idź już. - Dobra.

- Czyli z tobą już dobrze? - Tak. Dzięki za troskę.

Jestem Noel.

- Noel? - Jak Noel Gallagher.

I Noel Edmonds.

No to mi dowaliłaś.

- Jak tobie na imię? - Anna.

Jak Kournikova!

Chciałabym pobyć trochę sama. Nie obraź się.

Nie ma sprawy. Już się odczepiam.

- Dzięki za troskę. - Już dziękowałaś.

Co robisz?

Odczepiam się.

A teraz proszę, bądź cicho.

Potrzebuję spokoju.

Masz tupet.

Nie wciskaj mi takich tekstów.

- Nie zamierzasz stąd iść? - Nie.

- Zacznę krzyczeć. - To krzycz.

Wezwę policję i powiem, że mnie obmacywałeś.

Skoro mam za to siedzieć...

Chyba mierzę za wysoko.

Dam ci już spokój. Przepraszam.

Możesz zostać.

W sumie mogę.

Dlaczego uważasz, że masz u mnie jakiekolwiek szanse?

Nie pytałem cię, czy mam szanse.

Od początku się do mnie ślinisz.

Wcale nie. Byłaś smutna, więc spytałem, czy wszystko gra,

a potem postanowiłem pomedytować. Żadnego ślinienia.

Jesteś nienormalny.

Rozwalasz moje chi.

Molly!

Daj spokój!

Facet mnie zostawił.

Gdzie?

- Tutaj, przed chwilą. Ludo. - Ludo? Jak?

Jak nudny, podstarzały palant.

Mówił ci ktoś, że masz piękne oczy?

- Co to, tani podryw? - Naprawdę piękne.

- Wysil się. - Serio, są piękne.

- I całe szczęście... - Tak?

...bo odciągają uwagę od nosa.

- A co z nim nie tak? - Nic. Nos masz zajebisty.

Twierdzisz, że jest za duży?

- Wcale nie. - To o co chodzi?

Chcę powiedzieć, że...

nieważne, jaki masz nos, bo oczy i tak go przyćmią.

Przyćmią?

Masz piękny nos. Ale oczy tak rewelacyjne,

że nawet gdyby był kulfoniasty, to by nie szkodziło.

A nie jest. Ale gdyby był, to bym nie zauważył.

Zresztą do tej pory nie zauważyłem. Masz świetny nos.

Nie wiesz, z kim masz do czynienia.

- Jestem załamana! - Jak my wszyscy, kotku.

Za kogo ty się uważasz?

Wyłazisz nie wiadomo skąd i zadajesz mi osobiste pytania,

kiedy jestem przygnębiona czymś, co gówno cię powinno obchodzić.

A potem siadasz koło mnie -

koło atrakcyjnej, samotnej, bezbronnej kobiety -

i mówisz mi, że mam piękny nos. Jak śmiesz?!

- Przepraszam. - Co?

Przepraszam.

Za komplementy.

- To było gruboskórne. - Tak.

Te durne teksty! Zero oryginalności.

Durni faceci to jedno, ale durne teksty są... niewybaczalne.

Dobra, to był tylko podryw.

Widziałem, jak się kłócisz z tym...

- Dżudem... - Ludem.

Właśnie. I pomyślałem: bardzo zgrabna laska.

I bardzo bezbronna.

A ja bardzo napalony. Masz rację.

- Wiem. - Masz rację.

- Wiem. - Jak mi szło?

- Do dupy. - Przynajmniej próbowałem.

A ja kazałam ci się odwalić.

To się odwal.

Nie krzyczałaś.

- Masz rację. - Mam?

- Zróbmy to. - Znaczy co?

Chcę się z tobą rżnąć.

- Chcesz się? - Rżnąć. Chcę się rżnąć.

Przestań to powtarzać, bo mieszasz mi w głowie.

Podszedłem, bo chciałem cię tylko zaprosić na drinka.

- A ja ci mówię, że chcę się pieprzyć. - Jasne.

Serio?

Z reguły nie pytam więcej niż dwanaście razy.

Jasne.

Poważnie?

- Chcę się z tobą bzykać. - Ze mną?

Chcę się z tobą rżnąć.

Nie świrujesz?

Znaczy, że te moje durne teksty były skuteczne?

Były do dupy.

Gdybyś nic nie mówił, zerżnąłbyś mnie wcześniej.

Przez chwilę myślałam, że mi się podobasz, ale przestałam.

- Cudownie. - Przekonajmy się. Dawaj.

Teraz?

Dobra... To gdzie mieszkasz? Bo ja trochę daleko.

- Tutaj. - Tutaj? Teraz?

- Tutaj. - Tutaj?

- Tam. - Gdzie?

- Możesz rozpiąć? - Jasne.

Zaciął się.

- Ale chcesz tego? - Jasne! Czekaj.

No co?

Odpieprz się.

Nudzisz mnie.

Spieprzaj!

Czego ode mnie chcesz?

Ciekawa jestem, jak to było z Cheryl i Brianem.

Z kim?

- Byli szczęśliwi? - Kto wie?

Przynajmniej byli razem.

Czy to jest szczęście?

- Pewnie nigdy się nie dowiemy. - Myślę,

że poznali się podczas wojny.

Jego wysłali na front do Francji, a ona została w Londynie.

Harowała w fabryce zbrojeniowej.

Oboje zastanawiali się, kiedy i czy jeszcze się zobaczą.

Intensywny i straszny początek,

który pozwolił im pokonać trudności.

To tak jak z napiętym łukiem.

Im mocniej naciągnięta cięciwa, tym dalej doleci strzała.

I tak jest z miłością. Jestem przekonany,

że Cheryl i Brian daleko dzięki temu zaszli.

Cudze historie zawsze są ciekawe.

A pan daleko zaszedł?

Ona nie żyje, a ja siedzę w domu opieki w Cricklewood.

- Przepraszam. - Nie szkodzi.

Mają tam świetnego dentystę.

- W Cricklewood? - Tak.

Ale długą listę oczekujących.

A pani?

Tommy zmarł pięć lat temu.

- Czterdzieści trzy lata małżeństwa. - Brawo.

Uroczy był z niego człowiek. Przeuroczy.

Ale tę ławkę trzymałam w tajemnicy.

Ani razu nie przyszłam tu z nim.

Przez pewien czas myślał, że mam romans,

bo nie chciałam mu powiedzieć, gdzie to jest.

Mówiłam, że jadę do syna. Byle tylko tu przyjść.

Koniecznie chciałam mieć swoje własne miejsce,

własną ławkę, własny widok.

Ma pani syna?

Tak. Ma już ponad czterdzieści lat. Eddie.

Jak ja.

Dlaczego akurat ta ławka?

Był taki chłopak. Mieliśmy po siedemnaście lat.

Spotkaliśmy się tylko dwa razy. Tutaj.

Ja byłam zaręczona z Tommym, on też z jakąś dziewczyną.

No i...

To były inne czasy.

- Teresa. - Proszę?

Jego narzeczona.

Miała na imię Teresa.

On miał na imię Eddie.

A ona...

Iris.

- Nie w twoim typie. - Skąd wiesz?

Ty jesteś moim chłopakiem, to co innego.

To twój typ.

Nie mylisz się.

Czemu ciągle czytasz?

- Czemu? - Czemu.

Ty też powinieneś. Dowiedziałbyś się czegoś o sobie.

Ten tam mógłby mnie wszystkiego nauczyć.

Słusznie.

Poznałem niedawno faceta. Miał taki uśmiech...

Z cyklu "zero szacunku dla siebie"?

Z cyklu "zrobię ci loda jak nikt inny".

A, ten.

I zrobił?

Mam jakieś zasady.

- Zasady... - Zasady trzeba mieć.

Ty draniu.

Za to mnie uwielbiasz.

Słuchaj,

- tak sobie myślę... - Mówiłem ci. Dwóch to para.

A trzech orgietka. Nie o to chodzi.

- Nie o seks? - Nie.

A nie wierzyłem, że nadejdzie taki dzień.

To zgodzisz się na ogród?

Nie chcę żyć jak w "Pełnej sielance".

Jak byłem mały, podobała mi się Penelope Keith.

Margo?

Ma w sobie coś z Margaret Thatcher.

- Biedne dziecko. - Tobie pewnie Richard Briers?

Chyba cię pogięło.

- Felicity Kendall. - Nie chrzań!

Te ogrodniczki! Do dzisiaj chętnie bym ją przeleciał.

Po co tęsknisz za przeszłością?

- Nic w tym złego. - Trochę możesz,

- ale lepiej tęsknij za śniadaniem. - A ty więcej czytaj.

Penelope Keith? To pasztet.

Zawsze podobały nam się inne kobiety.

- To o czym myślałeś? - Kiedy?

Niedawno powiedziałeś: "tak sobie myślę".

Czy też ta myśl przepadła już

w którymś z pustych zakątków twojego umysłu?

Pomyśl, ile myśli błądzi po omacku,

szukając wyjścia, nim wydadzą ostatnie tchnienie

i staną się odległym wspomnieniem czegoś,

co kiedyś było niezłym pomysłem.

Powinieneś mniej czytać.

Wiem.

Jak zostaniesz ze mną na zawsze, to ograniczę.

Tak, tak. Chodź do tatusia.

- Cześć. Co ty na to? - Jezu!

Wielki, nie? No chodź.

Nie. "Nie" znaczy "nie".

Sam przylazłeś z fiutem na wierzchu.

Żeby się odlać.

Lej gdzie indziej. My tu się bzykamy.

Gdzie byłaś?

To ja cię powinnam spytać.

- Zasraniec. - O sobie mówisz?

Cześć.

- Gdzie Eve? - Zaraz przyjdzie.

- Nie wysikałem się. - Przede mną nie musisz udawać.

Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Tego już się nie piętnuje.

Bardzo śmieszne. Daj buziaka.

- Zawsze wspaniale całowałaś. - Ty też nie najgorzej.

- Szkoda, że tamten nie spróbował. - Daj już spokój.

Szybciej, Eve. Tatuś chce siusiu.

- Idź w inne krzaki. - Mowy nie ma.

Nie rozumiem, jak facet może chcieć się bzykać z facetem.

Kobieta zresztą też.

Nie doceniasz swojego magnetyzmu.

- Nie ja jeden. - Biedactwo. Posucha?

Zanim przyjdzie Eve... Przyniosłam dokumenty.

- A ty? - Też.

Orzeczenie rozwodu. Brzmi jak koniec.

A nie o to chodziło?

Pewnie o to.

Czy ty, Saro Louise Williams,

zgadzasz się nie rościć sobie praw

do życia i emocji tego mężczyzny,

Petera Briana Maxwella?

Tak.

Czy ty, Peterze Brianie Maxwellu,

zgadzasz się nie dzwonić więcej do Sary Louise Williams,

jak wypijesz parę piw i będziesz potrzebował bzykanka?

Tak. Tak. Tak. Zabolało.

Może raz na jakiś czas złamiemy zasady.

Tylko raz?

- A soboty? - Tato!

- Tatusiu. - Cześć, ślicznotko.

- Co u mojej księżniczki? - Mamusia kupiła mi rower.

- Fajny? - Najfajniejszy na świecie.

Tak to jest, jak rodzice się rozwodzą. Dzieci dostają prezenty.

Dobrze, że się rozwodzicie. Mama jest teraz szczęśliwsza.

Tak?

Tata też. Mała szczęściara z ciebie.

- Dlaczego? - Bo masz rodziców, którzy są...

bardzo szczęśliwi.

Twoje koleżanki pewnie nie.

Kocham cię, mamo, ale chcę mieć dwie mamusie, jak Amy.

Wiesz, co to jest lesba?

Znaczy, wierzba. Takie drzewo.

Rośnie często nad wodą.

No właśnie, woda. Przejdziemy się?

Tatuś musi znaleźć łazienkę.

Ona ma siedem lat.

Wierzba to też brzydkie słowo. "Bo jak cię wierzbnę".

W każdą środę.

Już prawie pięćdziesiąt lat.

Może?

Może co?

Sam nie wiem. Moglibyśmy...

- Co? - Wejść na to wzgórze.

Ojej...

- Już dawno nie... - Ja też.

I jakie to uczucie?

Jakbym nie sikał od miesiąca.

Pytałam o rozwód.

Przyjemne.

Wiedziałam.

Co?

Że pobraliśmy się z niewłaściwych powodów.

Dlaczego po ślubie wszystko się skończyło?

Wyczerpały nam się tematy do rozmów.

Tak często bywa w związkach.

Niektórzy w końcu mówią: "poznałem kogoś innego".

Albo "dłużej tak nie mogę".

A ja spytałem, czy za mnie wyjdziesz.

A ty się zgodziłaś.

Nie skończyło się po ślubie, tylko znacznie wcześniej.

Oboje o tym wiedzieliśmy.

Ale za to noc poślubna...

To było coś. Zwierzę z ciebie!

Byłam zła. Nie ma to jak ostry seks.

- Ja byłem wściekły. - To prawda.

I to właśnie był błąd. Dużo o tym myślałem w kiblu.

Najpierw się pobraliśmy, potem wkurzyliśmy na siebie.

A powinniśmy się wkurzyć wcześniej.

- Szalony jesteś. - Szczęśliwy.

- I od roku się nie bzykałem. - A wtedy z kim?

Z tobą. Tylko z tobą.

Wiem.

- Szkoda, że seks to za mało. - Wielka szkoda.

Nareszcie! Chodź do tatusia.

Tutaj ci upadło? Nie mogę znaleźć.

Zniknęło.

Kurde.

Niestety ładna.

- Przy brzydkiej bym się wysikał. - Nic nie wiem o mężczyznach.

- Nigdy nas nie przeceniaj. - Nie przeceniam.

Kiedy byłam dzieckiem, mama powiedziała mi tak:

"Droga do serca mężczyzny jest prosta".

- Przez żołądek. - "Przez koszulę nożem do chleba".

- Tatusiu, to dla ciebie. - Dzięki, skarbie.

Chciałabym wiedzieć jedno.

Faceci to zmienni, seksualnie sfrustrowani kłamcy,

dla których ustatkować się znaczy "poddać".

Chodzi mi o nas.

Nadal jesteś dla mnie szalenie atrakcyjny.

Rozśmieszasz mnie,

jesteś świetnym ojcem, dobrze zarabiasz.

A jednak wiem, że nie jesteś dla mnie.

- Cóż... - Co?

Słuchaj,

nie wiem, co jest dla ciebie dobre.

Ani dla mnie.

Jestem zbyt wybredna.

Przesadzasz. Oboje wiemy, że nic nie wiemy.

Poza jednym. Że oboje chcemy rozwodu.

Poza tym.

Chodź tu.

- Jak tam, panie wielki? - No nie...

Na miłość boską.

Alleluja! Alleluja!

- Lepiej? - Zdecydowanie.

Kocham cię.

Ja ciebie też.

Chodź, maleńka.

Daj mamie buziaka.

Idziesz dziś z tatą.

Nie pędź tak, bo nie nadążam.

To był piękny dzień.

Chciałam mieć wesele, ale Tommy nie lubił pompy,

więc była skromna uroczystość w Pałacu Ślubów w Belsize Park.

Grywałem tam w rzutki.

Myśmy mieli huczny ślub. Kościół, wesele...

Jak trzeba. Zawsze lubiłem pompę.

Dziwne to wszystko.

Prawda?

Teraz naprawdę cię widzę.

Tak samo poruszasz kącikiem ust.

Może byłoby lepiej, gdybyśmy...

- umarli w nieświadomości. - W nieświadomości czego?

Mogę ci coś powiedzieć?

Zatrzymamy się czy mogę tego wysłuchać w marszu?

Nie, ruch odgrywa w moim życiu ważną rolę.

I bardzo chciałbym dotrzeć na ten szczyt.

Słusznie. Jeśli się zatrzymamy, trzeba nas będzie pchnąć.

Co chciałeś mi powiedzieć?

Zawsze byłaś moim ideałem.

Zatrzymałeś się.

Wiem.

Pewnie dlatego, że nie byłam rzeczywista.

Teraz jesteś.

Wiesz, ponoć nie powinno się stawać oko w oko z marzeniami.

Środy i czwartki.

Niewiarygodne, że dopiero teraz pomyliły mi się dni.

Przeznaczenie?

Czy tak miało być? Dlaczego?

Żebyś przez pół wieku mógł być przystojnym siedemnasto-latkiem.

Dotrzemy kiedyś na górę? Tam, gdzie mieszkają latawce?

Głupio byłoby nie spróbować, zwłaszcza w taki dzień.

Kiedyś często tam bywałam, ale nagle zrobiło się stromo.

Jakoś na początku lat dziewięćdziesiątych.

To prawda. Myślisz, że zrobili to celowo,

żeby starcy musieli się zadowalać gorszym widokiem?

Chętnie im pokażę.

Parę kroków i złapię tempo.

I gdzie jesteś?

- Patrzyłeś na tę dziewczynę? - Tak.

Myślisz, że fajna?

Bardzo.

Gdzie jesteś? Zamówiłem cię na trzecią.

Zajęta ze mnie dziewczyna.

- Podglądasz mnie? - Może.

Gdzie jesteś?

Halo?

Halo?

Ledwie tydzień mnie nie było, a ty już się oglądasz za panienkami.

Chodź tu, ślicznotko.

- Dobrze cię widzieć. - Ciebie też.

Przejdziemy się czy usiądziemy?

Czekaj...

- Przeczuwam spacer. - Dobrze.

- I jak pogrzeb? - W porządku.

Dziadek zawsze mi powtarzał: "wystarczy dość długo grać,

a w końcu trafią ci się dobre karty".

- Loteria życia. - Chyba mądry człowiek.

Był mądry. Zabiło go to, co kochał.

Piękna śmierć. Szkoda, że kochał pociągi.

Ale zmarł szczęśliwy. Mam nadzieję, że spisał numery.

- Myślałeś o tym kiedyś? - O czym?

Jak chciałbyś umrzeć.

- A ty? - Nie raz.

W końcu wybrałam dwa wyjścia:

spokojnie we śnie

albo topiąc się w jacuzzi po przepiciu szampanem,

który wlewał we mnie Thierry Henry.

- Uważaj, o czym marzysz. - Bez obaw, ma żonę.

- To piłkarz. - Ale nie typ romansowy.

Francuski piłkarz.

Nie odpowiedziałeś na pytanie. Myślałeś o tym kiedyś?

- Myślałem. - No i?

Z ręki zazdrosnego męża.

Dość tej makabry. Chcesz papierosa?

- Rzuciłam. - Kiedy?

U rodziców. Nie wiedzą, że palę.

- Ile masz lat? - Martwiliby się.

Przecież jesteś...

- Kim? - Palaczką.

Już nie.

W porządku.

- Mogę zapalić? - Pewnie.

Możemy pogadać o wakacjach?

Daj spokój.

Potrzebny nam wyjazd. Kiedy ostatnio miałeś urlop?

- Nie miewam urlopów. - Wiem,

ale chodzi mi o ciebie.

Dwa bilety, hotel Marriot na plaży na...

- Barbados! - Tak!

Jak ja ciebie znalazłam?

To ja ciebie znalazłem.

TYLKO DLA MĘŻCZYZN

Eve?

- Może pójdziemy na lody? - Znowu?

Są takie dni, że trzeba je zjeść dwa razy.

A to jest akurat taki właśnie dzień.

W życiu liczą się działania, nie tylko myśli.

Jakie działania masz na myśli?

Dzieci.

- Dzieci? - Dzieci.

Nie wykrzykuj tu tego słowa. Jeszcze ktoś pomyśli, że jesteśmy...

- nauczycielami. - Poważnie mówię.

- Ja też. Dzieci? - Teraz ty krzyczysz.

- Chcesz o nich pogadać czy je mieć? - Chyba chcę mieć.

- Billy, jesteś gejem. - Ty też.

- To nieistotne, możemy adoptować. - Prawnie jesteśmy w stanie, ale...

- Ale co? - Ale...

- nie jestem gotowy. - Przekroczyłeś czterdziestkę.

Hetero w tym wieku też nie są gotowi.

- To co innego. - Jak to?

- To nie zależy od nich. - Nie?

To decyzja kobiety.

Heteryk może umyć ręce od odpowiedzialności. My nie.

Nie słyszałem jeszcze takiej bzdury. A mieszkam z tobą od piętnastu lat.

To byłby piękny dodatek do naszego związku.

Dzieci nie mogą być dodatkiem. Ma się je, bo chce się je mieć.

Właśnie.

To kaprys. Znasz siebie.

Za miesiąc znudziłbyś się i oddał je tam, skąd je wziąłeś.

Dzieci to dla nas świetna opcja.

A my dla nich? Czemu nikt o tym nie myśli?

Zakładać rodzinę tylko dlatego, że można? A potrzeby dzieci?

- Przestań ględzić. - Mówię poważnie.

Chcemy wierzyć, że jesteśmy świetni, bo mamy dziecko.

Bo zwiększamy światową populację i wszczepiamy jej własne lęki.

- Jezu! - Zaleta bycia gejem jest taka,

że jesteśmy z definicji przyjaźni środowisku.

I to wszystko?

Możemy się stroić, nie bojąc się kpin.

W końcu ustatkowałbym się.

Znów to samo. Chcesz mieć dzieci ze względu na siebie.

A więc dzieci można mieć tylko z altruistycznych pobudek?

- Czytasz po kryjomu moje książki? - Jesteśmy tu dlatego,

że dwoje ludzi w raju chciało w życiu czegoś więcej.

Co w tym złego?

Moi rodzice nie gadali ze sobą przez rok.

A potem urodziłem się ja i wszystko się ułożyło.

Nie żałują, że się urodziłem. Ja też nie.

Wprawdzie nie rozmawiamy od dziesięciu lat,

ale nie wiedzieli, że produkują zboczeńca.

Twoi starzy to jaskiniowcy. Kiepski przykład.

Zmierzam do tego,

że jestem efektem egoizmu i cholernie się z tego cieszę.

Widzę.

Kocham cię.

Dziecko byłoby wspaniałym wyrazem moich uczuć.

Brzmi patetycznie, wiem.

Na świecie jest pod dostatkiem rodziców.

I dlatego nie ma domów dziecka.

Też kocham dzieci. Mam siedmioro chrześniaków.

Bo nie możesz mieć własnych i ludziom ciebie żal.

Chcą być trendy i mieć kuma-geja.

Koniec z chrześniakami. Byłbyś ojcem.

A ty kim? Dwóch ojców? Koszmar.

- Lepsze to niż dwie matki. - Szowinista.

Znasz moją matkę.

Fakt.

- Musielibyśmy się przenieść. - Myślisz o tym.

- O przeprowadzce. - Ale nie wykluczasz dzieci?

- Myślę, że muszę pomyśleć. - Tylko o to cię proszę.

Na pewno tego chcesz?

Nie wiem. Ale chodzi mi po głowie.

- Trzeba rozważyć pewne sprawy. - Jasne.

Jeden z nas musiałby rzucić pracę.

Dlaczego?

Dwie pracujące osoby nie wychowają dziecka.

- Ludzie sobie radzą. - I produkują palantów.

Jak podejmujesz się wychowania dziecka,

to jeden musi zostać w domu.

Taki jesteś staroświecki?

Nie można dobrze wychować dziecka, kiedy dwie osoby pracują.

- Może i racja. - Takie jest moje zdanie.

Ile zarabiasz?

- Przecież wiesz. - O wiele mniej niż ja.

Czyli ty byś został w domu.

Takie decyzje nie mogą zależeć od pieniędzy.

Zarabiam prawie dwa razy więcej.

Jeśli mamy utrzymać rodzinę, to musisz rzucić pracę.

- To bez sensu. - Dlaczego?

Bo praca to nie tylko pieniądze. Określa to, kim jesteś.

A kim jesteś?

- Krytykiem kulinarnym. - A ja doradcą finansowym.

Ale ja bardziej lubię swoją pracę, więc ty zostajesz w domu.

Bez mojej pensji nie starczyłoby nam na pieluchy.

- A ja zwariowałbym bez pracy. - Musimy myśleć o pieniądzach.

Jak poradzimy sobie bez mojej pensji?

- Będę pisał więcej recenzji. - Jedną piszesz prawie tydzień.

Jedzenie to sztuka. Ty tego nie zrozumiesz.

Rozumiem.

Twoja sztuka jest ważniejsza niż mój... jak to nazywasz?

Prostacki pościg za nieosiągalną nirwaną finansową.

- Czasem straszny z ciebie fiut. - To jest nas dwóch.

Zastanowimy się nad tym czy nie?

Tak.

Jeśli rzucisz pracę.

- Odpada. Lubię ją. - Ja swoją też.

Ale zrezygnowałbym z tego wszystkiego.

Z czego?

Poważnie?

Tak. Słowo.

To ja rezygnuję z pracy, a ty z przygodnego seksu.

- Ale jest jeden problem. - Jaki?

Ja nie chcę dzieci.

Chcę ciebie.

Ja i ciebie, i dzieci.

Zobaczymy.

- Masz ochotę na lody? - Tak.

Zaraz wracam.

Opowiedz mi o swoim mężu.

Oczywiście jeśli chcesz.

- Co chcesz wiedzieć? - Nie wiem.

- Jakim był człowiekiem? - Przyzwoitym.

Nikt nie mógł powiedzieć o nim złego słowa.

- Nawet ty? - Nawet ja.

Tommy uwielbiał spędzać czas.

Nie umiał planować.

Mówił, że przyszłość jest nieważna. Że liczy się to, co teraz.

Prawdziwy filozof.

W pewnym sensie tak.

Ja byłam raczej marzycielką.

Lubiłam go. Przeważnie.

- Po tylu latach to spory sukces. - A ty lubiłeś Teresę?

Tak, ale wciąż się zastanawiałem...

Ja też.

Albert Camus. "L'Etranger".

To po francusku, nie? Francuzka?

- Tak. - A więc jednak.

- Byłem raz we Francji. - Nawet o tym nie myśl.

- Dlaczego? - Idź sobie, dobra?

Idę.

Idę, no.

Idę! Dobra, dobra.

Ładnie wyglądasz, jak się złościsz.

Widziałem raz taki film.

Typu,

chłopak poznaje dziewczynę, zakochuje się, żeni z nią.

Dziewczyna poznaje innego, zostawia tamtego,

on wpada w szał, zabija ją i jego,

a potem idzie do więzienia. Strasznie stresujące.

Na to wygląda.

- Ale nie bardzo rozumiem. - Chyba...

poczułem niejaką ulgę, że nie jestem tym chłopakiem.

Albo dziewczyną.

Bardzo te sprawy skomplikowane.

Tommy miał rację. Pole minowe.

Ale może to i dobrze. Że pewne rzeczy są niezrozumiałe.

Wszystko, co w życiu najlepsze, jest nieodgadnione.

Tommy na przykład zbierał koperty ze znaczkami.

Pytałam, co go w nich tak fascynuje.

Nie potrafił wytłumaczyć. Mówił, że je lubi,

bo wciąż przychodzą i powiększa mu się zbiór.

Przez lata mnie to dziwiło.

Aż w końcu sama zaczęłam wyczekiwać ich nadejścia

niemal tak jak on.

Kiedy człowiek zaangażuje się w coś, choćby dziwacznego,

to jest sobie winien to, żeby się tym cieszyć.

Mam nadzieję, że było warto.

Że dokonujemy słusznych wyborów.

No i widzisz?

Rozmawiamy o naszych małżonkach.

Inaczej wyobrażałam sobie nasze spotkanie.

Tu chyba będzie...

Dobrze?

Tak.

Chyba.

Idealnie.

Pozwoliłem sobie...

- Ale jeśli nie chcesz... - Co to?

Chateauneuf du Pape dziewięćdziesiąty trzeci.

- Dobry rocznik. - Myślisz?

Nie wiem.

Rozlać?

Tak.

Mam nadzieję, że dorównuje swojej renomie.

A jaką ma renomę?

Ponoć ten rocznik jest lekki, ale o zdecydowanym posmaku.

Dziękuję.

Na zdrowie.

- Bardzo delikatne. - Naprawdę?

Tak.

- Nie uważasz? - Rzeczywiście.

Sera?

Poproszę.

Chociaż w moim wieku powinnam uważać na dietę.

Rozumiem.

Chciałem powiedzieć, że ja też.

Znaczy, ty nie.

Tyję od samego wejścia do boulangerie.

- Boulangerie? - To po francusku piekarnia.

Wiem.

Jeremy mówił o twoim zbiorze książek.

- Naprawdę? - Tak.

Ponoć potrafisz zdobyć każdą wydaną książkę w ciągu dwóch dni.

Nie jestem kolekcjonerem, tylko handlarzem.

- Handlarzem? - Skupuję i sprzedaję książki.

Jeremy wmawia sobie, że to moje hobby.

Bardzo pochlebnie mówił o twojej... kolekcji.

To pewnie miał być żart.

- A ty? - Ja?

Pracuję charytatywnie.

- Bardzo szlachetne. - Prawda?

Chciałem tylko przytaknąć.

- Wszystkim przytakujesz? - Ależ skąd.

Byłam autoironiczna, ale to ciężka i wartościowa praca.

Na pewno. Jakim ludziom pomagasz?

- Jakim ludziom? - Znaczy,

- biednym, głodującym, czarnym? - Czarnym?

Tak.

- Uważasz, że potrzebują pomocy? - No...

Ty chyba potrzebujesz.

Bardzo możliwe, ale chodziło mi o Afrykanów, nie o rasę.

- Myślisz, czy jestem rasistą. - Nie "czy", tylko "dlaczego".

- To był rasizm? - Tak.

Trudne to w dzisiejszych czasach.

Trudne?

Niedawno zbesztano mnie, że mówię o moim kioskarzu "kolorowy".

- Zamiast "Azjata"? - Nie, jest czarny.

To było rasistowskie.

Tak?

Zakładasz, że to Azjata, bo jest kioskarzem. A to Somalijczyk.

Mama pytała mnie, jak w pracy.

Powiedziałam, że dobrze.

Ale ona uważa, że nie wiem, kim jestem ani czego chcę.

Jak wszystkie matki. To je łączy z dziećmi.

Nie bardzo rozumie, co robię, ale nie odpuszcza.

- Nie wie, co robisz? - Nie.

Wystarczy, że wie, że lubię swoją pracę.

Też tak uważam. Ale jest z ciebie dumna.

- Skąd wiesz? - Mówiłaś mi.

Różne rzeczy ci mówię. Taka jestem.

- I za to cię kocham. - Wiem.

- Przepraszam, mogę ognia? - Jasne.

Bardzo fajna.

- Proszę? - Bardzo fajna.

- Co jest fajne? - Ona. Ładna.

Spieprzaj.

Jak śmiesz tak do mnie mówić? Spieprzaj!

Nie mam dzisiaj szczęścia. Przepraszam.

Idź już.

Niesamowite.

Taki gość myśli, że może tak sobie podejść i powiedzieć:

"bardzo fajna ta twoja dziewczyna". Bardzo fajna?

Niewiarygodne.

Powinien być na to paragraf.

Tęskniłam za tobą.

Ja za tobą też.

Wspięliśmy się w końcu po latach na to piekielne wzgórze,

a ty mówisz, że widok jest lepszy stamtąd?

Jeśli się dobrze zastanowić, to tak.

Chyba masz rację.

Nie z wysoka, ale był wyraźniejszy.

Może to kwestia przyzwyczajenia.

- Nigdy nie lubiłem zmian. - Nie lubisz ryzykować?

Widać nie.

Nigdy nie będę Thierrym Henrym.

To dobrze. Nie będziesz sprawcą mojej szampańskiej śmierci.

Dlaczego mnie lubisz, Esther?

- Dlaczego? - Tak. Czemu za mną tęsknisz?

Dlaczego lubisz się ze mną spotykać?

- Domagasz się komplementów? - Nie. Proszę o nie.

Dobrze.

Lubię cię, bo jesteś szczery.

Bo umiesz słuchać i wiesz, kiedy nie słuchać.

Bo kiedy bierzesz mnie za rękę

i dotykasz mojej szyi, to nie jest zwykły dotyk, tylko...

Nie wiem. Lubię cię.

- Powiedzieć, za co lubię ciebie? - Nie wiem.

Czasem lepiej nie wiedzieć do końca. Domyślać się.

Tak jest ciekawie.

A to najważniejsze w związku, bez względu na jego charakter.

- Więc nie chcesz wiedzieć? - Chcę. Masz mnie za nienormalną?

To dobrze, bo ci powiem.

Lubię cię, bo nie próbujesz mnie zmieniać.

Przy tobie mogę być sobą.

- To wszystko? - Tak.

I nie chodzi o...

moje poczucie humoru,

długie nogi,

wrażliwość, dowcip?

Za to cię kocham, a my mówimy o lubieniu.

Dużo łatwiej kogoś kochać niż lubić.

To mi się podoba.

Ja podałam powody, dla których cię kocham, a nie lubię.

Chcesz wiedzieć, za co cię lubię?

- Chyba wiem. - Chyba tak.

Kiedy się znów spotkamy?

Ty mi powiedz. Chyba się jeszcze nie rozstajemy?

Wybacz, muszę coś załatwić.

Teraz jest sto pięćdziesiąt. W agencji zmienili stawki.

Warto było.

Nie mogę się doczekać Barbadosu.

A ja następnego spotkania.

Może byśmy się ze sobą przespali.

Nie na tym to polega.

Wiem.

Nigdy nie byłeś żonaty?

Nie.

- Ja byłam mężatką. - Tak.

To było najwspanialsze trzy i pół miesiąca w moim życiu.

Trzy i pół miesiąca?

Czasem trzeba spróbować.

Nigdy z nikim nie byłeś?

Przecież nie jestem...

Spokojnie. Mówię o miłości, nie o seksie.

Byłeś kiedyś zakochany?

Nie.

Nigdy?

A jako nastolatek?

Ani razu.

To nieco dziwne?

Dziwne? Cóż...

Tak, nieco.

Pewnie tak. Wszyscy dookoła się zakochują,

- mówią o miłości albo jej szukają. - Albo kończą.

Albo kończą.

Ładne.

Mogę jeszcze?

Chyba jednak dorównuje swojej renomie.

Cieszę się.

Nigdy nie chciałam mieć dzieci.

- Dzieci? - Tak.

Dzieci?

To tacy mali dorośli, których uwielbiamy, póki nie dorosną.

Nie znam dziecka, z którym dałoby się porozmawiać.

Ja nie znam też takiego rodzica.

Moi znajomi, jak zostawali rodzicami, robili się straszni.

- Na przykład Jeremy. - O tak.

Ostatnio zaprosili mnie na kolację.

O dwudziestej trzydzieści byłem już w domu.

Tylko mi się wydaje...

czy ich syn wygląda jak ten facecik z "Fantasy Island"?

Ten od "Samolot, szefie?".

Tak, on.

Wiedziałem, że kogoś mi przypomina.

Ale stawiałem na Danny'ego DeVito.

Już go widzę.

Mogłabyś kochać Danny'ego DeVito?

Chciałabym mieć dziecko.

Ja też.

Dziwne one są.

Dziecko Jeremy'ego na pewno.

Nie.

Randki w ciemno.

- Tak. - To moja pierwsza.

Naprawdę?

Ile masz lat?

- Ile lat? - Przepraszam, fatalne pytanie.

- Nie szkodzi. - Ja mam czterdzieści trzy.

Ja czterdzieści jeden.

Masz...

jeszcze czas.

Oboje wiemy, że to nieprawda.

Ale ty masz trochę czasu.

Trochę.

Może się przejdziemy?

- Przejdziemy? - Nie musimy.

Spacer to...

Spacer...

to świetny pomysł.

Wiesz co?

Muszę wracać do księgarni.

Naprawdę?

- A spacer? - Miło było cię poznać.

Ciebie też.

- Wszystko w porządku? - Tak. W porządku.

Czas mi szybko przeleciał.

Nam.

Ciemne okulary, marynarka, a ona już! Każdy, tylko nie ja.

Coś ci powiem.

Widok może jest taki sobie,

ale miło spędzić trochę czasu wśród latawców.

Prawda?

Tommy chyba miał rację.

Szkoda życia na bujanie w obłokach.

A spacer obojgu nam dobrze zrobił.

To może pójdziemy potańczyć?

Chyba nie jesteś taki jak myślałam.

- Nie? - Ale to dobrze.

Zaskoczyłeś mnie.

- Nie wiem, co o tym myśleć. - To w porządku. Tylko że...

- Nie tańczę najlepiej. - Ja też nie.

Może chodźmy na herbatę?

Teraz?

Może zmienię swój odwieczny nawyk. Przyjdę tu w jakąś środę.

Spróbuję szczęścia.

- Eddie... - Tak?

Ja też może zmienię przyzwyczajenia.

Może w środę pojadę na grób Tommy'ego.

Dobrze nam było ze sobą.

Nie zdawałam sobie z tego sprawy.

I tak zawsze uważałem, że czwartki mają lepszą atmosferę.

Druga połowa tygodnia i tak dalej. Bardzo bym chciał...

Są jeszcze inne wzgórza.

Heath to wielki park.

Możliwości są nieograniczone...

Reżyseria

Scenariusz

Zostaliśmy sami.

Wiem.

Wiem.

Wiem, kochanie.

Ja też cię kocham.

Ty bezczelny zbóju.

Chodź tu.

Zdjęcia

Muzyka

Wersja polska na zlecenie SPI International Polska: Studio Sonoria

Opracowanie na podstawie tłumaczenia Katarzyny Wojsz: Dorota Suske

Authoring DVD: CatMusic

Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.