Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soran卯)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Napisy pobrane z https://kickasssubtitles.com
"Panowa艂a g艂ucha cisza. Nie licz膮c ropuch,
kt贸re siedzia艂y w strumyku.
A co jaki艣 czas
Mabel s艂ysza艂a dziwny szelest li艣ci.
Pr贸bowa艂a przypomnie膰 sobie drog臋 do domu,
jednak las wygl膮da艂 zupe艂nie inaczej i nie wiedzia艂a, w kt贸r膮 stron臋 i艣膰.
Zacz臋艂a si臋 ba膰.
Co to? - zapyta艂a.
Boj臋 si臋!
Za chwil臋 ponownie us艂ysza艂a skowyt.
D艂ugie wycie.
Zacz臋艂a biec, jednak kompletnie si臋 zgubi艂a".
Nic jej nie b臋dzie?
- Nie, Jimmy. - Sk膮d wiesz?
Pos艂uchaj, a si臋 przekonasz.
"By艂o tak ciemno, 偶e potkn臋艂a si臋 o korzenie drzewa...".
.:: GrupaHatak.pl ::. przedstawia:
Better Call Saul [3x10] Lantern
Napisy: michnik
Wiem.
Musi zosta膰 na noc?
Gdy sko艅cz臋, zostanie wypisana.
Dobrze.
Pozwy.
Gro藕by. Wzajemne oskar偶enia.
呕adna firma nie chce znale藕膰 si臋 w takiej sytuacji.
To k艂opotliwe.
Wszyscy chcemy to szybko zako艅czy膰.
Jakie mamy opcje?
Proces.
Kosztowny.
I szkodliwy dla reputacji HHM.
Nie chc臋 tego. Wy zapewne te偶.
Firma mog艂aby mnie sp艂aci膰
za kwot臋, kt贸ra niemal na pewno doprowadzi do jej bankructwa.
Budowa艂em t臋 firm臋 dziesi膮tki lat.
Nie chc臋 przyczynia膰 si臋 do jej zniszczenia.
Jest trzecia opcja.
Nie widz臋 powod贸w,
by nie m贸c zostawi膰 tych nieprzyjemno艣ci za nami,
by kontynuowa膰 wsp贸艂prac臋.
Jestem got贸w pu艣ci膰 to w niepami臋膰.
Je艣li si臋 zgadzacie,
mo偶emy zako艅czy膰 to jednym u艣ciskiem d艂oni.
Zostawicie nas na moment?
17 lat.
W lipcu b臋dzie 18.
Tyle lat budowali艣my razem to miejsce.
Przez ca艂y ten czas wspiera艂em ci臋.
Podziwia艂em. Pozwala艂em ci podejmowa膰 decyzje.
Bo zawsze my艣la艂em, 偶e masz na uwadze dobro firmy.
Mam...
Mia艂e艣.
Przez d艂ugi czas.
Jednak pozwoli艂e艣, by prywatne zemsty
przes艂oni艂y ci dobro HHM.
Twoje potrzeby sta艂y si臋 wa偶niejsze.
- Na nasze nieszcz臋艣cie. - To nieprawda.
A gdy tylko zasugerowa艂em, z empati膮 i trosk膮,
偶e mo偶e pora, by艣 rozwa偶y艂 emerytur臋...
twoj膮 pierwsz膮 reakcj膮 jest pozwanie mnie?
Pozwanie firmy?
Nie wiem...
w jakim 艣wiecie nie zosta艂oby to uznane za zdrad臋 wszystkiego,
na co ci臋偶ko pracowali艣my?
W jakim 艣wiecie nie by艂aby to zdrada naszej przyja藕ni?
M贸g艂bym si臋 spiera膰, 偶e to ty mnie zdradzi艂e艣.
G贸wno prawda. Dobrze o tym wiesz.
To bezcelowe.
Prosz臋.
We藕 to.
- Trzy miliony? - Pierwsza z trzech wyp艂at,
- zgodnie z umow膮 partnersk膮. - Firmy na to nie sta膰.
Czy...
- Chyba nie rozwi膮zujesz firmy? - Nigdy bym jej nie narazi艂.
To z moich osobistych funduszy. I kilku po偶yczek.
Sp艂acasz mnie z w艂asnej kieszeni.
Wygra艂e艣.
Jeszcze jedno...
Uwaga!
Dzi臋kuj臋 za zebranie.
Mam smutne wie艣ci.
Z przykro艣ci膮 og艂aszam, 偶e nasz nieustraszony lider Charles McGill
odchodzi z HHM. Ze skutkiem natychmiastowym.
Chc臋 podzi臋kowa膰 Chuckowi za wszystko, co zrobi艂 dla firmy.
Zacz臋li艣my z sz贸stk膮 pracownik贸w.
Chuck pom贸g艂 nam rozrosn膮膰 si臋 do jednej z wi臋kszych firm w stanie.
B臋dziemy mu dozgonnie wdzi臋czni za jego oddanie.
Chcesz co艣 powiedzie膰?
W porz膮dku. Po偶egnajmy go brawami.
- Dzie艅 dobry. - Ju偶 popo艂udnie.
Gatorade.
Potrzebujesz elektrolit贸w.
G艂odna?
Zrobi臋 ci co艣.
Zaraz wracam. Wypij to.
- M贸wi艂em, 偶e ci podam. - Musz臋 rozprostowa膰 nogi.
Siadaj. Jajka.
- Przekr臋ci艂o si臋. - Dzi臋ki.
Zabawa w jednor臋kiego bandyt臋 szybko mi si臋 znudzi.
- Jest jaka艣 kawa? - Jasne. Ale najpierw gatorade.
Masz dwie opcje.
Stary, dobry ibuprofen, kt贸ry nieco z艂agodzi b贸l.
Albo przys艂owiowy "lepszy towar".
Odpowied藕 zawsze brzmi: "lepszy towar".
Jasne. Ale najpierw jedzenie.
Nie nakarmisz mnie.
Pewnych granic nie przekraczamy.
Przygl膮da艂em si臋 umowie najmu biura.
Stracimy kas臋, je艣li j膮 zerwiemy.
Ale mo偶emy podnaj膮膰. To nasza najlepsza opcja.
Za wynajem mebli p艂acimy co miesi膮c,
wi臋c to nie problem.
Tobie przyda si臋 jedynie biurko, jakie艣 szafki.
Terminal Westlaw...
Nie wiem jeszcze, co z Francesc膮.
To osobna rozmowa.
To ci odpowiada?
Jeste艣 tego pewien?
- Nawet z kas膮 z Sandpiper... - Po tym wszystkim...
w dupie mam to biuro.
Zacz膮膰 szuka膰 najemcy?
Mog艂am kogo艣 zabi膰.
Tak. Siebie.
Przez ca艂y tydzie艅 spa艂am mo偶e z sze艣膰 godzin.
Przejecha艂am przez trzy pasy, a nic z tego nie pami臋tam...
Robi艂a艣 to, co uwa偶a艂a艣 za konieczne.
- Przeze mnie. - Nie wsadzi艂e艣 mnie do samochodu.
Ja za to odpowiadam.
Jestem doros艂a. Dokona艂am wyboru.
Mog臋 jedynie powiedzie膰, 偶e to naprawi臋.
Wszystko b臋dzie odbywa膰 si臋 na ty艂ach.
Noc膮 jest tu cisza i spok贸j.
Podstawimy ci臋偶ar贸wki pod drzwi. Wypakujemy towar prosto do zak艂adu.
Tu b臋dziemy go rozdrabnia膰.
Gdy zak艂ad b臋dzie otwarty, wszystko b臋dziemy trzyma膰 z ty艂u.
W ci膮gu nocy damy rad臋 to ogarnia膰.
B臋d臋 na miejscu, by tego dopilnowa膰.
A gdzie Papi?
Ja b臋d臋 si臋 tym zajmowa膰. Ale on nie ma nic przeciwko.
Gdy wszystko spakujemy, Arturo zabierze dostaw臋
i dopilnujemy reszty.
Jest i Papi!
To m贸j ojciec, Manuel. Tato, don Hector Salamanca.
Spokojnie. Jeste艣my przyjaci贸艂mi.
Lepiej?
Prosz臋...
- wyno艣 si臋 z mojego zak艂adu. - Tato, prosz臋.
Don Hector jest hojny.
Oka偶 mu szacunek.
Tato...
Pomy艣l o cioci Rosie i bli藕niakach.
O rodzinie mamy w Galeanie.
Prosz臋.
Jest staromodny. Zmieni nastawienie.
Pogadam z nim. Zmieni nastawienie.
Nie ufam mu.
To od Kevina i Paige.
A w zasadzie od wszystkich z Mesa Verde.
I jest te偶 kartka. Gdzie艣 tutaj.
Mam!
- Zabra艂a艣 ksi臋g臋? - Jasne.
Od pana Gatwooda.
W kartce nie by艂o jasno napisane, ale chyba dostaniesz te偶 steki.
- Serio? - To w ko艅cu Teksas.
呕yczy ci szybkiego powrotu do zdrowia.
Masz szcz臋艣cie.
Je藕dzi艂am tamt膮 autostrad膮 co weekend do brata i jego dzieci
i prawie za ka偶dym razem widzia艂am tam wypadek.
Ludzie gin膮 na tej drodze ca艂y czas.
Przesun臋艂am twoje spotkania z tego tygodnia.
Ale nie rusza艂am spotkania z organem nadzoruj膮cym.
Wiem, 偶e terminy odno艣nie Utah s膮 napi臋te...
To w nast臋pn膮 艣rod臋?
Tak. Przesun臋li艣my przygotowania, by艣 mog艂a pom贸c panu Gatwoodowi
- przed ko艅cem kwarta艂u. - Na to ju偶 za p贸藕no.
W zasadzie rozmawia艂am z Colleen.
Powiedzia艂a, 偶e wszystkim pasuje spotkanie w poniedzia艂ek.
Wci膮偶 mo偶emy si臋 wyrobi膰
tu偶 przed up艂ywem terminu...
Masz zestawienie dokument贸w potrzebnych na 艣rod臋?
Musia艂abym przemy艣le膰...
- ile mi z tym zejdzie. - Jasne.
Cztery, sze艣膰.
Jedena艣cie.
Mam. Prosz臋.
Na wierzchu jest lista Paige.
Wszystko w porz膮dku? Mog臋 wpa艣膰 p贸藕niej...
Odwo艂aj spotkanie z Gatwoodem i przesu艅 wszystko inne.
- Co? Wszystko? - Tak.
Ale najpierw mo偶esz mnie podwie藕膰?
Jasne. Dok膮d?
Panna Wexler najmocniej przeprasza. Okropnie si臋 z tym czuje,
ale przez wypadek i rehabilitacj臋...
nie zdo艂a zaj膮膰 si臋 pa艅sk膮 spraw膮 na czas.
Oczywi艣cie. Przeka偶臋 jej.
Raz jeszcze, najmocniej przeprasza. Wkr贸tce sama do pana zadzwoni.
Tak.
Prosi艂a, bym przekaza艂a, 偶e poleca firm臋 Schweikart & Cokely.
S膮 wyj膮tkowi.
Prze艣l臋 dzi艣 informacje.
Panna Wexler b臋dzie z panem w kontakcie.
- Podzi臋kuj za mi臋so. - I dzi臋kuje panu za steki.
Cieszy si臋, 偶e mo偶e odpala膰 grilla.
Dzi臋kuj臋. Pa!
Ile mam?
- Dziewi臋膰. - Dobrze.
Tu Jimmy.
Wiem, 偶e nie chcesz mnie widzie膰, ale musz臋 wiedzie膰, 偶e nic ci nie jest.
Chuck, chc臋 tylko zobaczy膰 twoj膮 g臋b臋.
Daj mi chwil臋.
Chc臋 wiedzie膰, 偶e nic ci nie jest.
Nic mi nie jest.
Dobrze.
Ciesz臋 si臋.
Mog臋 wej艣膰? By pogada膰?
Jak widzisz, czuj臋 si臋 dobrze.
A nawet 艣wietnie.
Jak...?
Zawsze powtarza艂em, 偶e wyzdrowiej臋, ale nigdy mi nie wierzy艂e艣.
Wierzy艂em.
To 艣wietnie!
Jak to zrobi艂e艣?
Czego chcia艂e艣? Poza dowodem 偶ycia?
Co艣 si臋 wydarzy艂o
i zacz膮艂em my艣le膰 o tym, co zasz艂o mi臋dzy nami.
Teraz wiem, 偶e mog艂em dokona膰 innych wybor贸w.
- Doprawdy? - Tak.
Nie m贸wi臋, 偶e to tylko moja wina.
Bo tak nie jest.
Ale gdybym m贸g艂 cofn膮膰 czas, niekt贸re sprawy rozwi膮za艂bym inaczej.
- Uzna艂em, 偶e powiniene艣 wiedzie膰. - 呕e 偶a艂ujesz?
Tak. 呕a艂uj臋.
Dlaczego?
Bo jeste艣 moim bratem.
Nie zosta艂o wielu McGill贸w i powinni艣my trzyma膰 si臋 razem.
Nie. Po co w og贸le czego艣 偶a艂owa膰?
- Jaki w tym sens? - To znaczy?
Sp贸jrz na siebie. Cierpisz.
Po co zn贸w chcesz przez to przechodzi膰?
- Bo chcia艂em ci powiedzie膰... - 呕e 偶a艂ujesz.
Szkoda zachodu. Jaki w tym sens?
Wci膮偶 b臋dziesz krzywdzi膰 ludzi.
- Nieprawda. - Taki ju偶 jeste艣.
Krzywdzisz ludzi. Na okr膮g艂o.
A nast臋pnie pojawia si臋 ten pokaz skruchy...
- To 偶aden pokaz! - Wiem, 偶e tak uwa偶asz.
Wierz臋, 偶e twoje uczucia s膮 prawdziwe,
ale jaki sens maj膮 te smutne miny i zgrzytanie z臋bami?
Je艣li nie zamierzasz si臋 zmieni膰...
Bo nie zamierzasz...
- Mog臋 si臋 zmieni膰. - Nie lepiej sobie to darowa膰?
Ostatecznie skrzywdzisz wszystkich wok贸艂 siebie.
Nic na to nie poradzisz. Przesta艅 przeprasza膰 i pog贸d藕 si臋 z tym.
Ciesz si臋 tym.
Mia艂bym do ciebie wi臋cej szacunku.
A co z tob膮?
Nie zrobi艂e艣 nic z艂ego? Jeste艣 niewinn膮 ofiar膮?
Uspokoj臋 ci臋, Jimmy. Nie musisz si臋 ze mn膮 godzi膰.
Nie musimy si臋 nawzajem rozumie膰.
Dobrze jest tak, jak jest.
Nie chc臋 rani膰 twoich uczu膰...
ale prawda jest taka, 偶e nigdy nie znaczy艂e艣 dla mnie zbyt wiele.
Z艂ota ko艂dra.
Zielone krzes艂o.
Br膮zowy dziennik.
Jimmy. C贸偶 za niespodzianka.
- Irene! Pi臋kna jak zawsze! - Wejd藕.
- Napijesz si臋 herbaty? - Nie chc臋 sprawia膰 k艂opotu.
- Przynios艂em ci tylko kilka rzeczy. - Co to jest?
Gdy wygrywamy, trzeba to uczci膰.
Mi艂o z twojej strony.
I nie zapomnia艂em o Oscarze i Feliksie.
Mam tam jakie艣 kocie zabawki i kocimi臋tk臋 dla tych urwis贸w.
- Nie musia艂e艣. - Jasne, 偶e musia艂em.
My艣la艂a艣 ju偶, jak chcesz wyda膰 pieni膮dze z ugody?
- Nie wiem... - Powiem ci, co ja bym zrobi艂.
Rejs na Alask臋.
Mo偶esz spacerowa膰 po lodowcu w blasku zorzy polarnej.
A je艣li na Alasce jest za zimno, mo偶esz wybra膰 si臋 do Europy.
Zaliczy膰 sp艂yw Dunajem.
Mo偶esz wynaj膮膰 z kole偶ankami luksusowy apartament.
- Troch臋 zaszale膰. - Brzmi mi艂o,
- ale chyba nie b臋d膮 mia艂y ochoty. - Dlaczego?
Wci膮偶 s膮... z艂e.
Ale chyba ucieszy艂y si臋 z pieni臋dzy?
Nie mo偶ecie pozwoli膰, by ma艂e nieporozumienie
- zniszczy艂o wieloletni膮 przyja藕艅. - Wszystko si臋 zmieni艂o, Jimmy.
Pokaza艂a prawdziwe oblicze.
Gdy chodzi艂o o ugod臋, w og贸le o nas nie pomy艣la艂a.
Potrzebowa艂a chwili, by zrozumie膰, co jest dla was wa偶ne.
- Przecie偶 zmieni艂a zdanie. - Chcia艂a, by艣my przyj臋艂y j膮 z powrotem.
Jak mo偶emy ufa膰 komu艣, kto jest tak nieprzewidywalny?
Co z jej prawo艣ci膮?
- Wini臋 za to siebie. - Chcia艂e艣 tylko pom贸c.
Nie. Wetkn膮艂em nos w cudze sprawy.
Wywo艂a艂em burz臋.
Je艣li chcecie kogo艣 wini膰, wi艅cie mnie.
- Jeste艣 dobrym przyjacielem. - Ona nie zas艂uguje na ciebie.
Ani troch臋.
Tak. Wy艂膮czy艂em bezpieczniki.
Sprawdzi艂em. Kilka razy.
Licznik wci膮偶 pracuje.
W domu musi by膰 co艣,
co nie jest pod艂膮czone przez bezpieczniki,
i pobiera pr膮d.
Przy艣lijcie kogo艣, by to znalaz艂 i wy艂膮czy艂.
W 艣rod臋? Nie mog臋 tyle czeka膰.
Nie da rady wcze艣niej?
Zatem w 艣rod臋.
Halo? Tu Charles McGill.
Jestem um贸wiony na 15.00 z dr Cruz.
Prosz臋 jej przekaza膰,
偶e co艣 mi wypad艂o i nie mog臋 dzi艣 przyj艣膰.
Nie musimy przek艂ada膰 wizyty. Zobacz臋 si臋 z ni膮 za tydzie艅.
Dzi臋kuj臋.
Dobrze. Dosta艂e艣 wiadomo艣膰.
Masz bro艅?
Jad膮.
Don Hector.
Don Eladio chcia艂, by艣my porozmawiali twarz膮 w twarz,
by unikn膮膰 nieporozumie艅.
Od teraz nasz produkt b臋dzie je藕dzi艂 wy艂膮cznie ci臋偶ar贸wkami z kurczakami.
To ostateczna decyzja.
Ale zrozum, 偶e chodzi wy艂膮cznie o wydajno艣膰.
Szanujemy ciebie i twoj膮 rodzin臋.
- Co on tu robi? - Szef chce, by艣cie si臋 dogadali.
Zaraz si臋 dogadam.
Musicie pracowa膰 razem. Tego chce szef.
- Szef mo偶e wzi膮膰 do pyska. - Uwa偶a艂bym na s艂owa.
Za kogo ty si臋 uwa偶asz? Powiniene艣 ca艂owa膰 mnie po dupie.
Ja i moja rodzina za艂o偶yli艣my ten interes.
Wszyscy go za艂o偶yli艣my. Razem.
Nie! To zas艂uga Salamanc贸w!
Naszych pieni臋dzy! Naszej krwi!
Uspok贸j si臋.
Zap艂aci艂em za tamten dom!
- A wy traktujecie nas jak psy! - Hector, to nic osobistego...
To jest sprawa osobista!
Wezwij karetk臋. Schowajcie bro艅.
Nie powinno ci臋 tu by膰, gdy przyjad膮.
Potrzebna karetka.
Przed zak艂adem na rogu Aztec i Girard.
M贸j szef zemdla艂. Chyba ma atak serca.
Dalej!
Mia艂 problemy z sercem?
- Za偶ywa艂 jakie艣 leki? - Bra艂 to.
Dzi臋ki.
Mo偶ecie jecha膰 za nami.
Jak tam maraton?
Nie narzekam. Przy艂膮cz si臋.
Zanurz w sosie.
- To chyba przesada. - Zaufaj mi.
- Co dalej? - Monty Python.
Konkretny wyb贸r.
Albo mo偶emy obejrze膰 zn贸w "Zabi膰 drozda".
- Zn贸w? - Ogl膮da艂am rano.
Uwielbia艂am to, gdy by艂am ma艂a. Kocha艂am Atticusa Fincha.
Wszystkie dziewczyny kocha艂y si臋 w Gregorym Pecku.
Nie kocha艂am si臋 w nim.
No, mo偶e troch臋. Ale chcia艂am nim by膰.
Walczy膰 w s艂usznej sprawie. Zmienia膰 艣wiat.
- Ty nie? - To by艂o marzenie Chucka.
Ale uda艂o ci si臋!
Owszem.
Zmieniam 艣wiat, pomagaj膮c miejscowemu bankowi
sta膰 si臋 bankiem regionalnym.
Brawo ja.
- Z pani膮 Landry si臋 nie uda艂o? - Nie. Ten most ju偶 spalony.
- Zosta艂 tylko popi贸艂. - A偶 tak 藕le?
Nie uda mi si臋 ju偶 tego cofn膮膰.
A pr贸bowa艂em wszystkiego.
Wys艂a艂em koszyk muffinek jej kole偶ankom.
- Podpisa艂em za Irene. - Mi艂o.
Przejrza艂y mnie.
"Jimmy, jeste艣 zbyt mi艂y. Ona nie zas艂uguje na ciebie".
Im bardziej staram si臋, by j膮 polubi艂y,
tym bardziej lubi膮 mnie.
Chyba wykorzysta艂e艣 wszystkie mo偶liwo艣ci.
Skoro nie pom贸g艂 koszyk muffinek...
Nie wiem, co zrobi膰.
Kiepski jestem w naprawianiu. Doskonale idzie mi rozwalanie.
B艂膮d 偶贸艂todzioba.
- S膮 ju偶 serowe. - Ser na serze.
Widzisz?
Czasami musisz wykorzystywa膰 swoje atuty.
Wyszyj to na poduszce.
Tak zrobi臋. Wali膰 to.
"Zabi膰 drozda" po raz drugi.
Nie.
- Cholera. - O co chodzi?
- Pani Landry. - Masz pomys艂?
Ale naprawd臋 nie chc臋 tego robi膰.
Cze艣膰.
Witajcie.
W porz膮deczku.
Pr贸ba mikrofonu.
Dzie艅 dobry.
Wielu z was spodziewa艂o si臋, 偶e Sandy poprowadzi zaj臋cia z jogi,
ale jej c贸rka zachorowa艂a. Wyzdrowieje.
W recepcji powiedzieli, 偶e mog臋 j膮 zast膮pi膰.
- Jeste艣cie gotowi? - Tak.
Pobud藕my kr臋gi pozycj膮 kot-krowa.
W porz膮dku.
Kot...
a potem krowa.
Siedzimy prosto. Bardzo dobrze, Jasper.
Kot...
i krowa.
D艂ugie, g艂臋bokie oddechy.
Wdech nosem, a wydech ustami.
Krowa...
I kot...
- Panie McGill. - Erin Brill!
- W sam膮 por臋 na jog臋. - Musimy porozmawia膰.
Bierz krzes艂o. Zawsze znajdzie si臋 miejsce.
Ju偶, panie McGill.
- Co? - Jeste艣 nieprawdopodobny.
Nie mog艂am zrozumie膰, dlaczego pani Landry zmieni艂a zdanie
odno艣nie ugody z Sandpiper.
Musia艂am wyci膮gn膮膰 z niej niemal si艂膮, 偶e nakarmi艂e艣 j膮 i jej kole偶anki k艂amstwami.
Nikogo nie ok艂ama艂em.
Przedstawi艂e艣 spraw臋 w z艂ym 艣wietle.
No i?
Wykorzysta艂e艣 biedn膮 pani膮 Landry.
Czy ona wie, ile na tym zarobisz?
Nie. I zapytam ponownie: no i?
Ci ludzie ci zaufali.
Masz poj臋cie, ile czasu musia艂em znosi膰
ich zawodzenie o rwie kulszowej
albo narzekanie na wnuki?
Jasne, 偶e mi ufaj膮.
Zapieprza艂em jak osio艂 na to zaufanie.
A potem je zdradzi艂e艣.
Je艣li od miliona dolar贸w dziel膮 mnie 艂zy jakiej艣 staruszki,
niech lepiej zainwestuje w chusteczki.
Zrujnowa艂e艣 jej 偶ycie, bo chcia艂e艣 dosta膰 pieni膮dze.
Wielkie mi halo.
Poza tym i tak nie zosta艂o jej zbyt wiele czasu.
Jeste艣 obrzydliwy.
I bogaty.
Przepraszam was!
Zd膮偶yli艣cie wzi膮膰 dobre 20 oddech贸w.
Nie widz臋 zbyt wielu sk艂on贸w.
Chod藕cie, dziewczyny.
Wstyd藕 si臋.
No i?
Zadzia艂a艂o.
- Odrzuci ugod臋? - W ci膮gu godziny spodziewaj si臋 telefonu.
Dobrze.
Dobra robota.
- M贸wi艂am szczerze. - Wiem. Dzi臋kuj臋.
Macie adres?
B臋d臋 tam za godzin臋.
- Rozpakujemy to. - W porz膮dku.
Gotowe?
Pos艂uchaj...
Przykro mi, 偶e nie wypali艂o.
Nie szkodzi.
Rozmawia艂am z kierownikiem z MVD. Mog膮 przyj膮膰 mnie z powrotem.
艢wietnie. Ale wiedz,
偶e je艣li otworzymy nowe biuro, od razu do ciebie zadzwonimy.
Dobrze wiedzie膰.
- Pa, Kim. - Pa.
Rozumie to.
Co zosta艂o?
To chyba wszystko. Tu s膮 rzeczy biurowe.
Terminarz. Wizytownik.
Dlaczego to zrobi艂e艣?
Bo 偶aden senior nie zbli偶y si臋 ju偶 do mnie.
Potrzebny mi nowy model biznesowy, gdy odzyskam licencj臋.
Kim. To bezcelowe.
Obsmarowuj膮 mnie w trzech stanach. Wysy艂aj膮 do wszystkich telegramy.
Nie wiadomo.
To porz膮dna 艣ciana.
Tak s膮dzisz?
B臋dziemy mie膰 kolejn膮.
Lepsz膮.
Gotowy?
Chod藕my do domu.
Pr膮d od Chucka ci膮gn膮艂: michnik
.:: Napisy24.pl - Wprost od t艂umaczy ::.
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.