Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
In memory of Samuel Brygart (1920-2015)
and Izrael Abram Bomzon (1918-1996)
The Nobiscum Foundation
presents the film
Erasing Oblivion
Urodziłem się w Paryżu w 1947 roku.
Gdy miałem około sześciu miesięcy,
moi rodzice przeprowadzili się do Australii.
Powód, dla którego wylądowaliśmy w Australii,
w tamtym czasie, przez wiele lat,
jak myślałem i jak odpowiadałem
gdy mnie zapytano, dlaczego wylądowaliśmy w Australii,
moja odpowiedź brzmiała - najpierw przyszły papiery z Australii,
ponieważ moi rodzice złożyli wniosek o wyjazd do Stanów, do USA,
złożyli też podania o wyjazd do Argentyny i Australii.
Najpierw pojawiły się dokumenty z Australii
i tak tam trafiliśmy.
W ostatnich latach
myślę jednak, że powodem tego, że wylądowaliśmy w Australii
były papiery, owszem, ale moi rodzice mieli w Australii sponsorów
i to wsparcie pochodziło ze strony mojego ojca.
Jego babcia, która zmarła przed jego narodzinami,
miała siostrę, która urodziła się w Płocku
i wyjechała do Anglii
tam przeszła przez jedno pokolenie gentryfikacji
po czym przybyła do Australii,
zaś rząd Australii
negocjował z Jointem
co zrobić z uchodźcami żydowskimi
po wojnie.
Moi rodzice zaliczali się do tej kategorii
jak również ponownego łączenia rodzin.
Tak właśnie znaleźliśmy się w Australii.
Mój ojciec złożył wprawdzie wniosek o wyjazd do Stanów,
ale rodzina Kellerów mu powiedziała
że będzie musiał czekać, ponieważ
to zawsze wymagało cierpliwości.
Rozmawiał także z rodziną
o migracji do Buenos Aires
powiedzieli, że wprawdzie może przyjechać do Argentyny,
do Buenos Aires, ale zostanie przemycony przez Urugwaj.
On chciał być imigrantem legalnym, a nie nielegalnym.
Potem zwrócił się jeszcze do innego członka rodziny
o nazwisku Cynamon, który przybył do Izraela wraz z armią Andersa,
ale on mu przekazał: Nie przyjeżdżaj do Izraela,
sytuacja gospodarcza nie jest dobra,
nadchodzi wojna.
W ten sposób Australia stała się najlepszą opcją,
ponieważ ojciec chciał jak najszybciej opuścić Europę.
Moi rodzice przybyli do Stanów Zjednoczonych
w 1949 roku, do rodziny w Bostonie.
Więc pierwszym miejscem, w którym wylądowali, był Boston, gdzie się urodziłam.
Moi rodzice przyjechali nie znając angielskiego.
Przyjechali bez zawodu.
Mieliśmy szczęście, że rodzina w Bostonie
była w stanie ich utrzymać.
Mój ojciec poszedł do szkoły piekarskiej, ponieważ jego ojciec był piekarzem,
ostatecznie przeprowadziliśmy się do Chicago, gdzie moja matka miała krewnych.
Mieliśmy własną piekarnię, najpierw prowadzoną z innym ocalałym,
a wkrótce potem rodzice sprzedali tę piekarnię i otworzyli drugą,
prowadzoną na własną rękę.
Ostatecznie opuściliśmy Chicago w 1964 roku i udaliśmy się do Kalifornii,
gdzie moi rodzice dożyli swoich dni.
Mam jedyną, młodszą siostrę.
Jestem najstarszym dzieckiem mojej matki, choć nie pierworodnym...
Moja matka również pochodziła z Płocka, moi rodzice mieli dziecko urodzone jeszcze przede mną
ale przyszło na świat przedwcześnie, a czasy temu nie sprzyjały.
Jestem najstarszym żyjącym ich dzieckiem.
Dorastaliśmy ze świadomością, że jesteśmy dziećmi ocalałych.
Myślę, że miałam 12 lat, kiedy zdałam sobie sprawę, że są też inni ludzie
którzy nie przeżyli.
Moi rodzice nie mieli tatuaży, a niektórzy tak.
Większość naszej rodziny nie była naprawdę rodziną.
Mój ojciec stracił całą rodzinę.
Najbliższą rodzinę. Moja matka nadal miała siostrę.
Wiedziałam pewne rzeczy o życiu tutaj dzięki filmowi
z 1937 roku, który przetrwał wojnę i który posiadał mój ojciec
ponieważ był tutaj, w Stanach Zjednoczonych, u rodziny w Bostonie.
Dorastałam oglądając ten film i od czasu do czasu słyszałem o nim jakieś historie.
A historie, które słyszałam, dotyczyły głównie wojny i jej przetrwania
bardziej niż dorastania w Płocku.
Rodzina mojego ojca była dość zamożna.
więc mieliśmy rzeczy, których wiele dzieci nie miało.
Na przykład - ojciec miał rower.
Miał kajak. Swój własny.
W pewnym momencie pokłócił się z moją matką o ten kajak.
Mówił o sobie, że był rozpieszczonym, bogatym dzieciakiem.
Byłam naprawdę zaskoczona, gdy dowiedziałam się, że czasami opuszczał lekcje w szkole,
ponieważ mi nigdy nie było wolno tego robić. Ale jemu się zdarzało.
Ich życie było bardzo dobre.
Miał blisko siebie babcię,
i mieszkali w bardzo ładnym miejscu.
W Kalifornii zaczynaliśmy
od mieszkania z innymi ocalałymi
kiedy po raz pierwszy trafiliśmy do Kalifornii, potem znaleźliśmy własne miejsce.
A mój ojciec przez krótki czas pracował jako piekarz.
Następnie rozpoczęliśmy biznes związany ze sprzedażą alkoholu,
i mieliśmy dwa różne sklepy, jeden po drugim.
Mój ojciec padł ofiarą brutalnego przestępstwa, gdy prowadziliśmy sklep z alkoholem,
i z tego powodu stracił wzrok w jednym oku.
Pomyślałam, że on naprawdę na to nie zasługiwał
bo po wojnie, kto zasługuje na jeszcze więcej okropieństw?
Uczył się funkcjonować od nowa, więc musiałam go ponownie uczyć prowadzić auto,
a także innych rzeczy.
Rodzice mieli całkiem dobre życie w USA.
Znaleźli swoją drogę
i w końcu kupili dom.
Nie mieli własnego domu, dopóki moja siostra i ja nie wyjechaliśmy do szkoły
czy na studia, i oboje żyli dość długo.
Mój ojciec zmarł mając 95 lat, jeden miesiąc i jeden dzień. Powtarzał, że dożyje 95 lat.
Jego urodziny były 4 lipca i miał na imię Samuel
co było powodem do ekscytacji, bo moi kuzyni
mieli wujka Sama urodzonego 4 lipca, co akurat w USA jest wielkim wydarzeniem,
a moja mama żyła 93 lata.
Tak dożyli końca swoich dni.
Dorastanie w rodzinie ocalałych miało swoje momenty.
Moja matka...
jak każdy, nie wyszła z tego bez szwanku.
Nie mogła znieść żadnego hałasu, żadnego jego rodzaju,
hałas doprowadzał ją do szaleństwa.
Dlatego nie wolno nam było włączać głośno telewizorów
Nie wolno nam było mieć sprzętu stereo.
Tak naprawdę, myślę, że byłyśmy już w liceum, kiedy w domu pojawiła się jakakolwiek muzyka.
A jeśli poczuła się w jakiś sposób zagrożona,
grzmiała: „Czy dlatego przeżyłem bomby Hitlera”
żeby teraz mieć tak marne dzieci jak wy?”
Byłyśmy najlepiej wychowanymi dziećmi, jakie można sobie wyobrazić
z tego właśnie powodu. Mój ojciec miał inne cechy,
tak chyba można to nazwać.
W trakcie wojny głodował, a zatem po wojnie jedliśmy stek na kolację
każdej nocy przez lata, on potrafił nawet zjeść dwa steki dziennie.
Jeden wieczorem,
kiedy pracował w piekarni, drugi z nami na kolację.
Było to bezpośrednim następstwem głodu, jaki odczuł w czasie wojny.
Poza tym odnaleźli poczucie wspólnoty z innymi ocalałymi.
I jak już powiedziałam, miałam prawdopodobnie 12 lat
kiedy przeprowadziliśmy się do Kalifornii i zamieszkaliśmy w bardziej zróżnicowanej okolicy,
wtedy zrozumiałem, że nie każdy przeżył.
Tak wyglądała historia Brygartów i Gutmanów
streszczona w paru słowach.
Kiedy wspominam swoje dzieciństwo
jeśli chodzi o pochodzenie mojego ojca,
opisałbym siebie jako Robinsona Crusoe
który mieszkał na wyspie na południowym Pacyfiku
którego rodzicami mogli być równie dobrze Adam i Ewa,
ponieważ tak naprawdę o niczym nie mówili,
czegokolwiek o swoim pochodzeniu,
i jakiekolwiek informacje
o ich przedwojennym życiu
były jak woda kapiąca z kranu - jakaś kropla tu, jakaś kropla tam.
Moja matka urodziła się w Warszawie,
ale gdy miała dwa lata, rodzina przeprowadziła się do Strasburga.
Moja matka dorastała w Strasburgu.
Mój ojciec poznał zaś moją matkę w Paryżu.
Okoliczności, w jaki sposób się poznali w Paryżu
ujrzały światło dzienne prawdopodobnie w ciągu ostatnich 5–10 lat.
Z punktu widzenia mojej matki -
bo będę mówić głównie o mojej matce -
moja matka miała
siostrę, która była od niej starsza,
miała również przyrodnią siostrę,
i siostrę przybraną.
Wiedziałem więc znacznie więcej o rodzinie mojej matki, która mieszkała we Francji,
niż o rodzinie mojego ojca,
ale moja matka nie mówiła zbyt wiele o swoim życiu przed wojną.
Nie chciała.
Gdy pytałem ją o życie przedwojenne,
zawsze odpowiadała mniej więcej w stylu:
Moje życie zaczęło się, gdy przyjechaliśmy do Australii w 1947 roku.
Bardzo szybko zamykała te drzwi i zasłaniała zasłony,
więc wszelkie informacje, które zdobyłem,
wyciągałem z niej siłą.
I nawet kiedy powiedziałem, że chce jechać do Polski,
jej odpowiedź brzmiała: Nie chcę nic słyszeć o twojej podróży do Polski.
Nawet mi o tym nie mów.
Wracając do mojego ojca, on po prostu nie mówił nic.
Zdarzały się pewne incydenty,
zdarzenia, które pamiętam z dzieciństwa,
gdy mieszkaliśmy w Sydney,
na obrzeżach tak zwanej
dzielnicy żydowskie Sydney, którą stanowiły wschodnie przedmieścia.
Moi towarzysze zabaw nie byli Żydami.
Większość czasu spędzałem w szkole publicznej
W tej szkole było zaledwie kilku Żydów.
Działo się to w latach 50., w okresie powojennym w Australii.
A moimi towarzyszami zabaw były dzieci z Australii, nie będące Żydami.
Często rozmawiali o doświadczeniach członków rodziny
którzy służyli w armii australijskiej
i chwalili się jakimś kuzynem
lub wujkiem, który był oficerem lub nawet szeregowcem
w armii australijskiej, ponieważ armia australijska walczyła
na południowym Pacyfiku, a także w Afryce Północnej podczas II wojny światowej.
Pytali mnie: Co twój ojciec robił na wojnie?
Mój ojciec w końcu powiedział:
jeśli cię o to pytają, powiedz im po prostu, że byłem sierżantem w Wojsku Polskim,
w co uwierzyłem bo nie było powodu, aby mu nie wierzyć,
co, jak się później okazało, nie było prawdą.
Drugie zdarzenie, które mam w pamięci,
to gdy ojciec otrzymał kopertę ze zdjęciami.
Nie wiedziałem, skąd pochodzą te zdjęcia.
Dowiedziałem się potem
że prawdopodobnie pochodzą od Sama Brygarta,
ale pamiętam, jak dostał te zdjęcia,
i rozpłakał się, a ja nie mogłam z nim rozmawiać przez trzy, może cztery dni.
Wprawdzie nigdy tego nie powiedział ale uświadomiłem sobie, że to były zdjęcia rodzinne,
choć nigdy tak naprawdę nie wspomniał, kim byli ci ludzie.
Był to dom milczenia, jeśli chodzi o przedwojenną historię mojej rodziny.
Językiem używanym w naszym domu był jidysz, a nie angielski czy polski.
Moja mama miała dwa lata
gdy przeprowadzili się do Francji, a tam mówili w języku jidysz.
Mój ojciec w swoim domu w Polsce posługiwał się prawdopodobnie językiem jidysz.
I taki też był język naszego domu.
Rozmawiali ze mną w jidysz, a ja nie chciałem się uczyć tego języka
ponieważ mieszkałem w Australii, gdzie przecież mówi się po angielsku,
w końcu moi rodzice musieli uczyć się angielskiego z powodu mojego uporu
bo nie chciałem mówić w języku jidysz.
Od tego czasu w Sydney rozmawialiśmy wyłącznie po angielsku.
Można chyba powiedzieć, że jako dziecko
miałem warunki jak prawdziwy następca tronu.
Byłem jedynym dzieckiem, a kiedy zapytałem rodziców, dlaczego nie mam rodzeństwa
odpowiedzieli, że nie mogli sobie na nie pozwolić.
Ktoś mi kiedyś powiedział: „Wow, to była naprawdę szokująca odpowiedź”.
Że nie mogli sobie pozwolić na posiadanie dzieci.
Jednak myślę, że tak właśnie było.
Moi rodzice przybyli do Australii,
bez języka, bez zawodu.
Mój ojciec pracował na dwie zmiany w fabryce słodyczy.
Wracał do domu o 7:00 rano ze zmiany,
jadł ze mną śniadanie, a potem ja szedłem do szkoły.
Rozpoczynałem lekcje o 9:00 lub 9:30.
A kiedy wracałem do domu, jego już nie było.
Moja mama pracowała jako krawcowa i miała taki układ,
że mogła pracować w domu, przy maszynie do szycia.
Spędzałem więc dużo czasu z matką, ale musiałem też nauczyć się żyć samodzielnie.
Był to dom milczenia, jeśli chodzi o zdobywanie jakichkolwiek informacji.
Gdy moi rodzice zdali sobie sprawę, że mam pewne zdolności intelektualne,
najwyraźniej ich zdaniem to, do jakiej chodziłem szkoły lub jakie przedmioty tam miałem
ustalały moją kwalifikowalność do podjęcia studiów wyższych.
Mój ojciec, myślę, że ze względu na swoje pochodzenie, patrząc wstecz,
ponieważ istniały ograniczenia dotyczące tego, co mógł robić, gdy dorastał,
potem przybył do Australii, a to był kraj wolności,
mógł mówić, co chciał i robić, co chciał.
wybrał mi listę zawodów
i powiedział: Chcę, żebyś się kształcił.
Zapytałem, w jakim kierunku?
Odparł: Chcę, żebyś został lekarzem, prawnikiem, farmaceutą.
Zapytałem: dlaczego?
Powiedział, że zdobyte wykształcenie lub ukończona szkoła
daje pozycję społeczną,
niezależność ekonomiczną.
Powiedziałem, OK.
Miałem jego listę i kryteria uzasadniające tę listę
W końcu zapytał: No więc, kim chcesz zostać?
Odpowiedziałem: Będę weterynarzem.
Spojrzał na mnie i zapytał: Dlaczego? Skąd ten wybór?
Zapytałem: Czy to jakiś problem?
Ten zawód spełnia wszystkie Twoje kryteria, czy chodzi tylko o to, że nie ma go na Twojej liście?
Był tym mocno zaskoczony.
Kiedy teraz o tym myślę, sądzę, że była to decyzja buntu.
W Illinois, w Chicago, gdy byłam w ósmej klasie,
jednym z zadań, które dostali uczniowie
miało być napisanie autobiografii lub biografii rodziny,
i to prawdopodobnie wtedy zaczęłam częściej słyszeć te historie,
ponieważ trzeba było usiąść i przeprowadzić wywiady z rodzicami
aby dowiedzieć się, jak wyglądało ich życie gdy dorastali.
To nie jest temat, o którym rozmawia się z młodszymi dziećmi.
Miałem więc 11 czy 12 lat
i zaczęliśmy słyszeć więcej historii o tym, jak udało im się przetrwać.
Choć historię mojej matki poznałam dopiero dużo później.
Mój ojciec mówił więcej niż moja matka.
O obozach, w tym trochę o obozach pracy.
Słyszałem o formularzach, które wypełniali, aby otrzymać niemieckie odszkodowania i tym podobne,
a mój ojciec uzyskał kwalifikacje do nich prawdopodobnie dopiero 30 lat później.
Moja matka miała je od początku, choć mój ojciec miał blizny,
głównie na nogach i nie wiedząc, skąd one pochodzą
w końcu dowiedziałem się, że to przez kwas – mój tata
przebywał w obozie pracy, a jego głównym zajęciem była produkcja amunicji.
Tam często rozpryskiwały się chemikalia,
i to po nich miał ślady na całych nogach.
To były rzeczy, o które pytasz jako dziecko:
Tato, tato, jak to się stało?
Dlaczego masz takie ślady?
Choć historie, których naprawdę zacząłem słuchać, zaczęły się pojawiać dopiero, gdy miałem 11, 12 lat,
kiedy ojciec zaczynał, nie mógł przestać, w pokoju robiło się ciemno
i zapadała noc, a on nadal opowiadał historie o tym, co się działo.
Moja matka niekoniecznie.
Życie w Płocku było dla nich całkiem dobre,
powiedział, że przed wojną wszystko układało się dobrze.
Pochodził z bogatej rodziny.
Miał rower, który był, jak sądzę, a przynajmniej tak się mi wydawało,
oznaką tego, w której warstwie społecznej się znajdowałeś.
Miał też kajak.
Mógł chodzić na prywatny basen w Wiśle,
a to było coś, co przecież kosztowało pieniądze.
Mógł wchodzić i wychodzić z piekarni.
Opuszczał szkołę. Kto by pomyślał, że mu pozwalano?
Miał dwie starsze siostry i jedną młodszą.
Dużo bogatego życia rodzinnego, wiele rzeczy się działo.
O sobie mówił
że jest rozpieszczonym bogatym dzieciakiem.
Miał więcej niż inni, których można zobaczyć na zdjęciach,
zachował zdjęcia sprzed wojny, bo większość z nich
była już w Stanach Zjednoczonych, z rodziną w Bostonie.
I mogłam oglądać jego zdjęcia
od dzieciństwa aż do wybuchu wojny.
Miałem jego zdjęcia.
Więc myślę, że miał więcej niż inni
widać było, że był dobrze ubrany.
A dom był raczej domem klasy średniej wyższej.
I był rozpieszczony -
używając jego własnych słów.
Kiedy opuściłem Australię w czerwcu 1969 roku i przyjechałem do Stanów,
pierwszym miejscem, do którego się udałem był dom Brygartów, Los Angeles.
Poznałem Sandrę i Sama, Ritę i Leslie
Sandra została wyznaczona na mojego przewodnika i kierowcę,
doprowadzałem ją do szału przez tydzień lub coś koło tego.
Byliśmy w najróżniejszych miejscach,
Sam i Rita oboje pracowali, więc tak naprawdę
udawało mi się ich zobaczyć i porozmawiać z nimi tylko wieczorami
Pewnego wieczoru Sam zapytał mnie, co wiem o naszej rodzinie?
Powiedziałem, że wiem bardzo mało.
Następnie rozpakował kamerę filmową
i pokazał mi film ośmiomilimetrowy.
Zrobiono go w 1937 roku, widziałem ten film
Sam zidentyfikował niektóre osoby występujące w filmie,
i narysował mi drzewo genealogiczne, żebym mógł się dowiedzieć
w jaki sposób był powiązany z moim ojcem i jak powiązani między sobą byli inni członkowie rodziny.
Nagle zdałem sobie sprawę, że mój ojciec miał rodzinę.
W tej rodzinie byli ludzie.
I to jest wspomnienie, które noszę w sobie przez całe życie.
Bo w kolejnych latach
gdy ożeniłem się albo poznawałem ludzi
co, jak sądzę, było powszechne
zakładam, że to normalne, że kiedy kogoś poznajesz,
pytają cię o to kim jesteś i skąd pochodzisz?
Mówiłem: mój ojciec pochodził z Polski i mieszkał w Płocku,
ale było to niewiele.
Nie wiedziałem nic, wiesz, gdybym siedział
i był przesłuchiwany na temat mojego pochodzenia,
to byłaby to skromna historia.
Analogia, której często używam to
że moja walizka genealogiczna była prawie pusta.
Nic tam nie było.
Tak to się zaczęło.
Na szczęście dzięki pracy, po przeprowadzce do Izraela,
Miałem okazję podróżować,
sporo podróżowałem podczas pracy,
a kiedykolwiek podróżowałem, korzystałem z okazji
żeby spróbować zapełnić tę walizkę.
Wiesz, często bywałem w Bonn w Niemczech, a rodzina mojej matki mieszkała w Strasburgu.
Więc gdy miałem jechać do Bonn w celach służbowych, jechałem przez Strasburg
lub w drodze powrotnej, jechałem, żeby poszukać informacji.
Siostra mojej matki, która mieszkała w Antwerpii,
również nie była zbyt komunikatywna, jeśli chodzi o zbieranie informacji
kiedy musiałem dostać się do Buenos Aires z powodów zawodowych,
Kiedy przybyłem do Buenos Aires, zacząłem zbierać informacje.
Chciałem zebrać informacje,
aby spróbować zapełnić walizkę,
ponieważ zawsze czułem, że tak naprawdę nie mam żadnej historii.
Każdy miał swoją historię, ale ja nie miałem nic na temat swojego pochodzenia.
Kiedy dorastałam
inne rodziny ocalałych, o których wiedzieliśmy, wracały do Polski
wracały do Płocka by zobaczyć to, co chcieli zobaczyć.
Mój ojciec powtarzał „Nigdy żadnej Polski”!
Wychowałem się z tym „Nigdy żadnej Polski”.
"Nigdy nie pojedziemy do Polski".
Zdaje się, że kiedy wrócił
zaraz po wojnie miał bardzo dobre doświadczenie z jakimiś ludźmi,
ale przeżył też coś bardzo złego.
Od 1945 do 1949 roku – bo dopiero w 1949 roku przyjechał do Stanów.
Wychowałem się więc w duchu „Nigdy żadnej Polski”.
Dopiero blisko czasu śmierci mojego ojca, czyli 2015 roku,
pomysł ten zaczął się okresowo pojawiać, gdy o nim myśleliśmy.
Ale mój ojciec powtarzał „Nigdy żadnej Polski, nigdy żadnej Polski, nigdy żadnej Polski”.
To złe miejsce. Po co tam jechać?
Ludzie są źli. Wszystko jest złe.
W jego umyśle nadal trwał okres 1939–1945.
Ale kiedy mój tata i moja mama zaczęli słabnąć
gdy ich zdrowie zaczęło się pogarszać, zdałem sobie sprawę, że wiemy o nich bardzo niewiele...
o całej rodzinie, mieliśmy tylko te wszystkie zdjęcia,
ale nigdy nie napisali, kogo przedstawiają zdjęcia i jakie są ich relacje.
I gdzieś z tyłu głowy zaczęło mi świtać, że ważne jest, aby to wiedzieć.
Mam teraz syna, i gdy dorastał
nie miałam żadnej historii do opowiedzenia mu z początków
życia jego dziadka i już z pewnością żadnych wcześniejszych.
Zaczęłam myśleć o przyjeździe do Polski,
co było dla mnie sporą zmianą.
Byłem temu niechętny.
Nie chciałem przyjechać do Polski, bo mój ojciec nie chciał przyjechać do Polski.
Gdy spotykałem mojego ojca przy różnych okazjach
a z pewnością ostatnim razem kiedy o tym rozmawialiśmy,
było to w 1980 roku, z zanim przeprowadziłem się do Izraela
i byłem jeszcze w RPA, ale poleciałem do Izraela, żeby załatwić sobie pracę.
I moi rodzice też tu byli.
Zapytałem ojca: Chodź, pojedziemy do Polski.
Najpierw powiedział, że dobrze, pomyśli o tym.
A jak już tu przyjechałem, to powiedziałem: Pojedźmy na parę dni, zawieź mnie do Płocka.
Wtedy odparł, że nie.
Moja matka powiedziała do mnie: Przestań męczyć ojca.
Ma chore serce. Daj mu spokój.
Musiałem więc zakończyć cały proces.
Pomysł przyjazdu do Polski
bo mój ojciec natychmiast zamknął te drzwi.
Z drugiej strony, jest film taki jak „Skrzypek na dachu”.
O człowieku, który mieszka w sztetlu.
Każdego ranka budzi się i zaczyna śpiewać „Gdybym był bogaty”
i ma problemy z wydaniem córki za mąż.
Zastanawiałem się, czy taka była Polska?
Po co miałbym tam jechać?
Nie wiem, jaki jest Płock.
Może to sztetl i nic tam nie ma.
Dostawałem sygnały, że dla Żydów już nic tu nie ma.
Ale na koniec, wracając konkretnie do pytania.
Po śmierci mojego ojca moja matka przeprowadziła się do Hajfy, gdzie mieszkałem,
a potem musieliśmy przeprowadzić się z moją matką tam, gdzie mieszkamy do tej pory.
Przeglądałem materiały i znalazłem dwa kupony z obozu w Buchenwaldzie,
i nie wiedziałam co z nimi zrobić.
Zachowałem je, wiedziałem, że je mam, ale nie wiedziałem, co z nimi zrobić.
Po długim czasie zdecydowałem się przekazać je do Yad Vashem.
W końcu prawdopodobnie lepiej by z nich skorzystali niż ja, bo u mnie one po prostu leżą.
Jechałem do Jerozolimy i zadzwoniłem do Yad Vashem,
że chcę przyjść i dać im te dwa kupony.
Powiedzieli: Nie, to tak nie działa.
My musimy przyjechać i odebrać je od ciebie.
Powiedziałem „okej”, więc przyjechali do mojego domu po około 6–12 miesiącach
w sprawie kuponów i pytają: Skąd wziąłeś te kupony?
Powiedziałem: Mój ojciec był w Buchenwaldzie
I właśnie, tak się złożyło,
że kilka zdjęć rodzinnych, które mieliśmy,
zdigitalizowałem i próbowałem napisać historię
życia moich rodziców, od tego jak trafiliśmy do Australii.
Powiedziałem, że mam ten album, jeśli chcieliby go obejrzeć.
Odparli: OK, jasne, pokaż nam album.
Spojrzeli na zdjęcia i powiedzieli: Chcielibyśmy pożyczyć także ten album.
Powiedziałem, że okej, i dałem im zdjęcia.
Zaś przez lata film, który widziałem po raz pierwszy w 1969 roku,
został przegrany na VHS
miałem go, on przechodził różne transformacje,
powiedziałem zatem: Mam kopię filmu na DVD,
filmu z 1937 roku. Zapytali, czy mogą go też obejrzeć?
Spojrzeli na kilka minut i pytają: Czy możemy pożyczyć film?
Powiedziałem OK. Obiecali go zwrócić.
Zabrali wszystko, a potem zwrócili,
ja zaś skontaktowałem się z Sandrą i zapytałem ją: Gdzie jest film?
Czy planujesz cokolwiek robić z tym filmem?
Sandra odpowiedziała, że leży w szafce.
Projektor był bezużyteczny.
Film leżał po prostu w pudełku w szafce.
Zaproponowałem: Myślałaś kiedyś o przekazaniu go do Yad Vashem?
Odparła: Zapytam Leslie.
Wyraziły zgodę, co pozwoliło Yad Vashem nawiązać kontakt z Sandrą.
A film, jego oryginał, trafił do Yad Vashem.
Kilka miesięcy później
otrzymałem telefon z wydziału filmowego w Yad Vashem
z pytaniem, kto jest w filmie i jakie jest powiązanie
między Brygartami, Bomzonami, Kellerami i Rotmanami?
Odparłem: Cóż, mogę wyjaśnić związek między Brygartami i Bomzonami
ale nie mogę wam powiedzieć, jakie są powiązania między Brygartami, Bomzonami, Kellerami i Rotmanami.
Nie mam pojęcia, zapytajcie Sandrę.
Skontaktowali się z Sandrą,
ale oboje nie mieliśmy dla nich odpowiedzi.
Tak sobie pomyślałem,
potem Sandra i ja zaczęłyśmy rozmawiać i doszliśmy do konkluzji, że mój ojciec nie żyje,
Sam nie żyje, a my mieliśmy ten film
w którym byli po prostu ludzie i niektórych z nich udało nam się zidentyfikować.
Uznaliśmy, że dowiemy się, kto wystąpił w filmie.
Następnie zaczęliśmy przeszukiwać strony internetowe.
Geni, JRI Polska,
i wtedy skontaktowałem się z moim przyjacielem Alexem, z którym dorastałem w Sydney,
on mówił po polsku, więc powiedziałem: Alex, potrzebuję twojej pomocy.
Czy możesz zwrócić się do Archiwum Państwowego w Płocku z konkretnymi pytaniami?
Powiedziałem mu, czego chcę, a on napisał po polsku do archiwum,
a tydzień później, może miesiąc później, otrzymalibyśmy odpowiedź.
Koszty poszukiwań były niskie,
już koszt przelewu bankowego był wyższy.
Na koniec powiedziałem Sandrze:
Jeśli mamy to zrobić, myślę, że będziemy musieli pojechać do Polski.
Pewnego dnia spotkała mnie niespodzianka.
Lionel powiedział, że chce jechać.
A potem był proces, jak to zrobić i z kim się spotkać.
Takie tam, ustalenie logistyki tego wszystkiego.
Nie mówię po polsku.
Uważano to za złe, kiedy się urodziłam. Urodziłam się w 1951 roku.
Uważano, że nauczanie dziecka języka rodzinnego jest niewłaściwe
ponieważ to może stanowić problem w kwestii nauki w szkole.
I dlatego nie mówię po polsku.
Arieh nie mówi po polsku.
Jak więc zamierzamy to zrobić i jak zamierzamy to ogarnąć?
Jedyny kontakt, jaki mieliśmy w tym momencie
to był Rafał i Piotr, z powodu książki.
Było z kim się skontaktować i z kim porozmawiać.
Miałem znajomych mówiących po polsku
którzy mogli być w Polsce
we wrześniu 2019 roku, i tak ustaliliśmy datę.
To jest powód tej akurat daty.
I to było mniej więcej tak, że
nie spodziewaliśmy się znaleźć niczego więcej ponad to, co już wiedzieliśmy.
Dlatego byliśmy zaskoczeni, że dowiedzieliśmy się tak wiele.
I met Sam and Rita in 2014, when together with Rafał Kowalski
we flew to the United States to carry out a project
of recording the memories of the descendants of the Płock Jewish community.
From my perspective, this meeting was certainly fruitful.
It provided a lot of information
about what life was like for our interlocutors here in Płock before the war.
We talked with Sam, but unfortunately with Rita a little less
due to her health condition, which meant that she was already a bit absent.
I think Rafał Kowalski, who was the originator of the entire project,
will best describe how this meeting took place.
It really started with a non-Jewish topic, with a conversation
with Mrs. Anna Bąkowska, known as "Anula" from Płock,
a soldier of the Home Army, a participant in the Warsaw Uprising,
who at one point in the conversation said that somewhere in the States
lives a friend of hers with whom she corresponds, her name is Frymeta, and with this Frymeta,
they went to Regina Żółkiewska Middle School on Kolegialna Street in Płock.
they went to Regina Żółkiewska Middle School on Kolegialna Street in Płock.
She showed me some letters from Frymeta.
The topic was intriguing
and it was already at the stage when the museum started operating
and actually from the very beginning there was a question of talking
to people from Płock who were born before World War II in this city,
to find them and try to talk to them and Frymeta was such a person,
it was known that she was still alive, she was elderly that it was practically the end of her life
in this world to put it bluntly,
so it would be worth finding this Frymeta. And it actually happened.
Even though there was internet, she and her husband Samuel,
Sam Brygart in the United States,
didn't have internet access, so we corresponded traditionally, by handwritten letters.
And finally it happened that we managed to go and see them,
you, that is Piotr Dąbrowski and I, flew and we talked
on a very hot day in Redondo Beach, at the house of Sam and Frymeta née Menche.
That's where we met them, we had a few laughs,
we got to know Sam's sarcastic humor, we had a bit worse contact with Frymeta
because she had advanced dementia, but it was a great conversation because,
if I remember correctly, Sam told us that he met Frymeta
in a pool on the other side of the Vistula in the Radziwie district of Płock.
In the pool, as he remembered it, which was 25 to 30 meters,
as a reporter I love such details, like this '25 by 30 meters',
and in this pool he kicked her because he liked her so much
and that's how they met. He also told us
how he paid the amount of 2 grosz to cross the wooden bridge in Płock to the other side,
he told us how he bought ice cream and pretzels on Tum Hill for 40 grosz
in a wooden booth.
So it was a treat for a reporter to listen to such details that we actually won't find in any history textbook,
because these are such life-related, everyday matters and textbooks do not deal with them.
W 2014 roku
z moim ojcem skontaktowali się Rafał i Piotr
w sprawie wywiadu do książki o życiu w Płocku.
Mój ojciec miał swój punkt widzenia i ten jego punkt widzenia
na ten wywiad był określony - chciał porozmawiać o wojnie
i przeżyciach wojennych, o tym, jak źle wtedy było.
Ja nie wiedziałam, o co w tym wszystkim chodzi.
Gdybym wiedziała, to bym tam była.
Rafał i Piotr rozmawiali
z Płocczanami, których dość liczna grupa mieszkała w Los Angeles,
chcąc dowiedzieć się czegoś o życiu przed wojną.
I to naprawdę zdenerwowało mojego ojca, który miał wszystko poukładane
w głowie, jak zamierzał o tym mówić
o wojnie, o tym jak straszna była.
Zamiast tego oni zadawali mu pytania w rodzaju: Kiedy poznałeś swoją żonę?
Moja matka siedziała obok niego.
Miała demencję. Nie była zbyt świadoma tego, co się dzieje.
Kiedy po raz pierwszy pocałowałeś Frymkę?
No cóż, tego samego dnia nieźle się nasłuchałam.
Tato, jak przebiegła ta rozmowa?
"O mój Boże!"
I dostałem cały wykład o tym, jak okropne i straszne to było.
Nie chcieli nic słyszeć i nie chcieli zadawać pytań,
i w zasadzie nigdy więcej o tym nie rozmawialiśmy.
Zobaczyłem tę książkę po jego śmierci. Wyszła już po jego śmierci.
Była po polsku, co oczywiście nie było mi szczególnie pomocne,
ale dostałam ją od córki innego Płocczanina,
Anat Alperin, która mieszka w Izraelu, rozmawialiśmy przez Skype'a.
Skype istniał dawno przed Zoomem.
Rozmawialiśmy przez Skype'a i ona mi ją przetłumaczyła.
A co najbardziej zadziwiające, mimo tego, jak mój ojciec był zirytowany,
a on naprawdę potrafił się zdenerwować,
dowiedziałem się z tej ksiązki, jak poznali się moi rodzice, czego wcześniej nie wiedziałem.
To jest informacja, którą wyniosłem z tej historii.
Mam tę książkę, teraz mam ją chyba także po angielsku.
Cieszę się, że udzielił tego wywiadu i jest mi bardzo przykro
że był aż tak wkurzony!
Był po prostu wściekły!
Ustaliliśmy datę wrześniową, więc powiedziałem Sandrze, że jadę do Polski.
Jedziemy do Polski rozwiązać ten problem.
I tak oto tu trafiliśmy.
Przyjechałem tu głównie po to, żeby zająć się archiwum.
Muzeum i inne rzeczy nie były zaplanowaną częścią podróży.
Pomyślałem, że skoro już tu jestem, to mogę zobaczyć, gdzie dorastał mój ojciec.
Nie spodziewałem się niczego znaleźć.
Przyjazd do Płocka miał na celu uzupełnienie walizki
nie było dla mnie innego celu.
Myślę, że tak właśnie postrzegałbym pierwszą podróż.
Zbieranie informacji, tak, jak kiedy byłem pracownikiem naukowym
chodziłem do laboratorium lub innych miejsc
by nauczyć się nowej techniki
potem zabierałem to do domu i dalej nad tym pracowałem.
Ale celem pierwszej podróży było tylko zebranie informacji,
jeśli informacje byłyby dostępne. Jeśli wróciłbym z pustymi rękami,
Wróciłbm z pustymi rękami.
Jeśli wróciłbym z informacjami, wróciłbym z informacjami.
Z tym właśnie musiałem się zmierzyć.
Zaplanowaliśmy podróż i jej logistykę.
Ale wjeżdżając do miasta,
z uwagi na oczekiwania, jakie mój ojciec zawsze miał, uważał to miejsce za negatywne,
spodziewaliśmy się tej negatywności.
Spodziewaliśmy się, że ludzie nie będą chcieli pomóc.
Dlatego poznanie Rafała, i co za tym idzie, Piotra, było czymś pozytywnym.
Bo przynajmniej wiedzieliśmy, że mamy kogoś, kto dzieli nasze zainteresowania,
czego wprawdzie nie rozumieliśmy,
nie rozumieliśmy zainteresowania,
tego młodszego pokolenia, które chciało wiedzieć
co działo się wcześniej, ponieważ zostaliśmy wychowani
ja zostałam wychowana z bardzo negatywnym poglądem na Polskę,
i na Polaków, wiadomo, "Polaków".
Więc przyjechaliśmy, przynajmniej ja, z pewnymi obawami.
Przyjechaliśmy z lotniska, spotkaliśmy się na lotnisku,
i przyjechaliśmy busem.
W mojej głowie ojciec zawsze powtarzał, że Warszawa leży po drugiej stronie Wisły.
Więc naprawdę myślałem, że spojrzę za Wisłę i zobaczę Warszawę.
Najwyraźniej się myliłem, a może to on się mylił.
To był piękny kraj,
wszyscy mamy to w naszych umysłach, przynajmniej tutaj, w Stanach Zjednoczonych,
to, co wiemy o Polsce, to jest tylko wojna.
Znamy tylko filmy wojenne.
Wszystko, co znamy to bombardowania i mroczne nieszczęśliwe miejsca.
To było prawdziwe zaskoczenie, nawet gdy jechaliśmy samochodem
widząc, jak zielony i piękny jest ten kraj.
Przyjechaliśmy we wrześniu, po raz pierwszy, we wrześniu 2019 roku,
był to kraj żywy, pełen energii, jasny i słoneczny.
To było zaskoczenie.
Musiałem zobaczyć na własne oczy, jak to wygląda.
Musiałem zobaczyć gdzie mieszkała rodzina,
jeśli ten budynek w ogóle jeszcze istniał.
Nie byłam pewna. W umyśle mojego ojca,
wszystko zniknęło.
Mieli piekarnię. Mieli budynek mieszkalny.
Mieli sady, ale to wszystko już nie istniało.
Myślałam: Co tam naprawdę jest? Co przetrwało oprócz moich rodziców?
It was only in 2019, after Samek's death, after Rita's death, her parents' death,
that she came here to Płock and in the place where we are actually talking today,
a conversation took place with her, and also with her son Evan,
so it was about subsequent generations speaking on the matter and it was,
you could say, a supplement to this story of Sam and Frymeta - Rita,
because both Sandra and Evan were talking, she told about her parents, he told about his grandparents,
from their experience, how they see it, as the next, second and third generation.
Wiedziałem o muzeum i skontaktowałem się z Rafałem, powiedziałem, że przyjedziemy.
Zdawał się być podekscytowany naszym przybyciem, mówił: O, jednak przyjeżdżacie!
Chcę przeprowadzić z wami wywiad do mojej książki i mamy nową wystawę zdjęć.
Powiedziałem: Okej, będziemy, żaden problem.
I met Arieh when I met Sandra Brygart.
He had written to me earlier, introduced himself, "I am Arieh".
And from him I learned that his father Izrael Abram, if I remember correctly, who survived the war,
maybe even the only one from the entire large Bomzon family in Płock,
related to the Brygart family,
was very close friends with Samuel, there were, I think, I even remember this topic - there were four or five friends,
men who were very close friends before the war and among them was the brother of Izrael Abram,
and this brother did not survive the Death March, so you could say that he was very close, almost within arm's reach
of surviving this hell, he did not succeed. So I am not surprised,
it is not something so exceptional for the generation that survived, but Izrael Abram was one of those people
who survived this war hell and did not want to talk about it.
Arieh, however, did not give up, as he decided to fly to Płock
to walk the streets of this city, in the footsteps of his late father,
he came with his son Zeev, which is also a continuation of generations,
and he did not drag him here by force, Zeev really wanted to come and also follow in the footsteps of his grandfather,
as he nicely put it, if I remember correctly, to connect the dots, I remember it from this story, this nice comparison,
that he came here to connect the dots.
And I remember Arieh, who came here, a guy as big as a grizzly bear,
when he cried at the memory of his father, that he tried to talk to him and it did not work out
and he was very sorry that he was not here with him.
Przyglądałem się przygotowywanej wystawie,
Debbie Spiro stała obok mnie.
Zaczęłam płakać.
Spojrzała na mnie i spytała: Co się dzieje?
Dlaczego płaczesz?
Powiedziałem: Może nie okazywałem ojcu wystarczającego szacunku,
mój stosunek do ojca był niewłaściwy.
Powinienem okazywać mu więcej szacunku.
Ponieważ zdałem sobie sprawę, patrząc na to, co było na wystawie
ona była opowieścią o życiu ludzi, ludzi, którzy tu mieszkali i zniknęli
przeszli traumę i musieli ułożyć sobie życie na nowo.
I zacząłem myśleć o swoim zachowaniu
gdy byłem dzieckiem i dorastałem,
że być może nie szanowałem ojca.
Nie okazywałem mu wystarczającego szacunku
za to co przeżył i co osiągnął.
Zostaliśmy zaproszeni do odwiedzenia Rafała
w małej synagodze, która obecnie jest muzeum.
Tego dnia synagoga miała być zamknięta
ponieważ przygotowywali się do wystawy
tego wieczoru, mieliśmy tam w każdym razie być.
Mam jedno dziecko i mój syn był ze mną,
byliśmy razem w muzeum.
Poznałem Rafała, ponieważ nie znałem go wcześniej i rozglądaliśmy się nieco.
Podróżowałem z kuzynem
oraz przedstawicielem Yad Vashem, który interesował się historią naszej rodziny.
Była z nami Debbie,
i ludzie mówiący po polsku, którzy byli przyjaciółmi mojego kuzyna,
którzy tłumaczyli nasze rozmowy
ponieważ Rafał również nie mówi zbyt dobrze po angielsku.
Jesteśmy w muzeum i rozglądamy się dookoła,
i nagle słyszę swoje nazwisko.
Słyszę nazwisko Brygart.
Oprócz mnie i mojej siostry nie ma na świecie innych Brygartów
prócz moich rodziców, których już nie ma.
Więc słysząc to nazwisko, myślisz sobie: co ja słyszę?
Do budynku wszedł człowiek.
a Rafał powiedziałdo niego
i wskazał na mnie – "Brygart", zaś ten mężczyzna
zapytał: Samek Brygart?
Mój ojciec!
Moje uszy były wtedy już nastawione jak anteny, do góry.
To było coś całkowicie nieoczekiwanego.
Jak mogłam przyjechać do tego miasteczka,
gdzie nikt z mojej rodziny nie był od 1946 roku,
I ktoś wie kim jest Brygart?
Tak poznałem Grzegorza Chabowskiego.
Co już zupełnie nieprawdopodobne,
Grzegorz urodził się w budynku mieszkalnym, który był własnością rodziny mojego ojca.
Nikt by nie napisał takiego scenariusza. Nie można zaplanować czegoś takiego!
Myślę, że moje serce na moment stanęło. Mój mózg miał zwarcie.
Po prostu... nie wiedziałam, co zrobić.
Dobrze, że był ze mną mój syn, bo ja w tym momencie oszalałam.
Od tego momentu,
Płock stał się miejscem, które jest także moje.
In 2019, my own exhibition "Not everything has an end. Photographs of the Jews of Płock" was organized.
In the synagogue, that is in the Museum of Mazovian Jews,
in addition to the staff, there was a group of people
I did not know them, the group was about 7 people.
I asked the staff who they were. I got a short answer - Jews.
They were shown around my not-yet-opened exhibition by the deputy manager, Mr. Rafał Kowalski.
Passing me, he said to these people:
This is the author of the exhibition. Then they stopped next to me.
Two of them, Mr. Aleks and Mrs. Stella, spoke Polish, the rest of the people did not speak Polish.
Who am I, where am I from? So I said that I am from Płock,
I was born at 20 Kwiatka Street in the Brygart house.
And it was like a magic word, it turned out that in the group of people
present there was Mrs. Sandra Rodriguez, née Brygart,
in the family house of whom I was born.
An exchange of words began, of course through an interpreter,
because I don't speak English, Sandra doesn't speak Polish.
And I remembered that I have documents with the name of Brygart
among my old documents at home.
Sandra was very moved and told me that she would like to see these documents.
I went home, found the documents
and brought them. The documents are from the 19th and early 20th century,
they are in Russian, because that was the official language at that time.
I translated standing at the desk,
I translated from Russian to Polish, and Mr. Aleks from Polish to English.
When Sandra heard this, I saw her face change.
The document mentions Iska Brygart. Sandra knew that she had Iska Brygart among her ancestors,
but she didn't know who she was. It turned out to be her great-grandmother.
She was very moved, she cried then, we hugged,
this is how that conversation looked like.
Zrozumieliśmy, że są informacje, które czekają na odkrycie.
Mój kuzyn poznał Gabrielę.
Ona jest niesamowitą kobietą, która mówi kilkoma językami,
zajmuje się badaniami genealogicznymi i innymi badaniami historycznymi.
Ona także była przypadkowym znaleziskiem.
Pozwolę Ariemu wyjaśnić, jak do tego doszło.
Sandra dostała książkę, ja nawet nie wiedziałem, że ona istnieje.
Wróciliśmy do hotelu i wziąłem tę książkę,
przeglądając ją, znalazłem zdjęcia mojego ojca,
dziadka i kilku innych członków rodziny,
na przykład Cynamona, Lejzora Cynamona.
z myślą o rodzinie w Izraelu, powiedziałem: Cóż, będziemy musieli zdobyć więcej egzemplarzy tej książki.
I rozstaliśmy się.
Następnego ranka panie poszły do muzeum, żeby spróbować
zdobyć egzemplarze książki, a Alex i ja postanowiliśmy pójść do archiwum.
Nie szedłem do archiwum, żeby zdobyć książkę.
Postanowiłem zrealizować swój cel, jakim była próba porozmawiania z kimś na temat
moich własnych poszukiwań.
I wtedy spotkałem Gabi w bibliotece, Alex powiedział:
Jest tu ktoś, kto może ci pomóc, ponieważ ona rozmawiała już wcześniej z Alexem.
Byliśmy w poczekalni,
w archiwum jest bowiem czytelnia.
A potem porozmawialiśmy i wymieniłem się danymi kontaktowymi z Gabi.
Powiedziałem, że kiedy wrócę do Izraela, to jej wszystko prześlę.
Pomyślałem: OK, teraz mam kontakt,
wróciłem i nie powiedziałem nic reszcie grupy, ponieważ
nie chciałam, żeby Gabi była oblegana przez trzy czy cztery osoby, starczyła jedna osoba.
Wiedziałem, czego szukała Sandra. Mogłem więc być tą osobą kontaktową.
Potem mogłem dystrybuować informacje, podczas gdy oni wracali z pustymi rękami.
Pomyślałem, że z mojego punktu widzenia,
osiągnąłem cel mojej podróży.
Znalazłem kogoś, kto mógł mi pomóc. I wróciłem do Izraela szczęśliwy.
A potem, gdy nadeszły informacje,
musiały zostać przetworzone, a to wymaga czasu.
W miarę tego przetwarzania,
udało mi się udzielić mniej lub bardziej wyczerpujących odpowiedzi Yad Vashem.
Ale zajęło mi trochę czasu, żeby to przetworzyć,
wiesz, poprzez drzewo genealogiczne, wszystkie relacje i zrozumienie całości.
Następnie podzieliłem się tymi informacjami z Sandrą.
Wróciłem więc bardzo szczęśliwy z mojej pierwszej podróży,
ale wróciłem i zdałem sobie sprawę,
że było to dla mnie wydarzenie przełomowe, ponieważ zrozumiałem coś
jeśli chodzi o mój stosunek do mojego własnego zachowania,
przez ostatnie 60, 70 lat wobec moich rodziców.
I met Arieh Bomzon
on Wednesday, September 4, 2019, in the research room
at the State Archives in Płock. The research room in the Archives
is an extremely important place for me, because here, for the last 15 years,
since I have been helping the descendants of Płock Jews in genealogical research,
I have had the pleasure of meeting many wonderful people who have their roots
here in Płock. The meeting with Arieh
was very short and specific. Arieh came to Płock, to the archives,
because he was looking for someone who would help him with genealogical research,
help him fill the suitcase of his family history.
The Brygart and Bomzon families were already known to me, because representatives of these families
appeared in my books - “Window on Kwiatka Street” and “Album of Jews of Płock”.
The book “Window on Kwiatka Street” was published in 2019 by our foundation,
it deals with Kwiatka Street and its residents,
while the “Album of Jews of Płock” was published in 2015
and presents several hundred photographs of Płock Jews from applications
for ID cards and passports, which were preserved in the Records of the town of Płock
and records of the District Office in Płock, which are kept in the archives.
Since the Album is permanently available in the research room of the archives,
which co-published this book, Arieh and I had the opportunity
to look through the album and look for photos of his family members.
Among others there is a photo of his grandfather Lejb Bomzon in the album.
Lejb Bomzon worked as a confectioner and baker in pre-war Płock
and was professionally associated with the Brygart company. The Brygart family, in turn,
was one of the more well-known families in the pre-war town,
a family that owned a wonderful, impressive tenement house located at 20 Kwiatka Street,
but also a very prosperous enterprise, a colonial store,
as well as a bakery, a confectionery, located at 28 Kwiatka Street,
where there were various types of sweets to buy,
but also gingerbread and Saturday cholent.
Nagle zdaliśmy sobie sprawę, że są informacje do odkrycia
ale termin naszego wyjazdu był już dopięty i miał nadejść niebawem, więc odjechaliśmy.
Pomiędzy naszą pierwszą i drugą podróżą,
Gabriela pozyskała,
bodajże 53 skany z ksiąg
z 1 lub 2 linijkami opisu, gdyż dokumenty
były w języku polskim, rosyjskim lub niemieckim, w zależności od przedziału czasowego.
Kiedy urodził się mój ojciec, był 1920 rok.
Kto kogo poślubił?
Gdzie urodziło się dziecko, kto gdzie mieszkał.
Mieliśmy 53 skany, każdy z 1 lub 2 wierszami na temat tego, czego dotyczyły, a także
wszystkie te informacje w programie, w postaci drzewa genealogicznego.
A week later I received my first email from Arieh. It turned out
that he already had some information, which he managed to obtain in the State Archives in Płock,
but many issues still needed to be clarified and many questions needed to be answered.
Arieh Bomzon's great-grandmother - Jenta née Szrajber,
before she got together with Izrael Abram Bomzon, Arieh's great-grandfather,
was the wife of Abram Frydman. Arieh wanted to know, among other things:
what year Abram Frydman died, what year Izrael Abram Bomzon was born and died,
what year he got involved with Jenta, when Jenta died.
He was also interested in the children of Jenta and Izrael Abram,
including: Dwojra Ides, Lejb, Chawa, Estera, Bajla Sura.
The research I conducted for Arieh included, among others: determining the dates of marriage,
between Dwojra Ides and Lajzer Brygart or Lejb Bomzon and Tauba née Żeleźniak.
The research I conducted for Arieh was based on documents that can be found in the State Archives in Płock,
but above all also in documents available at the Civil Registry Office in Płock, which stores record documents
that are more contemporary for the Jewish community of the town of Płock until 1939.
In quite a short time, I managed to establish connections between individual members
of the Brygart, Bomzon, Ejzenman, Cynamon, Keller, Frydman and Rotman families.
In total, there were several dozen record documents, birth, marriage and death certificates.
Based on them, a family tree was built, which Arieh then successively supplemented with further data.
With each subsequent e-mail and information, more questions and requests appeared,
including those regarding the family of Sandra Brygart Rodriguez, the Menche family,
which was also connected with Płock, but also with Gąbin.
On the other hand, Arieh and Sandra provided our foundation with very valuable materials
from their family archives, photographs that were published on our website JewishPlock.eu,
and then were included in two publications that we prepared,
the book "Out of oblivion. Jewish families of pre-war Płock"
and then the the English version of "Out of oblivion...",
which was prepared in cooperation with the descendants of Płock Jews.
Arieh and Sandra also shared with us an extremely interesting and valuable film
that was recorded by Herman and Norton Keller in 1937 in Płock,
which we premiered at the Art Gallery of Płock in early 2020
as part of events commemorating the liquidation of the Płock ghetto.
Podczas pierwszej podróży uświadomiliśmy sobie
że tu toczyło się życie, że Płock nie był sztetlem,
gdzie Tuwia wstawał rano
śpiewał „Gdybym był bogaty” i doił krowy,
i nie musiał się martwić o wydanie swoich córek za mąż.
Że to była społeczność. To była społeczność miejska.
To nie była osada wiejska,
który to obraz był przekazywany na wiele sposobów,
poza Polską o tym, jak wyglądało życie żydowskie w Polsce.
Oni nie mieszkali w sztetlu.
Mieszkali w miasteczku, to było spore miasto.
Dla mnie to był początek transformacji świadomości
że mój ojciec miał tu życie.
Może chciałem przyjechać,
zadałem sobie pytanie,
być może chciałem przyjechać po to by zebrać konkretne informacje
aby odpowiedzieć na pytania zadane przez Yad Vashem,
ale zdałem sobie sprawę, że powinienem także zapytać,
o życie mojego ojca.
Ponieważ myślę, że byłoby to dla mnie ważne.
Bo gdybym znał szczegóły z życia mojego ojca, moja opowieść też byłaby kompletna.
Historia mojego życia.
Tak więc motywem powrotu na drugą wizytę było tak naprawdę zobaczenie Płocka,
żeby zobaczyć gdzie dorastał mój ojciec, gdzie mieszkaliśmy.
Wiedzieliśmy, że musimy wrócić. Jest jeszcze więcej do odkrycia.
W międzyczasie pozostawaliśmy w kontakcie i planowaliśmy kolejną podróż.
Byliśmy tu tuż przed Covidem, w lutym 2020 r.
Podczas drugiej podróży,
dzięki Gabrieli i Piotrowi odbył się między innymi spacer po mieście.
Twój ojciec mieszkał tutaj, twój kuzyn mieszkał tutaj.
Odwiedziliśmy różne rodzinne miejsca.
Moja matka stale czuła się gorsza
ponieważ Bomzonowie byli dużą rodziną. I to była wielka historia.
A moja matka pochodziła z rodziny Gutmanów, była to mała rodzina i miała mniejszą historię.
Więc zawsze chodziło o mojego ojca, o czym słyszałam aż do jego śmierci, jak sobie przypominam.
Ale udało nam się zwiedzić miasto, starą dzielnicę żydowską
i zobaczyć, gdzie mieszkał każdy w naszej rodzinie i to sprawiło, że stali się tak prawdziwi
ponieważ wcześniej nie byli prawdziwi, byli tylko postaciami w filmie.
Teraz są prawdziwi.
Every time descendants of Jewish families connected with the city come to Płock,
together with Gabriela we try to show them not only those places that are related to this community
in a broader sense, but we also want to show them places that were associated
with specific people, with their families,
and this was also the case with the Bomzons and Brygarts. We were on Kwiatka Street, we saw the building
at 20 Kwiatka Street, where members of both families lived,
we were at 28 Kwiatka Street, where the Brygart confectionery and bakery was located,
but we also went to 33 Bielska Street, which was associated
with the Bomzon family and for this reason very important, especially for Arieh,
as well as at 23 and 19 Bielska Street, in turn, members of family closer to Sandra lived at these locations.
This walk was certainly a sentimental journey, as it is often the case,
and from our perspective it is also something that we want to achieve,
to make this journey to the roots, the journey to Płock, as personal as possible,
and not just a traditional tour by a guide, of places related to the history of the city,
but by finding and showing such places we can make this journey much more personal.
Część czasu spędziliśmy z Gabrielą i Piotrem
ale spędziliśmy też trochę czasu z Grzegorzem,
a Grzegorz nie mówi po angielsku, my nie mówimy po polsku.
I zapytałam go, czy ma kogoś
który mógłby być dla nas tłumaczem przez te kilka dni, gdy tam byliśmy.
Zapytał, czy by mi przeszkadzało, gdyby to była katolicka zakonnica?
Nie miałam nic przeciwko. To był intrygujący pomysł.
Kolejną naprawdę ekscytującą częścią podróży była Siostra Weronika.
Tu w mieście jest klasztor na rynku,
i Siostra Weronika w pełnym stroju zakonnym, łącznie z kornetem,
czego już raczej nie zobaczysz w USA.
Jest trochę wyższa ode mnie, ale nieznacznie.
Szliśmy ramię w ramię z katolicką zakonnicą
przez dzielnicę żydowską, poznając miasto,
i choćby nie wiem co
nie potrafiłabym wymyślić takiej historii.
Mieliśmy już wiele. Stało się to bardzo osobiste, stało się bardzo realne.
Nie była to już tylko historia opowiadana przez moich rodziców.
Dla mnie stało się to rzeczywistością.
Ludzie, których tu spotkaliśmy, są niesamowici
pod każdym względem i każde z nich wniosło coś wyjątkowego.
Grzgorz, nie jestem pewna jak
zaprowadził nas tam, gdzie znajduje się budynek mojego ojca,
to jest ulica Kwiatka 20, mój ojciec powiedziałby Szeroka,
taka była jej poprzednia nazwa, i poszliśmy pieszo
przed budynek, gdzie byliśmy po raz pierwszy we wrześniu 2019 r.
Pomyślałam: tak, to jest ten budynek.
Stanęliśmy przed nim, a Grzegorz zadzwonił do drzwi,
Spojrzałam na kuzyna i powiedziałam: O mój Boże, wchodzimy do środka.
On to załatwił, są tam dwa mieszkania,
zorganizował dla nas wizytę.
Mąż i żona mieszkają w mniejszym z dwóch mieszkań,
które było mieszkaniem mojej prababci.
Jest w pewnym sensie początkiem linii Bomzon, którą znamy.
A ci ludzie byli tak uprzejmi, że zechcieli nas wpuścić do ich domu.
Mam zdjęcia mojej prababci
siedzącej na balkonie tego mieszkania.
A teraz mam własne zdjęcie z moimi kuzynami
na tym samym balkonie.
Znów nie potrafiłam pojąć, ile nieoczekiwanych rzeczy może się jeszcze wydarzyć.
Poszliśmy też do większego mieszkania, ponieważ mój ojciec miał trzy siostry.
Były tam więc czwórka dzieci i rodzice.
Obecnie jest to kancelaria prawna,
i Grzegorz umówił się z kierownikiem kancelarii prawnej,
po to, żeby wejść i się tam przespacerować.
Każda z tych rzeczy przekraczała najśmielsze marzenia.
Nigdy nie wyobrażałam sobie, że coś takiego jest możliwe.
Siedziałam w mieszkaniu mojej prababci i płakałam.
Stałem na balkonie mieszkania mojej prababci
obok i zapłakałam.
I życzyłam sobie wtedy, żeby mój ojciec mógł być ze mną.
On jest zawsze w moim sercu, ale chciałam, żeby był tam ze mną,
bo nie wyobrażam sobie co by pomyślał o swoim „Nigdy żadnej Polski”
podczas naszej drugiej podróży do Polski
i odkrywania tego wszystkiego, jest to po prostu poza moim pojęciem.
I thought it would be worth it to bring Sandra into the house of her grandparents and her father,
and Arieh and Sandra into the house of Jenta Bomzon, the great-grandmother to both Arieh and Sandra.
I managed to arrange this.
And after the first meeting, a visit to this house was planned for the next day, they did not know about it, it was a surprise.
When I brought them in, Sandra was also shocked,
I have a short recording of Sandra speaking English, she sat down tired from this joy,
from this surprise, she did not quite sit down in a chair and said a few words,
how amazing it was that I could bring them into the house of their ancestors.
Oniemiałam.
Jestem wniebowzięta.
W miejscu, w którym nigdy nie myślałam, że się znajdę.
To dom mojego ojca.
To jest po prostu zbyt wiele. Nie mam słów
Mogę spróbować, ale nie mam słów, Grzegorzu.
Wyrzuć to z siebie, Sandro.
Grzegorz zrobił coś niesamowitego.
Niesamowita rzecz dla nas wszystkich, nie tylko dla mnie, dla nas wszystkich.
Ciekawie było odwiedzić to miejsce,
ale gdybym miał skupić się na tym, co czuję,
chyba byłaby to zazdrość.
Wiesz, okej, weszliśmy do tego mieszkania,
ponieważ mieliśmy wspólną prababcię
i idąc tam, gdzie Sam dorastał,
w mieszkaniu Brygartów, czułem zazdrość.
Chociaż byliśmy w tym mieszkaniu,
to nie mogę wejść do mieszkania
przy ul. Bielskiej 33, gdyż budynek nie nadaje się do zamieszkania.
Jest w złym stanie.
Więc zazdroszczę, bo nie mogę wejść do tego domu.
Mając na uwadze to, co przed chwilą powiedziałem, nie mogę, bo nie mam klucza do drzwi.
Klucz do tych drzwi był u mojego ojca,
więc jeśli już, to czuję raczej zazdrość.
Mam trzech synów.
Pytali o wyjazd do Polski
i znali mojego ojca.
Nie chodzi o to, że mój ojciec był dla nich kimś obcym,
ponieważ kiedy urodzili się w Republice Południowej Afryki
i byli mali, moi rodzice przyjeżdżali, dopóki tam mieszkaliśmy.
Wyjechaliśmy, gdy mój najstarszy syn miał siedem lat.
Moi rodzice znali swoich trzech wnuków,
a moi wnukowie wiedzieli, kim byli ich dziadkowie,
A potem zamieszkaliśmy w Izraelu.
Moi rodzice przyjechali z wizytą i zostali z nami w Izraelu.
Przeszli na emeryturę i byli obecni na bar micwach.
To było dla nich wielkie wydarzenie.
Jako część programu szkolnego, dzieci,
w szkole średniej, gdy mają około 12 lat,
mniej więcej w czasie bar micwy, dzieci muszą
stworzyć projekt o swoich korzeniach, rozmowy o swoich przodkach, swoim dziedzictwie.
Liczyli na mnie, że im w tym pomogę.
A jak już wcześniej wspomniałem, moje dziedzictwo, moja walizka,
były dość puste, choć zawsze je uzupełniałem, kiedy tylko mogłem.
I kiedy to zbiegło się z jedną z moich wizyt moich rodziców,
Naciskali na moich rodziców, żeby opowiadali o tym, skąd pochodzą.
Była to również okazja do obejrzenia filmu z 1937 r.,
nie żeby to było dla moich rodziców jakąś wielką zachętą,
lub żeby mój ojciec opowiedział im o filmie.
Kiedy poszli do wojska, byli już starsi,
szczególnie Keith,
pracował w Europie i co jakiś czas mówił:
chodź, pojedziemy do Polski zobaczyć skąd pochodzi dziadek.
Powiedziałem mu, że nie jadę w środku zimy,
bo on mówił o zimie.
Powiedziałem, że nie ma mowy, żebym pojechał do Polski w środku zimy.
Ale pytali,
więc kiedy w końcu powiedziałem, że jadę do Polski,
myślę, że byli zaskoczeni.
Pytałem, czy chcą wybrać się ze mną,
i każdy z nich skwapliwie skorzystał z okazji, żeby przyjechać.
Kiedy mój ojciec zapytał mnie, czy chcę pojechać z nim i Sandrą na wycieczkę,
Byłem naprawdę zaintrygowany możliwością dowiedzenia się czegoś więcej
o rodzinie, kim byli i skąd pochodzili.
Z przyjemnością więc dołączyłem na pierwsze trzy dni.
Cóż, przez wiele lat chciałem przyjechać do Płocka.
Myślę, że to była okazja i pretekst, żeby dołączyć do mojego ojca.
Powodem, dla którego przyjechałem do Płocka, był mój ojciec
Kiedy dorastaliśmy, nigdy nie mówił o Holokauście.
Nigdy, nie wiem, jakoś tak czuję
nigdy się tym nie interesował,
nie rozmawiał o tym, mam na myśli, że jego rodzice nie rozmawiali o tym zbyt wiele
albo w ogóle nic nie mówili.
Nawet kiedy pytałem dziadków
o Holokaust, nie chcieli o tym mówić.
I tak, kiedy pytałem
mój ojciec mawiał, że co się stało, to się nie odstanie.
Przeszłości nie da się cofnąć.
I nigdy nie wykazywał zainteresowania.
Ale coś się zmieniło.
Mój ojciec zaczął
zagłębiać się w swoje korzenie, swoje pochodzenie.
Tak czy inaczej jego ojciec pochodził z Płocka.
Myślę, że wtedy, gdy mój tata zapytał mnie, czy chcę przyjechać,
poczułem, że może to być dobre miejsce.
Wiedziałem, że to ważne dla mojego ojca
wiedzieć, skąd pochodzi.
I robi to, aby pokazać, jak ważne to jest dla niego,
Poczułem, że chcę przyjechać i zobaczyć, skąd pochodzi mój ojciec,
skąd pochodzili jego dziadkowie, skąd pochodził on sam.
Generalnie przyjechałem również dlatego, że on był entuzjastycznie nastawiony do odkrywania tego.
Więc pojechałem tam głównie dla niego.
Co naprawdę mnie uderzyło, kiedy przyjechałem do Płocka, to to,
że stało się to wszystkionaprawdę realne,
wiesz, z historii pewnego miejsca
w Polsce, gdzie mój dziadek i jego rodzina
dorastali i żyli
nagle stało się to bardzo realne.
Ludzie ożyli
kiedy odwiedziliśmy różne domy i zobaczyliśmy różne miejsca
gdy spacerowaliśmy pewnymi ulicami, gdzie być może
moi pradziadkowie również spacerowali,
poczułem, że to wszystko ożyło.
Myślę, że to był pierwszy raz, kiedy naprawdę zrozumiałem
co zostało utracone w Holokauście,
jak wielka była to strata
i ile życia i jak bogate było życie w Polsce przedwojennej
i nie sądzę, żeby to było dla mnie aż do tamtej chwili coś realnego.
To były po prostu strony w podręczniku do historii.
Cóż, podróż przerosła moje oczekiwania.
Była znacznie, znacznie powyżej oczekiwań.
Spotkaliśmy kilku przyjaznych Polaków,
którzy byli tam tylko po to, aby nam pomóc, stali się w pewnym sensie rodziną.
Płock jest piękny.
Mogłem zobaczyć i wyobrazić sobie
życie mojego dziadka.
Dostrzegłem siłę rodziny, jak bardzo byli ze sobą zżyci,
dzieciństwo mojego dziadka,
szczęście.
Widziałem, że było to dobre, szczęśliwe, żydowskie miejsce.
Żyła tam duża społeczność i żyła szczęśliwie.
Myślę więc, że dominującym uczuciem stało się poczucie więzi,
połączenie z przeszłością, połączenie z moją rodziną.
Ciekawość poznania rodziny
i pewne uczucie smutku z powodu straty.
Utraty rodziny, klanu,
lub może nawet narodu i kultury, które całkowicie zniknęły
w ciągu sześciu lat między 1939 a 1945 rokiem.
To była naprawdę podróż, podczas której świętowaliśmy życie, świętowaliśmy życie takie, jakie było w Płocku
przed wojną.
I takie, jakie jest dzisiaj,
ponieważ kontynuujemy życie jako naród żydowski, jako Bomzonowie i Brygartowie
ten sam klan w różnych miejscach na całym świecie
Aż do podróży czułem się jakoś tak, jakbym był zawieszony w powietrzu,
nie wiedząc tak naprawdę kim jestem.
Wychowałem się w duchu pewnych wartości.
Nie jestem pewien, skąd się wzięły.
Myślę, że podczas podróży uświadomiłem sobie
całkiem sporo, w temacie tego, kim był mój dziadek
wartości, w oparciu o które został wychowany.
Siła. Był silnym mężczyzną i wiem o tym.
Zmienił się sposób, w jaki
postrzegam siebie, sposób, w jaki patrzę na siebie.
As it turned out, we had another opportunity
to meet Arieh, Sandra, but also Arieh's granddaughter Tomer
to walk around Płock, see places associated with the family
and also to tell Tomer about the history of the Płock Jewish community.
It was another important meeting, a meeting with the next generation of the Bomzon family,
also very valuable for us, and it was a meeting at the stage at which
we knew that we wanted this film to be made,
a film of Arieh and Sandra's idea, which we, together with Gabriela, promised to produce
and I also hope that in many aspects this journey to the roots
was documented and presented in an interesting way.
Kiedy byłam w 11 klasie
mieszkając w Izraelu, jak powiedział już mój dziadek,
w szkole średniej masz okazję
wybrać się na wycieczkę do Polski.
To tygodniowa wyprawa.
Zaczyna się w Warszawie lub w Krakowie. Ja zaczynałem w Krakowie.
Odwiedza się różne miejsca obozów zagłady i gett
zdobywa wiedzę o powstaniu, które miało miejsce w getcie warszawskim, w getcie krakowskim.
I bardzo mnie to zainteresowało.
Myślę, że zaczęłam interesować się Holokaustem, odkąd byłam,
w okresie nastoletnim, mając około 12 lat,
i wiedziałam, że mój dziadek,
rodzina mojego dziadka pochodziła z Polski i wiedziałam,
że moja prababcia pochodziła z Francji, ale niewiele o niej wiedziałam.
Nie znałem mojego pradziadka
ale często spotykałem się z moją prababcią i kiedy ją pytałem,
Jak wyglądał dla ciebie Holocaust?
Ona nie odpowiadała.
A gdy odpowiadała, mówiła: Mnie tak naprawdę Holokaust nie dotyczył.
I obejrzałam ten film, gdy miałam jakieś 12 lat,
Ale niewiele wiedzieliśmy.
I byłam pierwszą osobą, pierwszym Bomzonem, który postawił stopę w Polsce
po wojnie.
a mój ojciec napisał list, który wysłał, dał mi, kiedy leciałam
Kiedy tu przyjechałam, niewiele wiedziałam i chciałam coś znaleźć.
Kiedy więc dotarłam do Treblinki i zobaczyłem kamień, na którym było napisane Płock,
zaczęłam płakać i powiedziałam mojej przyjaciółce żeby szybko zrobiła zdjęcie,
ponieważ zrozumiałem, że znalazłem coś na temat mojej rodziny.
A kiedy dziadek zdecydował, że chce przyjechać do Polski,
to było dla mnie szokiem, bo myślałam, że nigdy nie przyjedzie.
Myślałem, że nie chce. Że to było zbyt trudne.
Nie wiem, ale myślę, że tak.
Chciałem dołączyć już do pierwszej wycieczki, ale nie mogłem
ponieważ niewiele wcześniej miałem operację, ale zawsze mnie to interesowało.
Kiedy więc dziadek przyszedł do mnie w lutym i zapytał, czy chcę dołączyć,
było dla mnie oczywiste, że znajdę sposób, żeby tu przyjechać, ponieważ
chciałam dowiedzieć się więcej o mojej rodzinie
i zobaczyć te miejsca, których wcześniej nie widziałam.
I tak jak to chwalił
albo jak sam powiedział, była to podróż życia, a nie podróż śmierci.
Miałam już za sobą część dotyczącą śmierci, teraz był czas zobaczyć część dotyczącą życia.
Przyjechałem tu nie spodziewając się niczego.
Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Nie wiedziałem, co zobaczę.
Nie interesowałem się Płockiem ani tym, jak wygląda.
Przyjechałam z otwartym umysłem i czystą kartą do zapisania.
Wczoraj, kiedy spacerowaliśmy ulicami, mogłam sobie wyobrazić spacerująca rodzinę
było to dla mnie ekscytujące i wzruszające.
i wszystko wchłonęłam.
To niesamowite miejsce i naprawdę mogę sobie wyobrazić, jak rodzina tu mieszka.
Nie znałem mojego pradziadka,
ale mogłam go zobaczyć
w oknach mieszkań i spacerując po ulicach.
I to było naprawdę niesamowite.
I myślę, że nie spodziewałam się, że poczuję aż tyle emocji, ile czułam wczoraj, przychodząc tutaj
nawet to uczucie, które wydawało się w jakiś dziwny sposób znajome.
Nigdy tu nie byłam, ale ulice wydawały mi się znajome.
Nie mam słów, żeby opisać, co czułam,
ale miałam wrażenie, że już tu byłam.
Znam to miejsce, choć nigdy tu nie byłam.
Cóż, jesteśmy jedynymi Bomzonami na świecie.
Są inni Bomzonowie, ale są pochodzenia indyjskiego czy coś w tym stylu.
Dorastając, każdy słyszy pytanie: Co oznacza twoje nazwisko?
I nigdy nie dostaliśmy odpowiedzi. Nigdy tak naprawdę nie wiedzieliśmy.
No cóż, nigdy tego nie sprawdziliśmy.
Kiedy zapytałem mojego dziadka, powiedział, że kiedyś
Żydzi masowo opuszczali Hiszpanię
słysząc: Wynoście się, sukinsyny, co w Izraelu tłumaczy się jako „ben zona”
„Ben zona” jest już bardzo blisko „Bomzon”
Oto geneza naszej nazwy i historia, z którą zawsze się zmagaliśmy.
A potem, kiedy wrócił
z pierwszej podróży, jak sądzę, albo nawet i wcześniej, powiedział,
Znaleźliśmy dokumenty z nazwą Baumzon i „baum” to drewno
I to wiem, bo znam słowo „baum”
a Baumzon jest niczym „drewniany człowiek”.
I tak w końcu nazwisko zyskało jakieś pochodzenie i mogłam opowiadać coś nowego.
Czasami nadal opowiadam tę głupią historię, ale miała ona jakiś prawdziwy sens.
I myślę, że przyjazd tutaj sprawił, że wszystko stało się realne.
I myślę, że to jest część mojej więzi z tym miejscem.
Jest jedna różnica pomiędzy drugą a trzecią podróżą.
Pamiętajmy, że między jednym a drugim wydarzeniem minęło nieco ponad trzy lata.
Był Covid, i jest wojna w Ukrainie, i są uchodźcy, i w rządzie
tutaj w Polsce, rządzie
w Stanach Zjednoczonych, a nawet w Izraelu, nastąpiła zmiana.
Wszystko przesunęło się w prawo, czyli w tę stronę.
Grzegorz pomyślał, że miło byłoby
móc ponownie odwiedzić dom mojego ojca i dziadka.
Być w domu mojej babci.
A tym razem ci ludzie nie byli już na to otwarci.
Obawiali się, że będę chciała odzyskać tę nieruchomość.
Nie chcę odzyskać tej nieruchomości.
I zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby pomóc im
żeby zrozumieli, że tego nie zrobię.
I rozumiem to uczucie i jestem z tego powodu smutna
ponieważ świat powraca do pewnego stopnia nieufności.
I to mnie smuci, bo gdzieś po drodze
musimy wyciągnąć wnioski z naszych doświadczeń jako istoty ludzkie.
I to była pierwsza negatywna kwestia.
Nie zmienia to specjalnie podróży, ale dodaje jej odrobinę innego rysu
to jest coś innego, co pokazuje, że świat mimo wszystko ciągle się zmienia.
I to było na tyle.
Ari zadał pytanie, gdy przeprowadzaliśmy naszą rozmowę
o tym, skąd wiedzieliśmy
i jak doświadczaliśmy naszej żydowskości po wojnie.
Czego nauczyli nas nasi rodzice? Jak zostaliśmy Żydami lub jak się zachowywaliśmy?
Mój ojciec, jego babcia mieszkała w tym samym domu,
więc wiem, że gdy tu byli, byli o wiele bardziej religijni.
W ich domu obowiązywały zasady koszerności.
Chodzili do synagogi, ale w żadnym sensie nie byli ortodoksyjni.
Być może byli raczej tymi, których w tamtych czasach nazwalibyśmy konserwatystami.
Zawsze wiedzieliśmy, że jesteśmy Żydami, ale niekoniecznie okazywało się to na zewnątrz.
To było coś, co przerażało moją matkę, konieczność noszenia
żółtej gwiazdy i inne nieprzyjemności tego rodzaju.
Chcę powiedzieć, że nie sposób przedstawić w pozytywnym świetle tego, co się tu wydarzyło.
Byliśmy prawdopodobnie tymi, których można by nazwać wierzącymi Żydami.
Świętowaliśmy święto Paschy. Świętowaliśmy Rosz Haszanę.
Moi rodzice posłali mnie do szkoły niedzielnej na rok,
chodziłam do tej szkoły hebrajskiej przez rok a potem powiedziałam, że to nie dla mnie.
Nie spełniam się w tym.
Uczestniczyliśmy w działaniach
centrum społeczności żydowskiej, w niektórych z zajęć, ale bardziej dlatego,
że byliśmy tam z innymi rodzinami.
Zrobiliśmy to niekoniecznie dlatego, że odczuwaliśmy taki obowiązek.
Ja osobiście wiem, że jestem Żydówką i wiem, że to moje dziedzictwo.
Wiem, że stąd się to bierze i jestem z tego dumna.
Ale nie wierzę w Boga.
I to zawdzięczam mojemu ojcu,
który zawsze mówił, że nie może już wierzyć w Boga
ponieważ Bóg nie pozwoliłby na Holokaust.
Koncepcja Boga, z którą większość z nas dorastała, to nie ogień piekielny,
Żydzi nie wierzą w piekło,
nie jest to częścią struktury religii judaizmu.
Mój ojciec powiedział, że nie może być Boga, bo według tej definicji Bóg
nie pozwoliłby na holokaust, czy to Holokaust Żydów
lub jakiejkolwiek innej diaspory, i inne okropne rzeczy
które wydarzyły się i nadal się dzieją na świecie, one nie mogłyby mieć miejsca.
Moja matka myślała inaczej.
Myślę, że moja matka prawdopodobnie nadal wierzyła w Boga.
I dziwiła się, że to mogło się zdarzyć. Ale dla mojego ojca to nie było zrozumiałe.
I właśnie z takim nastawieniem do tego podchodzę.
Wartości judaizmu - zdecydowanie!
Edukacja, rodzina, bycie dobrym dla ludzi,
micwy są zdecydowanie częścią mojego życia,
ale z mojego punktu widzenia powinno to być częścią życia każdego.
To nie ma nic wspólnego z religią.
Więc nie uważam się za osobę religijną.
Chociaż mój syn miał bar micwę, myślę, że z tej perspektywy,
edukacja judaistyczna, podobnie jak w wielu innych religiach, jest systemem wartości
jak żyć dobrym życiem, jak być dobrym człowiekiem,
ale nie Bóg, o którym mówimy, o którym ludzie rozmawiają w synagodze
lub w kościele, choć czasami tam chodzę,
w jakiś dziwny sposób jest to dla mnie przyjemne, choć to jest sprzeczne z tym, co czuję.
Nie rozumiem tego.
To powiedziawszy, jestem Żydówką. To dla mnie kulturowy sposób życia.
Mój syn miał bar micwę.
Wiem, że przekazuje te wartości swojemu synowi.
Nie wiem, czy w tym pokoleniu też będzie bar micwa.
Byłam totalnie zaskoczona, gdy urodził się mój syn.
Kiedyś, zanim robiono USG, gdy miałaś mieć dziecko,
nie wiedziałaś, co się urodzi, a oni powiedzieli, że to będzie chłopiec.
Od razu powiedziałam, że będzie bar micwa.
W sumie nie wiem, kto to powiedział, bo słowa te padły gdzieś zza moich pleców.
Jakoś nie była to w ogóle świadoma myśl.
To dobry sposób na życie.
To dobry sposób zachowania, podobnie jak wiele innych religii, które wskazują
że powinniśmy być dla siebie dobrzy i czynić micwy. Przyjazd do Płocka
dla mnie był stworzeniem historii.
Ari nazywa to walizką, co jest dobrą analogią.
To jest zrozumienie
i poczucie kompletności, dzięki któremu wiemy, skąd pochodzimy.
Nie mieliśmy dziadków. Miałam ciotkę.
Siostra mojej matki przeżyła, ale wśród wszystkich członków rodziny,
nie mieliśmy prawdziwej rodziny.
Kiedy mój syn
chodził do przedszkola w pierwszej, drugiej klasie i mój ojciec,
jego dziadek mógł uczestniczyć w szkolnym przedstawieniu,
Pierwszy raz, kiedy to się zdarzyło, siedziałem obok mojego ojca
i po prostu płakałam, bo nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam.
Ari mówił, że zazdrości mi tego, że mogę
pójść do domu mojego ojca, co było rzeczą niezwykłą.
Ale ja zazdrościłam dzieciom, które miały dziadków.
Miałam wielu adoptowanych dziadków.
Było wokół nas wielu ludzi, którzy pozwalali nam do nich mówić
"babciu" i "dziadku", bo tego nie mieliśmy i to był brak, który odczuwaliśmy.
Teraz sama jestem babcią,
mój wnuk nazywa mnie „savta”, co po hebrajsku oznacza „babcia”,
nie jest to typowe zjawisko, które można usłyszeć w USA.
To trochę co innego, ale możliwość przekazania tego dalej
że mój syn miał dziadka, a mój wnuk ma dziadków
jest dla mnie niezwykle ważne.
Przyjazd do Płocka,
długo pielęgnowana myśl, która miała nigdy się nie ziścić.
A jednak spełniło się, przyjechaliśmy, stało się. I to cenię.
Chciałbym zakończyć stwierdzeniem, że nawiązuje to do tego, co powiedział Evan
o wizycie, naszych wizytach w Płocku jako "przywracaniu".
Mój ojciec milczał, nic nie mówił.
Rozumiem, dlaczego nie chciał mówić, bo po prostu wszystko stracił.
Mieszkał w raju
a gdy wojna się skończyła, Holokaust się skończył,
wiedział, że wszystko co miał w Płocku przepadło.
Stracił rodziców, rodzeństwo, najbliższą rodzinę.
Jedyną osobą, która mu tak naprawdę pozostała, był Sam.
I postanowił nie mówić.
I kiedy o tym myślę, w pewnym sensie stał się...
nieumyślnie doszło do jego współudziału w ideologii nazistowskiej.
Jego milczenie przyczyniło się do wymazania,
procesu wymazywania rodziny poprzez niemówienie o niej.
Tak, były zdjęcia, ale nie podano, kto jest na tych zdjęciach
i gdzie zostały zrobione.
Był element współudziału, nieumyślnego współudziału
z nazistowską ideologią wymazania europejskich Żydów.
I ta podróż, w którą się wybrałem, która mogła mieć bardzo
uproszczony pierwszy powód przyjazdu -
po to, żeby nawiązać kontakt z archiwami i odpowiedzieć
na pytanie: Kto występuje w filmie i jakie są powiązania między tymi ludźmi?
przez ostatnie pięć lat, cztery lata
Myślę, że to, co zrobiłem, co Sandra i ja zrobiliśmy, nie tylko ja,
polega na tym, że przeszliśmy proces „przywracania”.
Jedno ze słów, których użyliście i które bardzo mi się podoba -
użyliście słowa „zapomnienie”.
Chyba jeden z filmów, które zrobiliście, nosił tytuł „Wychodząc z niepamięci”.
Myślę, że mój ojciec skazał swoją rodzinę na zapomnienie, ponieważ nic nie mówił.
A dla Sandry i dla mnie ta przemiana polega na tym, że, jak sądzę,
przywróciliśmy tę historię. To był proces przywrócenia.
Wyciągnęliśmy ich z tej otchłani zapomnienia i przywróciliśmy do życia
„przywróciliśmy” ich i jestem z tego szczególnie dumny.
I wracam do tego, co powiedziałem wcześniej, że stałem się głosem mojego ojca,
że mogę na przykład spacerować z Tomer albo przyprowadzić tu wnuki
I powiedzieć: To tutaj mieszkał mój ojciec. To tutaj mieszkała rodzina Bomzonów.
Ponieważ liczymy teraz dziewięć pokoleń.
Tomer jest dziewiątym pokoleniem, ja jestem siódmym.
Tego więc nie mieliśmy.
Tak więc rodzina Bomzon jako całość, nie tylko ja, my wszyscy
każdy, kto nosił nazwisko Bomzon lub wersję tego nazwiska
przywróciliśmy ich do życia z zapomnienia,
a rodzina znów jest na mapie, bo jej tam nie było.
Nie żebyśmy wymagali miejsca w świetle jupiterów, żebyśmy chcieli być celebrytami Płocka,
ale przywróciliśmy je, bo nawet w wielkiej księdze płockiej
jest tylko jedyna osoba, która jest wymieniona jako ocalała
jest tak naprawdę babcia Sandry.
Ale w tej książce nie ma żadnej wzmianki o żadnym innym Bomzonie.
Ale to, co Sandra i ja zrobiliśmy
podczas tej podróży polega na tym, że ich przywróciliśmy.
Rodzina pochodziła z Płocka.
W Płocku ma 200-letnią tradycję, a Sandra i ja staraliśmy się ją przywrócić.
Wyciągnęliśmy ich z otchłani zapomnienia
i umieściliśmy z powrotem na mapie, a to jest coś, z czego jestem szczególnie dumny.
I myślę, że Sandra również.
Erasing Oblivion
Film created on the initiative of Arieh Bomzon and Sandra Brygart Rodriguez
Idea of the title: Evan McMurry
Production: Gabriela Nowak-Dąbrowska Piotr Dąbrowski
The film uses fragments of 1937 footage by Józef Herman and Norton Keller made available to the Nobiscum Foundation courtesy of Suzan Keller Mouckley, Sandra Brygart Rodriguez and Arieh Bomzon
as well as materials from the private collections of Sandra Brygart Rodriguez and Arieh Bomzon
[śpiewają „We are the family”]
Powtórka z roku 1937!
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.