Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Danish
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
- Rozpal ogie�.
Nied�ugo b�dzie noc.
- Ch�tnie rozpal� ogie�
tutaj, pod tym starym koniem.
Nie jedli�my �wie�ego mi�sa ju� jaki� czas.
Ja widz� to tak,
Lepsze mi�so ko�skie ni� �adne.
- Wystarczy.
Kapitan wkr�tce wr�ci, i jak m�wi�em,
wtedy go zapytam.
- Chod�, Jude.
- Dobry wiecz�r, kapralu.
- Dobry wiecz�r, sier�ancie.
- Obejmujesz wart�.
- Tak, wiem. Tylko ta pora.
S�py mog� sta� si� problemem jak ko� zdechnie.
Wcale nie s� takie brzydkie.
Maj� kolorowe �by
Jak chwile o tym pomy�le�.
Jedyne co jedz� to martwe, zgni�e mi�so.
To przyprawia o md�o�ci, prawda?
- Robi si� p�no.
Id� na g�r�, na szczyt grani
i zmie� Carsona.
W�a�nie schodzi.
- Co z nim?
- W porz�dku. Dla nas.
- Co to ma znaczy�?
- To znaczy, �e stary ko� jest ju� w drodze do piek�a.
- Co w tym dobrego?
Jutro, kiedy st�d wyjdziemy,
kolejny z nas b�dzie szed� na piechot�.
- Co z tego?
Hej, stary, oni maj� gdzie� ciebie czy mnie.
My maszerujemy od pocz�tku.
Powiem ci co�, Jud.
Dlaczego ty i ja nie p�jdziemy na bok, nie dobierzemy si� do tego konia
i nie potniemy go na grube soczyste steki?
- S�ysza�e� sier�ancta!
Powiedzia�, �e zapyta kapitana, kiedy wr�ci.
Nie potrzebne mi problemy
- Kapitan si� nie zgodzi.
Czemu by nie wyci�� troch� spod spodu?
I tak nikt nie zauwa�y.
- Kapitan! Kapitan wr�ci�.
Zr�b tak, jak ci m�wi�em.
- Dobry wiecz�r.
- Dobry wiecz�r, sir.
Dlaczego nie gotujecie dla nas kolacji?
- No c�, sir...
Sier�ant West mia� z panem o tym porozmawia�.
- Gdzie jest sier�ant?
- Jest w namiocie.
- Dobry wiecz�r sir.
- Dobry wiecz�r, sier�ancie.
Wszystko w porz�dku?
- Tak jest.
- Jak si� ma Parker?
- Du�o lepiej, sir.
Wypi� du�o ciep�ej wody i zasn��.
- Dobrze. Kto obj�� wart�?
- Williams, sir.
- �wietnie.
O co chodzi z t� kolacj�, sier�ancie?
Zapyta�em ludzi, czemu nie gotuj� kolacji
a oni powiedzieli, �e chcesz to ze mn� przedyskutowa�.
- No tak, sir.
- Wi�c s�ucham.
- Pad� kolejny ko�.
- Wykopiemy d�
i zajmiemy si� tym.
- Pan wybaczy, sir,
Mo�na by zrobi� to szybciej, gdyby ludzie zostali nakarmieni.
- Zrobi� to szybko, sier�ancie,
kiedy sobie u�wiadomi�, �e dostan� jedzenie po sko�czonej pracy.
Trzeba zadba� o w�a�ciw� kolejno��.
- Sir.
Nie mam zamiaru si� z panem k��ci� .
Jednak�e, jako podoficer,
Czuj�, �e powinienem zg�asza� pewne uwagi
swemu dow�dcy,
co uwa�am za sw�j obowi�zek
szczeg�lnie w tych okoliczno�ciach.
- Dobrze, sier�ancie.
Co to za wa�ne uwagi?
- Szczerze m�wi�c, ludzie potrzebuj� zmiany diety.
Od dw�ch miesi�cy jedz� tylko
ro�liny i grzyby.
Moim zdaniem, je�li nie dostan� otpowiedziego jedzenia
w ci�gu najbli�szych kilku dni,
zdezerteruj�.
- Co proponujesz?
- Niekt�rzy proponuj�
by przyrz�dzi� co� z koniny
- Rozumiem.
To ciekawe.
- Sir.
Je�li Parker nie dostanie jakiego� mi�sa, umrze.
Je�li tak si� stanie,
ludzie zaczn� si� burzy�.
- Oto co przeka�e pan ludziom.
Ko� ma zosta� pogrzebany jeszcze przed kolacj�.
Dopilnujesz tego,
w moim oddziale nie ma padlino�erc�w.
Mo�esz osej��.
I sier�ancie...
je�li kto� ma przez to pomy�le� o dezercji
prosz� im przypomnie�, �e dezercja to przest�pstwo
karane �mierci�.
A teraz ka� im kopa�.
- Nie wiem, Mason, to nie wygl�da mi lepiej.
- B�dziemy lepiej je�� jak tylko wymaszerujemy.
- Gdyby�my tylko mogli gdzie�
na co� zapolowa�.
Cholera, widzia�em mas� kr�lik�w
odk�d tu jeste�my.
Mog�em ustrzeli� jednego dzi� wieczorem.
By� nie dalej ni� 20 jard�w,
po prostu siedzia� i patrzy�,
b�agaj�c, �ebym strzeli�.
M�wi� ci, Mason, one ju� wiedz�.
Cholerne zwierzaki wiedz�, �e nie mo�emy do nich strzela�
dlatego sobie siedz� i si� na nas gapi�.
- C�, Carson,
nawet jak kt�re� z nich do ciebie zagada,
nie m�w mi o tym.
Hej, Bradley, we� sw�j sprz�t.
R�wnie dobrze mo�esz je�� gdy Parker �pi.
- Jak i nie je�� wcale.
Parker ma szcz�cie.
Jest zbyt chory, by je��.
- Smacznego, Bradley.
Je�li to za ma�o, poczekaj chwil�.
- Id� do diab�a, Mason.
- No Bradley, przynajmniej jest mi�o i ciep�o.
- Co za g�wno.
- Kapralu, jak zapewne podejrzewa�e�,
wkr�tce si� wynosimy.
- Tak jest.
- Zamierzam przekaza� ci tajne rozkazy
wi�c b�dziesz m�g� przej�� dowodzenie gdyby zabrak�o mnie, czy sier�anta Westa.
Sier�ancie, przynie�cie paczk�.
Oto nasza obecna pozycja.
12 mil st�d jest miasto Tazewell,
znajduje si� w po�owie drogi pomi�dzy Williamsburgiem a Knoxville.
Tazewell to nasz cel.
Chc�, �eby wszyscy byli w gotowo�ci o �wicie.
Bra� tylko to, co absolutnie konieczne.
B�dziemy t�dy wraca�, jak B�g da, nim wyruszymy na po�udnie.
Mamy informacje �e wi�kszo�� mieszka�c�w
w Tazewell zgin�o w walce
albo po prostu spakowa�o si� i wyjecha�o.
Jankesi maj� tam ma�y posterunek
tylko z jednym �o�nierzem.
A za jakie� trzy lub cztery dni
zatrzyma si� tam jankeski w�z zaopatrzeniowy by zmieni� konie.
W�z ma przewozi� �o�d
dla 5000 ludzi stacjonuj�cych w Knoxville.
300 000 jankeskich dolar�w w z�ocie.
Teraz ju� wiesz dlaczego ta misja jest tak wa�na.
Kapralu, ludzie s� �miertelnie zm�czeni, i na wp� zag�odzeni.
Ale znam ich.
S� ze mn� od pocz�tku.
Opiekowa�em si� nimi, karmi�em ich i wychowa�em w nienawi�ci.
Wytrzymaj� wszystko.
Ci ludzie stracili rodziny,
domy i ca�y dobytek.
Zosta�a im tylko nienawi��.
W ci�kiej sytuacji ta nienawi�� utrzyma ich przy �yciu.
Nie odwo�uj si� do ich patriotyzmu.
Oni ju� go nie maj�.
Pok�adaj wiar� w nienawi�ci, synu.
- Kapitanie, tam.
Co to do diab�a jest?
- Banda czarnuch�w i ich samice.
Prawdopodobnie zbiegli niewolnicy, renegaci.
- Wygl�da jak jaki� ob�z
albo slumsy.
Ale co oni tu robi�,
po �rodku niczego?
- Kto wie czemu ci kanibale cokolwiek robi�?
- Rozwalmy paru, kapitanie.
- Tazewella jest za nast�pnym wzniesieniem.
Nie b�dziemy ryzykowa�.
Jedziemy dalej.
- Ta cz�� Tazewell
wygl�da wystarczaj�co bezpiecznie, kapitanie.
- By� mo�e, ale upewnijmy si�.
Dillon, Williams.
Bradley, zosta� z Parkerem.
Wy dwaj pojedziecie naprz�d.
Sier�ant West i ja zostaniemy z ty�u
w pobli�u zagrody.
Dobra, rusza�.
- Panowie, to zupe�nie niepotrzebne.
Nie b�dziemy sprawia� k�opot�w.
Tylko zap�a�cie za wszystko.
Hej, Lucille, �ci�gnij tu dziewczyny.
Mamy niespodziewanych go�ci.
Witam, kapitanie.
Cze��, ch�opcy, wchod�cie.
- Tylko sp�jrzcie. - Mogli�my trafi� tylko
do szko�y dla dziewcz�t, klasztoru albo burdelu.
- Z moim szcz�ciem to pewnie klasztor.
- Je�li to klasztor,
to chc� zosta� papie�em.
- Witamy, ch�opcy.
Czego si� napijecie?
- Dwa miesi�ce bez mi�sa
a teraz tyle mi�ska i �adnych ziemniak�w.
- Hej, Bradley, sko�czy�e� je��?
- Tak, sier�ancie.
- Wi�c id� zmieni� Dillona.
- Od jak dawna tu mieszkasz?
- Tu si� urodzi�am.
- To naprawd� �adne miasto.
Za�o�� si�, �e jest tu dobra ziemia.
- By�a, ale nikt tu nie �yje z ziemi.
Chcesz i�� na g�r� za �wiartk�?
Albo dych�?
- Mam pomys�.
Mo�e najpierw co� zjemy?
Za�o�� si�, �e wiesz sk�d wzi��
co� dobrego do jedzenia.
Jakie� mi�so? Stek?
- Nie chcesz i�� na g�r� za dych�?
- Nie mam dychy.
- Hej, Dillon, jeste� tam?
- Tak. Masz mnie zmieni�?
- Tak.
- Najwy�szy czas!
- Trzymaj, Charlie, mocniej!
Trzymaj.
Trzymaj..
- Ci�gnij! - To nied�wied�.
Nied�wied�? Raczej kr�liczek. - Dalej, Jude.
.
Dalej, Jude. - Ci�gnij!
- Tak!
- Wygl�da, �e ch�opcy dobrze si� bawi�.
Mam nadziej�, �e si� nie zm�cz�.
Moje dziewczyny te� chc� si� zabawi�.
- Sier�ancie West?
- Niech mnie diabli.
Jankeskie pieni�dze.
- My�l�, �e ch�opaki zas�u�yli na odrobin� relaksu.
Mam racj�, sier�ancie?
- Tak jest.
- B�dzie walka!
- Dzi�kuj� Panu.
- Dobrze si� bawi�.
Jak oni mog�?
Robi� imprez� gdy ja jestem tutaj?
- Przepraszam.
- Poka�� ci co., Chod� tu.
Hej, poca�uj j�!
- Wystarczy. Ona jest moja!
- Dalej, Joe. Baw si� dobrze!
- Zobacz co tu mam.
Jak mogli?
- Prosto w d� doliny, Williams!
Li� to szybciej.
- Tak, wypijcie to, ch�opcy!
- Do diab�a, Williams!
- Hej, kole�, chcesz sutek w butelce?
- Hej, Mason!
B�dziesz �u� czy pi�?
B�d� �u� i pi�!
- Mason, poka� im jak si� pije w Teksasie!
- Popatrz na niego!
- Wiedzia�em, �e nie da rady.
Poca�uj je!
Och, nie!
Mam ich ju� do��, chod�my.
- Hej, dok�d idziecie? - Tam gdzie i wy!
- No dalej, Jude!
Na co czekasz?
Chod� tu.
Cholera!
- Do cholery!
- Williams, co ty do cholery robisz?
Jak mam si� skoncentrowa�? - No dobra!
- Zdejmijmy te ciuchy.
No dalej!
Posu� si�! - Id� st�d!
Jak to zdj��?
Zdejmij je!
Zdejmij je!
Wreszcie, na Boga!
- Jaka taka mi�a dziewczyna jak ty...
- Zamknij si�.
- Jeste� wspania�a.
Mam ma�� farm�. my�la�em sobie...
- Mo�esz si� zamkn��? Tutaj...
- To �askocze.
Wiesz, czego chc�.
Tak wiem, ca�e ��ko!
- O tak!
- M�wi�em Ci
Po�udnie zn�w powstanie.
- Nigdy nie robi�em tego w ten spos�b.
- Chcesz za�o�y� spodnie?
- Buty te�.
- Jak to jest, �e kto� prowadzi przybytek dla jankes�w
w g��bi jankeskiego terytorium, mo�e by� tak przyjazny?
- Powiem panu, kapitanie.
Przygl�dam si� tej sytuacji troch� filozoficznie.
Ludzie, kt�rzy kiedy� mieszkali w tym mie�cie
widzieli wi�cej wojny ni� si� zdaje.
G��wna ulica przechodzi�a z r�k do r�k 20 lub 30 razy
i nie by�o r�znicy, kt�ra strona wygra�a.
Rezultat by� zawsze taki sam:
kobiety by�y gwa�cone, sklepy okradane.
Wi�c pewnego dnia wszyscy po prostu st�d wyjechali.
Opr�cz mnie i dziewcz�t,
zostali�my, bo mamy ofert� dla obu stron,
co� neutralnego i niezb�dnego czyli konie,
whisky i seks.
- Do�wiadczy�e� yu ostatnio jakiej� jankeskiej aktywno�ci.
- Nic powa�nego, kapitanie.
Dbamy tylko o w�asne sprawy.
A co jaki� czas zjawia si� tu kilku zab��kanych �o�dak�w,
takich jak wy.
- Tylko tyle?
Nie oczekujesz �e jacy� si� tu wkr�tce zjawi�?
- Tyle co zwykle.
Jutro b�dzie t�dy jecha� w�z,
w drodze do Knoxville.
- My�l�, �e to ten co jedzie z Louisville.
- Sk�d o tym wiecie?
- To nasza sprawa, panie Marsh.
P�ac� nam, by�my wiedzieli co si� dzieje na p�nocy.
- Na pewno si� cieszycie, �e wracacie do domu.
- Nie wracamy do domu.
S� tacy, co czuj�, �e maj� do�� walki,
ale s� te� inni, tacy jak my
kt�rzy musz� walczy� dalej.
- Niech mnie diabli.
Chyba nie chce pan kontynuowa� tej wojny, kapitanie?
Bardzo �le si� dla was sko�czy�a.
- Panie Marsh, ta wojna si� nie sko�czy
p�ki armie Po�udnia nie wkrocz� do Waszyngtonu
a ka�dy czarny m�czyzna, kobieta i dziecko zginie
albo sko�czy w �a�cuchach jako niewolnicy.
Ale w jednym si� z panem zgadzam, panie Marsh.
- Dla pana wojna si� sko�czy�a.
- Osu� si�.
- Mamy godzin�, do cholery!
- Zejd� mi z drogi.
- Sier�ancie West?
- Zamkn�� si�.
- Koniec zabawy, sier�ancie.
Zawo�aj ludzi.
Kobiety zamkn�� w pokoju
i postawi� stra�.
Nie chc�, �eby kt�ra� uciek�a
i ujawni�a nasze pozycje. - Gdzie jest Charlie?
Pom� mi!
- Wszystko w porz�dku, synu.
We� si� w gar��.
Wszystko b�dzie w porz�dku.
Nie martw si�,
odpoczywaj.
Sier�ancie, uda nam si� znale�� tu
jaki� �rodek przeciwb�lowy?
- Nie, sir.
Dok�adnie przeszukali�my miasto.
Nic nie znale�li�my.
Miasto zosta�o porz�dnie wyczyszczone.
- Nie martw si�, synu.
Zajmiemy si� tob�.
Jutro...
wykonamy zadanie
i zaraz ruszamy dalej.
Zobaczysz.
Za dzie� lub dwa b�dziesz u lekarza.
Sier�ancie, przygotujcie si�.
- Dzie� dobry, sier�ancie.
- Dzie� dobry, sir.
- Ile to jeszcze potrwa?
- Jakie� 15 minut, sir.
- Kontynuowa�.
- Frank, nie musisz by� ju� taki formalny.
- S�uchaj, Faith.
Mimo powierzonego zadanie, w forcie mog�em si� odpr�y�,
ale moje rozkazy s� jasne, �adnych pasa�er�w.
- Nie jestem pasa�erem, tylko twoj� narzeczon�.
- To bez r�znicy.
- S�uchaj, chcemy dojecha� tylko do Tazewell.
Tam kupi� konia dla Nancy.
M�g�by� przynajmniej udawa�, �e zale�y ci na moim bezpiecze�stwie.
- Kochanie, to w�a�nie dlatego, �e mi zale�y,
mimo �e walki usta�y.
Wojna sko�czy�a si� ledwie dwa miesi�ce temu.
- No w�a�nie. Chodzi o to �e wojna si� sko�czy�a.
Po co te absurdalne zasady
�e nie mog� z tob� podr�owa�?
- No dobra, wygra�a�.
- Dzie� dobry, Frank, witam pani�.
- Dzie� dobry, Howardzie.
Panie pojad� z nami a� do Tazewell.
- Doskonale.
B�dzie mi�e towarzystwo.
- To daje m�czy�nie poczucie satysfakcji.
Powr�t do boju.
Naprawd� by�o mi przykro z powodu Marsha.
Zgin�� przez m�j b��d.
- Pa�ski, Sir?
- Moim b��dem, sier�ancie,
by�o zaufanie mu,
z ca�ym tym be�kotem
�Wojna to tragedia."
Przekona�em si�, �e to tylko
kolejny radyka� z P�nocy.
Mi�o�nik Jankes�w.
Zgadzacie si�, prawda?
- Tak jest.
Zgadzam si�.
- Dobrze.
Nie chcia�bym, �eby� my�la�, �e �mier� pana Marsha
nie by�a konieczna.
Pomog� pani.
Teraz!
- Witamy.
Ja jestem Dillon, a to Jud.
- Tu jest.
- Kapitanie?
Nie wygl�da mi to na 300 000$.
- To nie wszystko. Ma by� wi�cej.
Du�o wi�cej.
Przeszuka� w�z.
- Sprawd�cie wszystko.
Bradley, pom� mi.
- Po�ycz mi n�, Mason.
- Nic tu nie ma.
Pusto.
Nic tu nie ma, sir.
Mo�e maj� to przy sobie.
- Jankescy, dranie.
Mam nadziej�, �e mi pani wybaczy,
wszelkie niedogodno�ci, kt�re spowodowa�em
i wyrazi� moje szczere nadzieje
�e pani podr� nie ulegnie zbyt du�emu op�nieniu.
A co do was, panowie, moim obowi�zkiem jest poinformowa� was
�e jeste�cie teraz je�cami wojennymi,
i �e jakakolwiek pr�ba ucieczki
spotka si� z bezwzgl�dn� reakcj� moich ludzi.
- Nie wie pan, kapitanie?
Nie s�ysza� pan?
Wojny ju� nie ma.
Wojna si� sko�czy�a.
- Nas pan nie oszuka, poruczniku.
Nie ufamy s�owu Jankesa.
Nie ma jednak w�tpliwo�ci, �e wojna rzeczywi�cie si� sko�czy�a.
Dla pana Marsha.
I czterech pa�skich ludzi le��cych na zewn�trz.
A dla was dw�ch,
tak�e dobieg�a ko�ca.
Szeregowy Carson.
Pochowajcie zw�oki.
Szeregowy Bradley,
znajd� dla tej damy miejsce przy jednym ze stolik�w,
a t� czarn� ode�lij do dziwek.
- Kapitanie, Nancy jest moja pokoj�wk� i by�abym wdzi�czna
gdyby zosta�a przy mnie.
- Jak sobie pani �yczy.
Nie mam zamiaru czyni� niczego co spowoduje pani dyskomfort dyskomfort.
Pani murzynka mo�e nadal zaspokajaj pani potrzeby
i pragnienia.
Szeregowy Dillon, posad�cie podporucznika przy piecu.
A pana prosz� ze mn�.
Policzy�e� dok�adnie?
- Tak jest.
Mamy tu ledwie 2400 dolar�w.
- No c�, to spore rozczarowanie,
szczeg�lnie, �e nasi szpiedzy poinformowali nas,
�e mamy si� spodziewa� ponad �wier� miliona.
Potrafi pan to wyja�ni�, poruczniku?
- Kapitanie, jak ju� m�wi�em, wojna si� sko�czy�a.
Kiedy� niedaleko stacionowa�o 5 tys ludzi,
i czasami przewozili�my t�dy...
nawet 300 000 dolar�w, ich �o�du.
Ale to si� sko�czy�o.
Wojna si� sko�czy�a.
- Ma pan racj�, poruczniku.
Najzupe�niej.
Podporuczniku?
Wygl�da na to, �e mam pewien k�opot
w przekonaniu pana kolegi do wsp�pracy ze mn�
co do waszego transportu z�ota.
- Tak jest.
- Mo�e pan b�dzie bardziej skory do wsp�pracy.
- Ch�tnie pomog�, je�li tylko zdo�am, sir.
- Wreszcie.
Wiedzia�em, �e znajd� kogo� z armii Jankes�w z odrobin� inteligencji.
Kiedy i kt�r�dy b�dzie wieziona reszta z�ota?
- Kapitanie, nie ma ju� z�ota.
To co pan znalaz� to wszystko
za 90 dni.
- Powiedz mi, podporuczniku,
co sprawi�o, �e do��czy�e� do Armii pana Lincolna?
- C�...
czu�em, �e P�noc ma racj� a Po�udnie si� myli.
- Szkoda, �e tak pomy�la�e�.
- Teraz widzisz, poruczniku, Jestem bardzo jestem powa�ny.
Oczywi�cie to z�oto zosta�o w jaki� spos�b podzielone.
By� mo�e ca�a reszta trafi tu jutro.
A by� mo�e pojedzie inn� drog�.
Jakby nie by�o, poruczniku,
lepiej by� zrozumia� ju� teraz.
Zamierzamy zdoby� reszt� z�ota
a ty nam w tym pomo�esz.
- Panienko Faith, musi pani panowa� nad sob�.
- Bo�e, Nancy, czego on chce?
- Nie wiem, ale wiem jedno.
Je�li zachowamy spok�j, b�dziemy mie� wi�ksze szanse.
- Zapewne masz racj�.
Jak d�ugo on mo�e tak sta�?
- Wa�ne jest jak d�ugo ty wytrzymasz?
Nic mu nie b�dzie.
Ale musimy zachowa� spok�j.
- Nancy,
Chc� ci podzi�kowa�.
- Za co?
- Za twoj� pomoc,
za zrozumienie.
- M�wcie g�o�niej.
To niegrzeczne szepta� w obecno�ci gospodarza.
Prawda?
Nie ma pani nic do powiedzenia?
C�, je�li b�dzie si� pani w�a�ciwie zachowywa�,
mo�e ujdzie pani bez uszczerbku na sk�rze.
A m�wi�c o sk�rze.
Nie podzielem sposobu w jaki traktuje pani t� niewolnic�.
- Ona nie jest niewolnic�.
- Wiem, czym jest. I potraktuj� j� odpowiednio.
- Hej, kapitan powiedzia� �e mam ci� zmieni� ju� teraz,
zamiast p�niej.
Masz i�� do saloonu.
- Dobra, ju� id�.
- Wi�c jak, poruczniku Nelson, je�li dobrze pami�tam?
Przypuszczam, �e mia�by� ochot� usi���
i troch� odpocz��.
Nie widz� powodu by to mia�o trwa�
i sprawia� ci taki dyskomfort.
Jedyne, czego chcemu to tego z�ota,
potem ruszymy w drog�.
No wi�c, kiedy i gdzie przejedzie reszta z�ota.
- Je�li m�wisz powa�nie, musia�e� oszale�.
- Szeregowy Jud, melduj� si� na rozkaz.
- Mam pewien k�opot z przekonaniem porucznika
jak bardzo jeste�my powa�ni.
Wi�c pomy�la�em sobie
�e by� mo�e ty i powiedzmy: szeregowy Dillon,
b�dziecie bardziej przekonuj�cy wobec porucznika.
jak bardzo jeste�my zdeterminowani
by uzyska� potrzebne informacje.
- Tak jest. Bardzo ch�tnie.
- Nie! - Podnie� go, Jud.
Po�askocz� go troch�.
Troch� si� przyty�o, poruczniku.
Brak ci �wicze�.
To za moj� farm�!
Nie!
Prosz�! - Za moje konie!
Moje uprawy!
- O Bo�e.
- A to za mnie!
- Przesta�, prosz�, przesta�!
- B�dziesz gada�, Jankesie?
Powiesz kapitanowi
co chce wiedzie�?
- Prawda...
M�wi� prawd�.
- Przywal mu, Jud.
- Zostawcie go w spokoju. Na Boga, on nic nie wie.
Zostawcie go, prosz�.
Czy wy�cie oszaleli?
- Niech si� pani uspokoi. - On nic o tym nie wie.
- Prosz� si� uspokoi�.
Wystarczy, ch�opcy. Niech z�apie oddech.
Nie s�dzi�em, �e posun� si� tak daleko.
Prosz� pani, sugeruj� �e mo�e sobie pani oszcz�dzi�
wielu problem�w, je�li mi pani powie co chc� wiedzie�.
- Nie mam z�ota.
Tylko kilka monet,
i mo�e zegarek Franka.
Franka?
Jest pani znajom� porucznika Nelsona?
- To m�j narzeczony.
- No prosz�!
Czy mog� z�o�y� gratulacje m�odaj damie?
- Bradley!
- Jestem tutaj, Parker. - Bradley!
- Jestem tutaj.
- Znowu si� zaczyna.
Moja g�owa, moja g�owa. - W porz�dku.
- Moja g�owa. - Wszystko w porz�dku, Parker.
W porz�dku.
Odpoczywaj.
Odpr� si�.
- Pami�tasz... pami�tasz jak by�o kiedy�?
Bradley?
- Jasne, Parker.
Lepiej?
- O tak.
O wiele lepiej.
- Mo�e teraz b�dziesz m�g� zasn��.
- O tak. My�l�, �e tak.
O Bo�e, chcia�bym by� w domu.
- Ja te�.
- Widz�, �e porucznik zn�w si� obudzi�.
No c�, wr��my do tematu.
Czy pan porucznik zdecydowa� przekaza� nam informacje
dotycz�ce dostawy z�ota?
No dobrze.
Je�li nie chcesz, ratowa� siebie,
mo�e zaczniesz m�wi�, by ratowa� honor swej narzeczonej.
- Nie dotykaj jej.
- Powiem co� panu, poruczniku Nelson.
Wy�wiadcz� ci wielk� przys�ug�.
I najpierw zademonstruj�...
co czek� tw� �liczn� narzeczon�,
je�li nadal b�dziesz tak uparty.
Kapralu Williams? Bradley?
Po��cie t� rzecz na barze,
i zr�bcie z ni� co chcecie.
Zawo�ajcie reszt�.
Niech oni te� si� zabawi�.
Je�li nie macie opor�w.
- Do diab�a, kapitanie, nie mam �adnych.
Bradley, �ap j�.
P�jd� od ty�u.
- Zaraz ci� dostan�!
- �ap j�, Bradley!
- Pu�� mnie, ty bia�y �mieciu!
Zostaw mnie! - Z�ap j�.
- P�� mnie.
- Z�ap j� za nogi,
po�� na barze.
- Pr�buj�. - Dalej, Dillon,
Carson, pom� nam.
- Pr�buj�.
- Przesta�.
Przesta�, �mieciu!
- Cholera jeszcze ci� nie boli.
Nie�le walczy!
Z�ap j� za w�osy, Carson!
- Zdejmij jej sukienk�. Zdejmuj.
- Nie daj jej kopa�.
- Dillon, z�ap z ty�u.
Co?
- Odepnij ty�.
Uwa�aj bo ci� podrapie.
Trzymaj j�!
- Mam nadziej�, �e czarne si� nie �ciera.
- Odwr�� j�.
- Przesta�.
Panienko Faith! Pomocy!
- Przesu� j�. - Odwr��.
- Odwr�� j�.
- Pomocy.
- Nie daj jej kopa�.
Poci�gnij je w d�!
Wy �winie! Wy brudne �winie.
Bradley, co z tob�?
Nie radzisz sobie?
Zr�b to. Zr�b to.
Bradley, daj jej wszystko!
Zr�b to. Zr�b to.
- Do diab�a, jestem tak daleko od Phoenix
i zabawiam si� w barze.
- Jest ca�a czarna!
- M�j Bo�e, to tylko przyk�ad.
- Cholera, Bradley.
Pani wybaczy.
- Czego chcesz?
- No c�, jeszcze z ni� nie sko�czyli�my.
Teraz moja kolej.
- Och, wyno� si� st�d!
- Nie, teraz moja kolej!
- Idziemy.
Niech mi kto� stanie na drodze.
Do cholery, Williams, Bradley,
Ruszcie dupy i przytrzymajcie j�.
- No Dillon, zr�b to!
- Zr�b to.
- Kapralu Mason.
Czas na zmian� warty.
- C�, skoro ju� zabawili�cie si� z t� czarn�
mo�ecie je zamkn�� na g�rze na noc.
Szeregowy Dillon, zaprowad� narzeczon� porucznika.
Kapralu Mason, ty zajmij si� czarn�.
Porucznik zostanie ze mn�.
- Prosz�, zapal lamp�?
- Nic ci nie jest?
- Dzi�kuj� �e pytasz.
- C�, dobranoc.
- Kapralu.
Czemu nie wzi��e� mnie razem z innymi?
- Nie wiem.
- Nie podobam ci si�?
- Podobasz mi si�.
- Wi�c o co chodzi?
Na pewno od dawna jeste�cie w boju.
Za�o�� si�, �e od dawna nie widzia�e� kobiety.
Usi�d�.
Zauwa�y�am ci�, kiedy wszed�e�.
W pewnym sensie liczy�am na to.
Tobie bym si� nie opiera�a.
Nie tobie.
- Zr�b to.
Zr�b to.
- Hej, Dillon, zr�b to!
Dostan� ci�!
- Mam ci�!
- Pu�� mnie.
Przesta�cie!
Zr�b to.
Zr�b to.
Dostan� ci�, dostan� ci�!
Mam ci�!
Zostawcie mnie!
- Dalej, Bradley! Trzymaj j�, z�ap za cycki.
- Zr�b to.
- Zr�b to.
Wstawaj, Bradley.
- Zr�b to.
Nie umiesz jej dogodzi�.
- Zr�b to.
Teraz, do cholery! Williams, Bradley,
Ruszcie dupy i przytrzymajcie j�.
Poka�� wam jak j� uciszy�.
- Podoba ci si�? - O tak.
O tak - Zr�b to.
- Zr�b to, Dillon.
- Przepraszam �e przeszkodzi�em pani w medytacji,
ale poczu�em, �e musimy porozmawia�.
Mog� usi���?
Mam nadziej�, �e pani rozumie, �e my...
Czasami m�czy�ni, kt�rzy za d�ugo walczyli,
robi� pewne rzeczy, kt�re...
Zabijanie to nie jest mi�e zaj�cie.
Robimy to, bo musimy.
Rozumie pani, prawda?
- Je�li przyszed� pan tu szuka� wym�wek za to co si� sta�o.
- O nie, nie.
Chcia�em, by pani zrozumia�a.
- Ale� rozumiem.
Wojna mi�dzy Stanami dobieg�a ko�ca.
Armie po�udnia podda�y si�
osiem miesi�cy temu.
Ju� nie ma wojny, kapitanie.
- M�j Bo�e!
Wy po prostu nie chcecie zrozumie�.
Ta wojna nigdy si� nie sko�czy dop�ki Po�udnie nie zwyci�y.
Oczywi�cie, �e s� tacy, kt�rzy si� poddali.
Ale wr�c�, zobaczycie.
Nie.
R�nice mi�dzy nami s� zbyt du�e
by mia�o si� to sko�czy� nasz� kapitulacj�.
Ja i moi ludzie jeste�my przyk�adami tego hartu ducha.
A s� setki tysi�cy takich jak my,
tylko czekaj�cych by wkroczy� ponownie do akcji.
Dlatego to z�oto jest tak wa�ne.
Potrzebujemy broni i amunicji.
Nie chc� oddawa� pani moim ludziom.
Chc� tylko przekona� pani narzeczonego, by nam powiedzia�
co chcemy wiedzie�.
Nie ma powodu by to pani� spotka�o.
M�g�by go pani przekona�.
M�g�by go pani przekona�.
- Ty �winio!
Jeste� tylko brudnym zwierz�ciem.
- Nie m�w mi o zwierz�tach.
Nic nie wiesz o zwierz�tach.
Gdyby� wiedzia�a, nigdy nie do��czy�aby�
do waszego pana Lincolna, by uwolni�
te czarne zwierz�ta.
Je�li P�noc wygra t� wojn�,
bia�a rasa zostanie wyt�piona
przez tych czarnych bydlak�w.
- Nie b�d� si� opiera�, kapitanie.
Mo�esz mnie mie�.
O co chodzi?
Nie mo�esz tego zrobi�.
Chcesz, ale nie mo�esz.
Dzielny kapitan! Niech tylko jego ludzie o tym us�ysz�.
Jak gwa�ci kobiety gadaniem.
Jeste� zwierz�ciem.
Ale oposem,
pozbawionym si�y.
O�liz�ym oposem.
- By� mo�e tak jest.
By� mo�e nie jestem tym, kim by�em. Ale nikt z nas nie jest.
Wojna tak robi z lud�mi.
- Nie prosili�my o t� wojn�, kapitanie.
- Wi�c kto?
Czy my wam m�wili�my jak macie �y�?.
Kim jeste�, by zmienia� nasze �ycie?
To ta cholerna proklamacja waszego pana Lincolna
to sprawi�a.
- Kapitanie, ka�da istota ludzka zas�uguje na wolno��.
A Murzyni to istoty ludzkie.
- Zabawne.
Ten porucznik Jankes�w te� to powiedzia�, zanim...
To chyba przez oczy.
Na pocz�tku my�la�em �e to usta,
ale teraz widz� to bardziej w oczach.
Moj� �on�, przypominasz mi j�.
Czasami, przy odpowiednim �wietle...
widz� j�.
Jak teraz, z t� lamp�,
w tym cieniu.
Istoty ludzkie, powiadasz.
C�...
Opowiem ci o tych stworzeniach,
kt�re chcesz uwolni�.
Mieli�my ma�� plantacj�.
Kiedy poszed�em na wojn�,
Kupi�em kolejnych sze�ciu czarnych.
Dopiero co przywiezionych z Afryki.
A kiedy nadesz�a wasza armia,
uwolnili wszystkich czarnych.
Moich niewolnik�w te�,
ale ci nowi, byli g�upi i nie�wiadomi.
Nie wiedzieli co z sob� zrobi�
jak si� wy�ywi�.
Jak m�wi�em, byli prosto z Afryki.
Mieszkali w lesie jak zwierz�ta, kt�rymi byli.
Ale kiedy za bardzo zg�odnieli
wr�cili na moj� farm�,
i zabrali mojego nadzorc�,
moj� �on�,
i mojego synka.
Rozpalili wielkie ognisko,
pokroili ich,
ugotowali
i zjedli.
O tak, to prawda.
Kiedy wr�ci�em, spotka�em kilku z nich.
Oczywi�cie uciekli na m�j widok.
Ale nie biegli wystarczaj�co szybko.
Dopad�em trzech.
Chyba byli zbyt najedzeni, �eby biec.
- Wr�ci�em do domu na urlop
i zobaczy�em, �e drzwi frontowe s� wywa�one.
Wi�c poszed�em od ty�u
i tam ich zobaczy�em, siedzieli wok� ogniska,
i jedli.
Nie potrafi�em rozpozna�, kt�r� konkretnie cz�� jedli.
Pokrojone cia�o wygl�da jak zwyk�e mi�so
z wyj�tkiem g�owy.
To nigdy si� nie zmienia.
Kanibale nigdy nie jedz� g��w.
Wbijaj� w ziemi� ko�ek,
bior� g�ow� i j� nabijaj�.
Odpocznij.
Jutro dowiemy si� gdzie jest z�oto.
- Hej, ocknij si�.
- Gdzie ja jestem?
- Spokojnie. Ju� nic ci nie grozi.
- Co to za miejsce?
- To Everett City.
- Czarne miasto. - Nie rozumiem.
- Nie ma nic do zrozumienia.
To miasto czarych.
Zacz�o si� od ukrywaj�cych zbieg�ych niewolnik�w.
- Stary Ben Everett by� pierwszym, kt�ry si� tu ukry�.
- Ale wojna si� sko�czy�a, nie musicie si� ju� ukrywa�.
- Nie ukrywamy si�, �yjemy!
�yjemy bez bia�ych.
- A co tobie si� przytrafi�o?
Czemu jeste� taka zdenerwowana?
- Potrzebuj� waszej pomocy.
- Pomo�emy je�li zdo�amy.
- Moja pani i jej narzeczony maj� k�opoty.
- Jakie k�opoty?
- �o�nierze ich z�apali, Konfederaci.
- Bia�i?
- Tak.
- Przecie� m�wi�a�, wojna si� sko�czy�a.
- Ale ci �o�nierze o tym nie wiedz�.
- Czyli twoja pani i jej narzeczony,
te� s� biali?
- Tak.
- M�wi�a�, �e ty potrzebujesz pomocy.
- Oczywi�cie �e potrzebuj�.
Oni potrzebuj�, a to moi przyjaciele.
- Mogliby�my pom�c tobie
ale im,
zw�aszcza bia�ym.
Nikt tu nie ma zamiaru pomaga� bia�ym.
- Nie mo�ecie tak po prostu pozwoli� by umarli.
- Bo�e, dziewczyno, gdzie� ty �y�a?
My�lisz, �e biali pomagali nam?
- No dobrze.
Jest tam z�oto.
Ponad 3000 dolar�w.
- To z�oto bia�ych!
I tak nic tu za nie nie kupimy.
Wszystko, czego potrzebujemy ro�nie, mo�emy zbudowa� lub zabi�.
- Ale to wasza szansa by im odp�aci�.
Ci biali s� tam ca�kiem sami.
Tylko o�miu �o�nierzy Konfederacji.
Mogliby�cie ich wszystkich zabi� i nikt by si� nie dowiedzia�.
- Cholera, w zesz�ym tygodniu zabili�my 15 bia�ych.
I nikt si� nie dowiedzia�.
- Tak.
- W takim razie dla mnie.
Zabijcie ich dla mnie.
Dlaczego dla ciebie?
- Zgwa�cili mnie.
Wszyscy.
Traktowali mnie gorzej ni� psa.
Robili mi rzeczy
o kt�rych nie my�la�am, �e cz�owiek mo�e zrobi�
Zabijcie ich dla mnie.
- Wi�c ma�a dziewczynka zosta�a zgwa�cona?
To nie by�o takie straszne.
- Mia�a� szcz�cie, �e da�a� im co� czego chcieli
inaczej by si� w�cieki i naprawd� ci� zranili.
- Zobacz starego Poli, tam.
Te� mia� im co� do zaoferowania.
By� mistrzem stanu Alabama w wadze ci�kiej,
trzy lata na szczycie.
Traktowali go naprawd� dobrze,
tak d�ugo, jak d�ugo �ama� r�ce gruchota� ko�ci.
Pewnego dnia �ebro przebi�o mu p�uco,
i stary Poli nie m�g� ju� walczy�.
Wi�c zosta� rolnym czarnuch.
A rolnych czarnuch�w nie traktuje si� tak
jak mistrz�w wagi ci�kiej.
- Przywi�zali go do p�uga
i nie by� ju� niczym wi�cej ni� zwyk�um mu�em.
- A co do kobiet, do cholery,
nie by�o �adnej �adnej czarnej dziewczyny
kt�rej by nie zgwa�cili, conajmniej kilka razy w tygodniu.
- Ciebie te� zgwa�cili?
- Mo�e. Na pocz�tku.
Nie pami�tam dok�adnie.
Widzisz, dziewczyno, jest du�o rzeczy gorszych od gwa�tu.
Gdy mia�am 12 lat, umie�cili mnie w gospodarstwie hodowlanym.
Przez nast�pne dziewi�� lat mia�am o�mioro dzieciak�w.
A gdy ju� nie mog�am mie� wi�cej,
wys�ali mnie do pracy w prz�dzalni bawe�ny.
Pewnego dnia b�d� potrzebowali da� przyk�ad
bo kto� co� ukrad�.
Widzisz, dziewczyno, jest du�o rzeczy gorszych od gwa�tu.
- Miller, masz co� jutro do roboty?
- Nie.
- Jake?
- P�jd� i zabij� kilku bia�ych.
- Tak, zabijemy ich.
Ale nie dlatego, �e ci� zgwa�cili.
Czy dla 3000 dolar�w.
Zabijemy ich, bo i tak nie mamy nic lepszego do roboty.
Kapitanie?
On jest martwy. Parker nie �yje.
M�wili�my, �e potrzebuje lekarza.
- Dobra...
zachowajmy wszyscy spok�j.
C�, poruczniku, powiedzia�bym, �e tw�j czas dobieg� ko�ca.
Jaka jest twoja odpowied�?
Ile jest dla ciebie warta ta kobieta?
20 dolar�w?
50?
�wier� miliona?
Powiedz mi, poruczniku, zap�acisz moim ludziom za swoj� narzeczon�
�wier� miliona dolar�w,
kt�re nawet nie nale�� do ciebie?
No dobrze.
Kapralu Williams, Jud, bierzcie j�.
- Frank! - Dajcie j� na ten st�.
- Frank, na lito�� bosk�!
- Postawcie j�.
Narzeczona porucznika.
- Na co czekacie?
Zdejmijmy t� sukienk�.
- Och, czy� nie jest pi�kna?
Sp�jrzcie na to.
- Zobacz jacy s� niecierpliwi.
Nie mog� powiedzie�, bym ich wini�.
- Sp�jrz na te galoty!
Jakie czy�ciutkie.
Sp�jrz na to!
Poci�gnij za sznurek.
Chyba ma ca�� konstytucj� na sobie.
- Zobacz tutaj.
- Marnujemy czas.
- Tak.
- Spokojnie.
- Poruczniku! Tylko nic nie m�w
nim nie minie moja kolejka.
Od razu zg�odnia�em.
Od razu po �niadaniu.
- Poruczniku! Nie m�w nic kapitanowi
p�ki z ni� nie sko�cz�.
Tym razem ja b�d� pierwszy.
- Bo�e, prosz�.
- Mam to gdzie�, Williams. Tym razem mog� by� ostatni.
Chc� j� wymi�tosi�. - Wszyscy to zrobimy!
- Przesta�cie. To boli.
Prosz� przesta�cie.
- Tak!
- Niech kto� mi pomo�e.
- Tak!
- Kapralu Mason?
Kapralu Mason.
Do��!
- Gdzie jest ten Czarna?
Jud, Dillon, bierzecie wart�.
No poruczniku, zmarnowa�em ju� wystarczaj�co du�o czasu.
Ten Czarna uciek�
i pewnie sprowadzi pomoc.
To twoja ostatnia szansa.
Je�li nadal nie b�dziesz m�wi�, zabij� j�.
Bradley, Williams, chod�cie tu.
Sier�ancie, dajcie mi bro�.
- Gdzie to jest?
- Gdzie jest z�oto?
- Polie, Fred, chod�cie ze mn�.
Reszta zostanie tutaj. Chod�my.
- Gdzie to jest, poruczniku?
Zabij� j�.
- Kry� si�!
Kapitanie, jaki� czarnuch do mnie strzela�!
- Czarnuchy z broni�?
Wygl�da na to, �e mamy szans� zabi� kilku zbuntowanych niewolnik�w.
Nie powinno nam to zaj�� wi�cej ni� 30 sekund.
Zajmijcie ich tam czym�.
Wezm� pozosta�ych i zaatakujemy ich od ty�u.
Dobra
- Kapitanie!
Dw�ch jest na ulicy
- Uwa�aj na tego z ty�u.
Zobacz jego karabin.
To zupe�nie nowy Sharp!
- Co oni do cholery robi�?
Gdzie oni id�?
- Widz� ich wi�cej, kapitanie.
Lepiej wyjd�my na zewn�trz,
spr�buj ich wzi�� w krzy�owy ogie�.
Jeste�my tu zbyt unieruchomieni.
- My�l�, �e Dillon ma racj�.
Mog� nas tu trzyma� przez kilka dni.
- Mo�e by� ich wi�cej.
- Dobra, idziemy.
Ukryjcie si�.
Williams, Carson, Bradley.
Kapralu Dillon, sier�ancie West, idziemy.
- Tutaj, Dillon!
- Nadchodz�, bia�y ch�opcze!
- Nadchodz�, czarna �mierci!
- Dosta�em kolejnego!
- No dalej bia�asie.
Wsta� i poka� mi, czy jestem gorszy.
No dalej.
Wstawaj.
Dasz rad�.
Chcia�e� mnie skrzywdzi�, Massa.
No wstawaj.
No dalej Massa.
Jeste� lepszy ode mnie.
- Czarnuch.
Czarnuch.
- Williams?
Jud!
Kapitanie!
Dillon.
Williams!
Jud!
- Obaj zginiemy, bia�y ch�opcze.
Gi�,
bia�y ch�opcze!
- Przyjdzie ich wi�cej, sier�ancie.
Zbierz pozosta�ych.
B�dziemy musieli si� szybko st�d wydosta�.
Pospiesz si�.
- On pr�buje ich zabi�!
Do diab�a, przecie� to koniec.
Nie ma sensu ich zabija�.
Kapitanie!
Prosz�, na lito�� bosk�.
Kapitanie!
Kapitanie!
- Sier�ancie West.
Sier�ancie West.
Na co czekasz, sier�ancie?
- Dillon!
Sprowad� porucznika i te dwie kobiety,
podczep w�z.
Wynosimy si� st�d, szybko.
- Zgadza si�.
Zgadza si�, b�dziesz potrzebowa� wozu i konia, szybko.
- Wiesz, kapitanie, naprawd� wierz�, �e wojna si� sko�czy�a,
i mog�e� o tym wiedzie� przez ca�y czas.
- Mylisz si�, sier�ancie.
- Wojna si� sko�czy�a.
Dla Carsona
Williamsa,
Parkera,
Bradleya, Juda, kaprala Masona.
A gdy dotrzemy do nast�pnego miasta,
dowiemy si�, czy to wojna naprawd� si� sko�czy�a.
- Dobra!
Wojna sko�czy�a si� w kwietniu.
Ale nie dla mnie.
Ani dla ciebie, ani Dillona.
Dla nas nigdy si� nie sko�czy.
Nadal mo�emy walczy�.
A inni do nas do��cz�, zobaczysz.
Wr�cimy do tej osady czarnuch�w,
by doko�czy� robot�, zabijemy ich wszystkich.
- Ca�y czas wiedzia�e�.
Zamordowa�e� tych wszystkich ludzi.
Zamordowa�e� naszych ludzi.
- Nie, sier�ancie, nie m�w tak.
- Gotowi do wyjazdu, sier�ancie.
- To dla ciebie, kapitanie.
Walcz dalej w swojej wojnie.
- Nie mo�esz mnie tu zostawi�.
Nie mo�esz mnie zostawi�!
Za tydzie� b�dziesz wisia�.
Staniesz przed s�dem wojskowym!
Nie mo�esz mnie tu zostawi�.
Powiesz� ci� za to.
Powiesz� wszystkich zdrajc�w.
Zdrajcy!
Cholerne dranie.
Wyno�cie si�.
Nienawidz� was, dranie.
Dranie.
Dranie.
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.