Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soran卯)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
W rolach g艂贸wnych
K艁OPOTY Z FACETAMI
W pozosta艂ych rolach
Muzyka
Zdj臋cia
Scenariusz
Re偶yseria
Spruance...
Panno Spruance, prosz臋 mi pokaza膰,
gdzie tu jest napisane: "przeci膮ga膰"?
Bo ja tu nic takiego nie widz臋.
Przepraszam, nie wiedzia艂am, 偶e przeci膮gam.
Ponadto by艂bym wielce zobowi膮zany,
gdyby zamiast ekstatycznego samouwielbienia
prezentowa艂a pani cho膰 minimaln膮 dba艂o艣膰 o wydawanie w艂a艣ciwych d藕wi臋k贸w!
- Wcale nie przeci膮ga艂am. - Daruj mu.
Nie, m贸wi臋 ci, on to robi specjalnie.
Od kiedy si臋 wyprowadzi艂am, ca艂y czas tak si臋 zachowuje.
A teraz, je偶eli nasz s艂odki sopran przestanie na moment gdaka膰,
spr贸bujemy jeszcze raz.
- Mam ci臋 gdzie艣! - S艂ucham?
Powiedzia艂am: "Dobrze, spr贸bujmy jeszcze raz.".
Pi膮ty takt.
Nigdy mi nie powiedzia艂: "Skarbie, kocham ci臋,
艣wietnie sobie radzisz.".
Nie szanuje mnie jako osoby
i w og贸le nie odpowiada mi to, jak wygl膮da nasz zwi膮zek.
Rozumiem.
Teraz popatrz na Harry'ego i powiedz mu, co czujesz.
Boli mnie, 偶e on nie wczuwa si臋 w moje potrzeby.
Nie docenia mnie.
- Widzi pan? - Zobaczmy, co on ma do powiedzenia.
Harry?
Co czujesz, gdy Adele o tym m贸wi?
Czuj臋, 偶e... ona czepia si臋 ka偶dej najmniejszej rzeczy
i za ka偶dym razem, kiedy pr贸buj臋 z ni膮 rozmawia膰,
z jakiego艣 powodu nie wierzy w 偶adne moje s艂owo.
To nieprawda!
Sam pan widzi.
Nie! Chce pan wiedzie膰, sk膮d to si臋 wzi臋艂o?
Harry przyszed艂 do mnie i wynaj膮艂 m贸j budynek,
w kt贸rym teraz ma swoje biuro.
Przecie偶 jego to nie interesuje, nie o to pyta艂.
Widzi pan? Ona wygrzebuje i wyci膮ga r贸偶ne...
przer贸偶ne rzeczy, kt贸re nie maj膮 nic wsp贸lnego ze spraw膮.
Rozumiem, o co chodzi. M贸w dalej, Harry.
Zgodzi艂em si臋 na to spotkanie. W porz膮dku.
Ale Iwo Jima jest do mnie na tyle uprzedzona, 偶e...
O, nie! To w艂a艣nie jest kolejna rzecz!
Przepraszam, ale w艂a艣nie pr贸buj臋 co艣 powiedzie膰.
Tak, spr贸bujmy... wzajemnie si臋 wys艂ucha膰...
M贸w dalej, Harry.
Nie pami臋tam ju偶, o co mi chodzi艂o, ale...
To jest chore, kiedy ja go prosz臋, by mnie nazywa艂 po imieniu,
a on to kompletnie ignoruje! Kompletnie!
Dobrze, dobrze. Rozumiem.
Rozumiem was oboje.
Ca艂kiem nie 藕le nam idzie.
PSY OBRONNE
50 dolc贸w za sesj臋,
偶eby jaki艣 wymoczkowaty baran m贸wi艂 mi, jak mam do ciebie trafi膰.
Najmilszy, chcesz, 偶eby z tego ma艂偶e艅stwa co艣 by艂o, czy nie?
Rozumiem, co masz na my艣li.
Ale mo偶e zaufa艂aby艣 mi chocia偶 troch臋.
O nic wi臋cej nie prosz臋.
Wsiadaj.
Czy na pewno nie zgin臋艂o pani nic cennego?
Nic.
Nie narazi艂a si臋 pani komu艣 w jaki艣 spos贸b?
Nie.
Wygl膮da na to, 偶e kto艣 pani nie lubi, nieprawda偶?
Ale kto to mo偶e by膰?
Rozumiem, 偶e nie jest pani zam臋偶na.
Jest w trakcie rozwodu.
A on?
On?
Jest naszym dyrygentem, artyst膮 i nigdy by...
Lewie? Nie, on nigdy by czego艣 takiego nie zrobi艂.
- Jest tam kto? - W sam膮 por臋.
- Witaj, Joannie! - Przepraszam, to moja siostra.
W艂a艣nie wr贸ci艂am z Hawaj贸w i pomy艣la艂am, 偶e wpadn臋.
Cholera, co tu si臋 sta艂o?
Andy, to raczej nieodpowiednia pora na odwiedziny.
Wczoraj kto艣 si臋 tu w艂ama艂.
To okropne!
Wi臋c zadzwoni臋 do ciebie p贸藕niej, dobrze?
Mo偶e dasz mi chocia偶 minut臋.
Chcia艂am spyta膰, czy masz ten r臋kopis, kt贸ry ci wys艂a艂am.
A to kto?
Helen Dextra. Przecie偶 j膮 znasz.
Tak?
- Dobra, przeczyta艂a艣 go? - Co? Nie wiem, o co ci chodzi.
Chodzi mi o ksi膮偶k臋, kt贸r膮 napisa艂am o Redzie i o mnie.
Wys艂a艂am ci j膮. Czy to tak trudno zrozumie膰?
O, nie! Napisa艂a艣 ksi膮偶k臋 o Redzie Laylsie?
No, nie tylko o nim.
On jest jednym z wielu epizod贸w w moim 偶yciu, wiesz przecie偶.
- Masz wod臋 Perriera? - Ja przynios臋.
Nie! Nie mam Perriera!
Prosz臋 ci臋, zadzwoni臋 do ciebie p贸藕niej.
Nie b臋dzie mnie w domu.
Najpierw id臋 do szpitala na usuni臋cie halluksa,
a potem lec臋 do Nowego Jorku na spotkanie z wydawc膮.
Oczywi艣cie w tajemnicy przed Redmonem "G贸wnian膮 Mord膮" Laylsem.
B臋dziemy si臋 zbiera膰.
- Nie! Poczekajcie! Musimy porozmawia膰! - Wiesz, co on mi powiedzia艂?
- Wiesz, co on mi powiedzia艂? - Nie mam poj臋cia.
Chcia艂am tylko spyta膰... Je偶eli rzeczywi艣cie jest kto艣,
kto z jakiego艣 nieznanego powodu bardzo mnie nie lubi,
to co, wed艂ug pana, powinnam zrobi膰?
M贸g艂bym za艂o偶y膰 kraty w oknach.
Nazywam si臋 Malvenos. Prosz臋 do mnie zadzwoni膰.
Jednak, wie pan...
To chyba niemo偶liwe, 偶eby to by艂 kto艣 znajomy.
- Mo偶e nie. - Ja przecie偶 zawsze tak si臋 staram
unika膰 konfliktowych sytuacji.
M贸j prawnik m贸wi do mnie: "Nic nie mog膮 zrobi膰.".
A ja na to: "Tak, nic nie mog膮 zrobi膰, ale ja ju偶 tego nie wytrzymuj臋.".
On mi zbyt wiele nie pomo偶e. Boi si臋 Reda jak ognia.
- Andy, czy ty m贸wisz powa偶nie? - Pewnie. Ma pietra, jak wszyscy.
Skoro mowa o prawnikach, to jeden wpad艂 na mnie, kiedy si臋 opala艂am.
Nie, naprawd臋 lecisz do Nowego Jorku?
Tak. B臋d臋 tam mieszka膰 w zacisznym i nikomu nie znanym miejscu.
Super. Mo偶e wi臋c mog艂abym zamieszka膰 u ciebie?
Wi臋c przeka偶 gospodyni, 偶eby zostawi艂a klucze.
Poczekaj. Najpierw pos艂uchaj, co powiedzia艂 o mnie
Jego Nad臋ta Ekscelencja...
Przepraszam, ale wcale mnie to nie obchodzi.
Moje mieszkanie, jak sama widzisz, jest w kompletnej ruinie,
policjant w艂a艣nie mnie poinformowa艂, 偶e kto艣 mnie nie lubi
i naprawd臋 nie chc臋 zosta膰 tutaj sama!
W porz膮dku. Mo偶esz przecie偶 zamieszka膰 u mnie.
KOLEJNA OFIARA MORDERCY Z WEST SIDE
Boli mnie twarz i ucho.
Ej, Xena...
Id藕 posprz膮ta膰 u piesk贸w.
Nawet nie zaczynaj.
Mam dosy膰 k艂opot贸w z Iwo Jim膮 i jej narzekaniem.
Teraz nawet nie wierzy w to, 偶e jeste艣 moj膮 bratanic膮.
Bo nie jestem.
Przecie偶 nie o to chodzi.
Odbierz, dobrze?
I nie m贸w, 偶e jestem, dop贸ki si臋 nie dowiesz, kto dzwoni.
Tak, tak, tak...
Tak?
- M贸wi Ferde. Jest Harry? - Przykro mi, ale chwilowo go nie ma.
- A kiedy b臋dzie? - Mo偶e p贸藕niej.
- A z kim rozmawiam? - Z kim pan rozmawia?
- Z kim rozmawiam? - Z jego naczeln膮 sprz膮taczk膮.
Prosz臋 pos艂ucha膰, pani sprz膮taczko.
Harry zalega mi z dwiema ratami za samoch贸d.
Albo zap艂aci do jutra albo go zabieram.
- Przeka偶臋 mu. - Prosz臋 si臋 upewni膰, 偶e zrozumia艂.
Na razie.
- Kto to by艂? - Ferde z Auto-Co艣-Tam.
Chce, 偶eby艣 zap艂aci艂 do jutra za 2 miesi膮ce albo zabiera samoch贸d.
Gnojek!
Wiesz, co si臋 stanie, je偶eli nie zap艂ac臋 tym hodowcom
i nie dostan臋 do艣wiadczonych ps贸w?
Ca艂kiem nied艂ugo par臋 ludk贸w wyleci na bruk.
I tak mam ju偶 dosy膰 psich g贸wien.
Jak to mo偶liwe, 偶e wok贸艂 jest tyle bogactwa,
przest臋pczo艣膰 wzrasta lawinowo, a ja nic nie zarabiam.
O, cholera!
To Lee. Powiedz mu, 偶e pojecha艂em do Vegas
dostarczy膰 psy dla Wayne'go Newtona.
Duke! Fuss! I nie wiesz, kiedy wracam.
Socorro! Socorro!
Zaczekaj!
Przepraszam ci臋, Socorro, ale co si臋 dzieje i dlaczego odje偶d偶asz?
Nie wiem, prosz臋 pani. Nie rozumiem.
Dok膮d jedziesz?
To m贸j syn, Baltazar. Ty m贸wi膰, Balto, para mi.
Tak, tak. Co si臋 dzieje? Kiedy j膮 przywieziesz?
W poniedzia艂ek b臋dzie z powrotem.
Ale ja nie mog臋 zosta膰 tutaj sama do poniedzia艂ku!
Tak, poniedzia艂ek!
By艂am przekonana, 偶e Socorro tutaj mieszka. Gdybym wiedzia艂a, nie przyje偶d偶a艂abym tu.
Ona te偶 musi mie膰 czasem wolne, nie?
No, to pi臋knie!
KREW I POCA艁UNKI
Krew i poca艂unki. Ju偶 w kinach.
Hej, Andy! To ja, Butch!
Chod藕, przywitaj si臋 ze starym kumplem.
A ty kim jeste艣, kotku?
Andy wyjecha艂a,
a ca艂y dom jest pe艂en ludzi, kt贸rzy chc膮 spa膰.
A ty nie wyjdziesz si臋 ze mn膮 przywita膰?
Prosz臋, niech pan sobie idzie!
Poka偶 si臋 chocia偶!
Je艣li pan nie odejdzie, zadzwoni臋 po ochron臋.
Patrz na to, ma艂a.
M贸j Bo偶e, sk膮d ona bierze takich ludzi?
Przecie偶 pr贸buj臋 by膰 mi艂y.
Andy si臋 to podoba艂o.
A z tob膮 co jest?
Duke! Kommen!
Sitz! Dobry Duke.
Zawsze najpierw imi臋, a potem komenda.
Najpierw imi臋, potem komenda.
Teraz je艣li chodzi o potraktowanie napastnik贸w,
poka偶臋 pani, czego mo偶na si臋 spodziewa膰 po psie tej klasy.
Tutaj mamy, 偶e si臋 tak wyra偶臋, psi arsena艂.
Zwierz臋 jest wyszkolone tak, by k膮sa膰 wybrane cz臋艣ci cia艂a
a偶 do zmia偶d偶enia ko艣ci.
Je偶eli napastnik trzyma w r臋ku bro艅, jakiegokolwiek rodzaju,
czy jest to pistolet, n贸偶, kij, czy cokolwiek innego,
wtedy pies,
przepraszam za wyra偶enie,
natychmiast zaatakuje j膮dra.
A co, je艣li nie zechc臋, 偶eby to zrobi艂?
Zechce pani.
Nie, ja chc臋 tylko, 偶eby kogo艣 przestraszy艂.
Prosz臋 mi wierzy膰, 偶e to go przestraszy, jak r贸wnie偶 obezw艂adni
w stopniu wykluczaj膮cym jakiekolwiek dzia艂ania przeciwko pani.
Duke! Das ist alles, kommen!
Wie pan, w zasadzie to mam alergi臋 na psy, wi臋c mo偶e...
- Chcia艂bym zada膰 pani pytanie. - Tak?
Staram si臋 dok艂adnie analizowa膰 sytuacj臋 ka偶dego klienta.
Czy jest pani zam臋偶na, stanu wolnego,
czy mieszka pani sama, czy w czyim艣 towarzystwie?
Jestem w trakcie rozwodu. Mieszkam tutaj,
poniewa偶 kto艣 w艂ama艂 si臋 do mojego mieszkania.
Ale nie jestem zupe艂nie sama. Jest przecie偶 gospodyni
i... kilkoro przyjaci贸艂.
Ta okolica to raj dla w艂amywaczy.
Tam niedaleko, na Mulholland,
znaleziono cia艂o pi膮tej ofiary mordercy z West Side.
Prosz臋, niech mi pan o tym nie m贸wi.
Prosz臋 mi wierzy膰, wiem, na co mo偶e by膰 nara偶ona
samotna i tak atrakcyjna kobieta, jak pani. Ale prosz臋 si臋 nie martwi膰.
Wszystkiemu zaradzimy i b臋dzie si臋 pani czu艂a
najbezpieczniej na 艣wiecie.
Zgoda.
A wi臋c, co ju偶 umiemy?
"Ober", "platz", "geh am platz", "bringen", "kommen", "sitz", "fuss",
"fahrt" i "blieb".
Dobrze, a teraz niech pani wyda mu komend臋: "Duke, wachen si臋".
Duke, wachen sie.
Troch臋 bardziej zdecydowanym tonem.
Duke, wachen sie.
Dobrze. Teraz pies wypatruje niebezpiecze艅stwa.
Ma pani tu ca艂kiem 艂adny kawa艂ek ziemi.
To dom mojej siostry.
Pani siostry? A gdzie偶 ona jest?
Czy ja to robi臋 w艂a艣ciwie? Czy nie powinnam si臋 na co艣 przygotowa膰?
Prosz臋 nigdy nie patrze膰 na psa.
Nigdy nie patrze膰 na psa?
O, Bo偶e!
June, mia艂a艣 nie okazywa膰 strachu, dop贸ki ci nie powiem!
Joan, opanuj psa! Zatrzymaj go!
Pr贸buj臋! Dobry piesek...
Daj mu komend臋, 偶eby si臋 zatrzyma艂.
Zapomnia艂am! Niech pan mu powie!
Aus!
B膮d藕 mi艂y! Dobry piesek!
Duke, sihz!
O, m贸j Bo偶e!
To by艂o niesamowite! Uwielbiam tego psa!
Widzia艂 pan to?
Nie mog臋 uwierzy膰, 偶e on jest taki silny!
Wl贸k艂 mnie za sob膮, jakbym by艂a lalk膮!
Widzi pani?
- Dzi臋kuj臋. - Dobry Duke!
Zazwyczaj nie wypo偶yczam Duke'a, nawet na kr贸tko,
poniewa偶 to najlepszy pies obronny w kraju.
To pani siostra?
Tak.
A to?
To jej trzeci m膮偶, Eric Ellerman.
Zaraz, zaraz. A ten facet?
Czy to Red Layls?
- Tak... - 呕artuje pani.
Pani siostra przyja藕ni si臋 z Redem Laylsem?
Przecie偶 to jeden z najbogatszych ludzi w kraju.
Ma kontakty na ca艂ym 艣wiecie.
I to z nim jest pani siostra... Niewiarygodne.
Chcia艂bym go kiedy艣 pozna膰.
Co za figura...
Musz臋 przyzna膰, 偶e pani siostra jest bardzo atrakcyjn膮 kobiet膮.
To spory komplement. Przeka偶臋 jej.
Wpadn臋 do pani za dzie艅 lub dwa, dobrze?
- Sprawdzi膰, czy wszystko jest w porz膮dku. - Dobrze.
Gdyby pani czego艣 potrzebowa艂a,
prosz臋 do mnie dzwoni膰 o ka偶dej porze dnia i nocy.
To prawdziwa przyjemno艣膰 pracowa膰 z pani膮.
Stary podrywacz!
Nie zaczynaj. To nie byle jaka klientka.
Wymaga specyficznego podej艣cia. Lepiej patrz i ucz si臋.
Zacznij wzorowa膰 si臋 na osobach z wy偶szych sfer,
takich, jak ona.
Pieprzy膰 j膮!
Nie pieprzy si臋 tego typu kobiet.
Ty ch臋tnie!
Do takiego w艂a艣nie stylu 偶ycia chcemy d膮偶y膰.
Nawet nie spyta艂a, ile to kosztuje.
W mord臋, to mi si臋 podoba!
Mnie nie. I to nawet nie jest tw贸j pies.
Joan, tu Lewie.
Nie odbierasz... Oszcz臋dzasz g艂os, mam nadziej臋.
Mo偶e powinna艣 skupi膰 si臋 na muzyce. To ci poprawi nastr贸j.
Pr贸ba dzi艣 wieczorem, punkt o 21.00.
Ka偶dy Tw贸j oddech
i ka偶dy tw贸j ruch,
ka偶d膮 obietnic臋
i ka偶dy tw贸j krok
艣ledzi膰 b臋d臋 pilnie.
Jeste艣 tam, Joan?
To ma brzmie膰 dziewiczo.
Wi臋c po prostu... udawajcie.
- Nie r贸b tego! - Czego?
Nie wolno patrze膰 mu w oczy.
Masz psa, kt贸remu nie mo偶esz popatrze膰 w oczy?
To nie jest zwyk艂y pies. To specjalnie szkolony pies obronny.
Nie musia艂a艣 zadawa膰 sobie tyle trudu.
Je艣li nie czujesz si臋 bezpiecznie w domu siostry,
m贸wi艂em ci ju偶, 偶e przyjad臋 i zamieszkam z tob膮.
Nie.
Jeste艣 taka cholernie uparta.
Wcale nie jestem uparta. Jestem uleg艂a a偶 do b贸lu.
Nie powiesz mi, co ci臋 naprawd臋 gryzie?
Czemu ju偶 mi si臋 nie zwierzasz?
- Ale偶 zwierzam si臋. - Wcale nie.
Dalej, powiedz mi.
- Chod藕my na drinka po pr贸bie. - Eddy, lepiej chod藕. Jest pr贸ba tenor贸w.
- Ju偶 id臋. - Nie, dzisiaj nie.
To mo偶e jutro.
No, mo偶e.
Nie musisz udawa膰.
Cze艣膰! Jak leci?
Chodzi o to, 偶e do tego domu
jest si臋 bardzo 艂atwo w艂ama膰.
Wiedzia艂am. Nigdy nie powinnam by艂a tu mieszka膰.
Prosz臋 si臋 nie martwi膰.
Pies zajmie si臋 ka偶dym, kto b臋dzie pr贸bowa艂 wej艣膰 do 艣rodka.
Co mam robi膰? Mo偶e przenios臋 si臋 do motelu albo gdzie艣.
Prosz臋 tego nie robi膰.
To tylko jaki艣 idiota, kt贸ry chce pani膮 nastraszy膰.
No i uda艂o mu si臋.
Nie powinna pani okazywa膰 strachu, bo to tylko zach臋ca do agresji.
Nie zach臋ca艂am go.
Na przyk艂ad, nie powinna pani przechadza膰 si臋
wdzi臋cznymi drobnymi kroczkami i wymachiwa膰 chusteczk膮,
bo to zwraca uwag臋.
A przechadzam si臋?
Zobaczmy.
Prosz臋 przespacerowa膰 si臋 tam i z powrotem tak, jak zwykle.
Zwykle nie chodz臋 tam i z powrotem.
Dobrze.
Nie potrafi臋 tak chodzi膰, kiedy pan mnie obserwuje.
W porz膮dku.
Prosz臋 zwr贸ci膰 uwag臋, 偶eby pani postawa
wyra偶a艂a du偶膮 pewno艣膰 siebie i zdecydowanie.
Ale prosz臋 r贸wnie偶 pami臋ta膰, by nie zachowywa膰 si臋 po m臋sku,
bo to wygl膮da nieatrakcyjnie.
Ale ja my艣la艂am, 偶e w艂a艣nie o to chodzi, by nie wygl膮da膰 zbyt atrakcyjnie.
Nie, nie. Zawsze nale偶y zachowa膰 odrobin臋 atrakcyjno艣ci.
Jej zupe艂ny brak r贸wnie偶 mo偶e sprowokowa膰.
To po prostu niemo偶liwe.
St膮d nie ma wyj艣cia.
Pewnie, 偶e jest. To tylko kwestia podej艣cia.
No, bez takich, bez takich.
Przepraszam, ale to mnie naprawd臋 przerasta.
Wiesz co? Pozw贸l mi zabra膰 ci臋 st膮d, zaprosi膰 na drinka.
Mo偶e dzi臋ki temu oderwiesz si臋 troch臋 od tych spraw.
To bardzo mi艂o z twojej strony, Harry. Bardzo ch臋tnie.
Wi臋c od jak dawna jeste艣 rozwiedziony?
No, jakie艣...
siedem czy osiem lat, jako艣 tak.
Naprawd臋?
A czy..., zak艂adaj膮c, 偶e prowadzisz samotne 偶ycie...
Wi臋kszo艣ci m臋偶czyzn nie za bardzo to odpowiada,
jak czyta艂am.
Powiem ci prawd臋.
Ca艂y czas przygl膮dam si臋 twoim d艂oniom
i s膮 po prostu rozkoszne.
Naprawd臋?
Zapewne masz tak偶e pi臋kny g艂os.
Chcia艂bym ci臋 kiedy艣 us艂ysze膰.
Kiedy tylko zechcesz.
Lubisz muzyk臋 powa偶n膮?
Ale偶 tak, do tego stopnia, 偶e kiedy leci w radiu,
wyci膮gam wtyczk臋.
Tak na serio, to czasami tak na mnie dzia艂a,
偶e nie nad膮偶am z prze艂ykaniem 艣liny.
Kolacja gotowa.
Wiesz, Harry, jeste艣 pe艂en niespodzianek.
Kto by pomy艣la艂, 偶e czyta艂e艣 "Bosk膮 Komedi臋" Dantego...
No, by艂o to ju偶 jaki艣 czas temu, ale istotnie.
I niczym ko艂o 艂agodnie sun膮ce,
Porusza mi艂o艣膰 umys艂 m贸j i zmys艂y.
Mi艂o艣膰, co wprawia w ruch gwiazdy i s艂o艅ce.
Nie wiem dlaczego,
ale to jest takie wspania艂e, 偶e zawsze si臋 przy tym rozczulam.
Dzi臋kuj臋.
Wiesz, to bardzo smutne...
Patrz膮c na moj膮 siostr臋 i wszystkich jej m臋偶贸w i kochank贸w,
nie wspominaj膮c ju偶 o swoim 偶yciu,
my艣l臋, 偶e to naprawd臋 smutne i przygn臋biaj膮ce,
偶e kobieta i m臋偶czyzna nie potrafi膮 by膰 przyjaci贸艂mi.
To prawdziwa tragedia,
偶e seks jest tak cz臋sto przeszkod膮 w przyja藕ni.
Niekoniecznie.
Wiesz, 偶e Dante i Beatrycze nigdy nie spali razem?
Naprawd臋?
A, tak, zapomnia艂em o tej cz臋艣ci.
Kurcz臋, nie powinnam by艂a tyle pi膰. Nie jestem taka szybka.
Nie ma po艣piechu.
Wi臋c my艣lisz, 偶e kobieta i m臋偶czyzna mog膮 zosta膰 przyjaci贸艂mi?
Jak najbardziej.
No, dalej.
Jaka ona jest?
To nie to, co my艣lisz.
To kto艣 zupe艂nie wyj膮tkowy.
Przede wszystkim ma osobowo艣膰,
jak r贸wnie偶 urod臋 i cia艂o.
Czy nie m贸wi艂e艣 tak ju偶 kiedy艣 o kelnerce z baru na rogu?
Nie, m贸wi臋 ci, to co艣 zupe艂nie innego.
Powinna艣 j膮 pozna膰.
Ona 艣piewa w operze.
Ma d艂onie jak anio艂.
Jacy艣 ludzie chc膮 z tob膮 rozmawia膰. Czekaj膮.
Zaraz wracam.
Co艣 si臋 wam popl膮ta艂o z adresem.
Red Layls i ja zapewniamy, 偶e w pana interesie jest mnie wys艂ucha膰.
Nie, niech pan mnie pos艂ucha.
Mam do niej wielki szacunek,
a by膰 mo偶e w gr臋 wchodz膮 r贸wnie偶 g艂臋bsze osobiste uczucia.
Poszukuj膮c informacji o panu, dowiedzieli艣my si臋,
偶e wcale nie nazywa si臋 pan Harry Bliss.
Tak naprawd臋 nazywa si臋 pan Eugene Earl Axlin...
- Zaraz, zaraz. - I 偶e na skutek, jak rozumiem,
przeoczenia z pana strony, zar贸wno urz膮d skarbowy,
jak i poka藕na liczba wierzycieli z kilku miast wschodniego wybrze偶a,
s膮 bardzo zainteresowani miejscem, gdzie pan aktualnie przebywa.
Nie mog臋 tak po prostu okra艣膰 tej kobiety.
Chcia艂bym zauwa偶y膰, 偶e dobre imi臋 i reputacja Reda Laylsa
nie s膮 w艂asno艣ci膮 ani pani Ellerman, ani jej siostry, do kt贸rej, jak si臋 okaza艂o,
zosta艂 wys艂any ten r臋kopis. Wie pan, co on zawiera?
W ohydny spos贸b szkaluje oblicze powszechnie powa偶anego cz艂owieka.
I mam nadziej臋, 偶e b臋dziemy mogli unikn膮膰 jakichkolwiek nieprzyjemnych sytuacji.
Co pan ma na my艣li?
To, 偶e pan Layls nie zawaha si臋 u偶y膰 wszelkich dost臋pnych 艣rodk贸w,
by odzyska膰 r臋kopis. Je艣li zdecyduje si臋 pan nam pom贸c,
to znaczy odnale藕膰 r臋kopis i przekaza膰 go mnie,
mo偶e pan si臋 spodziewa膰 hojnego wynagrodzenia.
Dopiero co j膮 pozna艂em.
Po偶yczy艂em jej tylko psa. Za kogo wy mnie uwa偶acie?
Duke! Kommen!
Pi臋kny pies. Och, jeste艣 taki mi臋kki.
Nie! To nie jest mi艂e!
Sitz!
Sitz i zachowuj si臋.
Nie! Pies nie!
Rozmawia艂em wczoraj z Helen i bardzo si臋 martwi臋 t膮 ca艂膮 sytuacj膮.
Nie chc臋, 偶eby艣 mieszka艂a tam sama.
Prosz臋 ci臋. Czy nie czu艂aby艣 si臋 bezpieczniej,
- gdyby艣 znowu zamieszka艂a w naszym domu? - Nie, nie chc臋 tego.
Obawiasz si臋, jakby艣 si臋 do mnie odnosi艂a? Dlaczego si臋 opierasz?
S艂uchaj, siedz臋 po uszy w 艣mierdz膮cym bagnie
- i naprawd臋 wola艂abym... - Czy masz jakiekolwiek poj臋cie,
jak ja to prze偶ywam?
My艣lisz, 偶e to takie 艂atwe przyzna膰, 偶e chc臋 ci臋 z powrotem?
Czy wobec tego nie mog艂e艣 sobie darowa膰?
Spotykasz si臋 z kim艣? Powiedz, 偶e nie.
Powiedz. Nie jeste艣 typem abstynentki.
Prosz臋, nie oceniaj mnie przez pryzmat swojego krocza.
Wiem, 偶e si臋 z kim艣 spotykasz.
Czy ty mnie szpiegujesz?
Daj spok贸j, b膮d藕 ze mn膮 szczera. Mnie mo偶esz powiedzie膰.
Dobrze, spotykam si臋 z kim艣. W porz膮dku?
Nie wierz臋 ci.
Kim on jest?
Teraz popatrz na Harry'ego i powiedz mu, co czujesz.
Masz ju偶 nigdy nie nazywa膰 mnie Iwo Jim膮.
Je偶eli nie potrafisz m贸wi膰 do mnie Adele, nie m贸w do mnie wcale.
To bardzo konkretna pro艣ba, nieprawda偶?
Wi臋c teraz, Harry, popatrz na Iwo Jim臋 i powiedz jej...
Nie, nie, wr贸膰.
We藕 j膮 za r臋k臋, popatrz na ni膮.
Po prostu nawi膮偶 kontakt.
Bardzo dobrze.
Bo mi臋dzy wami jest wiele mi艂o艣ci.
Nast臋pnym razem porozmawiamy o naszym 偶yciu seksualnym.
- Po moim trupie, skarbie. - A w艂a艣nie, 偶e tak.
Na pewno nie o moim.
Wiesz, g艂upio mi o tym m贸wi膰, ale mamy ma艂y problem z Duke'm.
- Co? - No, on cz臋sto staje na dw贸ch 艂apach
i pr贸buje dosiada膰 czyje艣 nogi.
- Nie przejmuj si臋 tym. - Najcz臋艣ciej zdarza si臋 to Socorro,
kt贸ra nie m贸wi po angielsku, a co dopiero po niemiecku
i czasami musi chodzi膰 z uwieszonym psem z pokoju do pokoju jak z odkurzaczem.
To raczej normalne u wi臋kszo艣ci doros艂ych samc贸w.
Od czasu do czasu mog膮 pr贸bowa膰
wykonywa膰 pewne ruchy w stosunku do kobiet
i wtedy trzeba w por臋 odpowiednio zareagowa膰.
Ta muzyka nie dzia艂a na ciebie za mocno, prawda?
Nie. Jest bardzo 艂adna.
To Chopin. Nokturn...
Wiesz, co na mnie dzia艂a?
- To znaczy utw贸r nocny. - Ty.
Harry, my艣l臋, 偶e powinnam ci o czym艣 powiedzie膰.
Nie przejmuj si臋 tym.
- W艂a艣nie, w tym problem... - 呕aden problem.
Chc臋 by膰 z tob膮 zupe艂nie szczera.
Niedawno u艣wiadomi艂am sobie jedn膮 rzecz.
Chodzi o to, 偶e w swoim 偶yciu spa艂am z kilkoma m臋偶czyznami
tylko dlatego, 偶eby mnie lubili.
Jednak sama nie lubi艂am wi臋kszo艣ci z nich a偶 tak bardzo,
wi臋c nie wiem, dlaczego tak mi zale偶a艂o, 偶eby oni mnie lubili.
Wiesz, ja nie jestem z tych facet贸w,
- co traktuj膮 kobiet臋 jak przedmiot. - Ale偶 wiem. Nie to mia艂am na my艣li.
Ja staram si臋 wg艂臋bi膰 w jej istot臋.
Chodzi mi o to, 偶e...
nie wiem, czy teraz nie p贸jd臋 z tob膮 do 艂贸偶ka
tylko dlatego, 偶e nie chc臋 by膰 sama.
Wi臋c my艣la艂am, 偶e mo偶e mogliby艣my
spr贸bowa膰 p贸j艣膰 inn膮 drog膮.
Inn膮 drog膮?
S膮 inne formy blisko艣ci,
o kt贸rych ludzie nie maj膮 poj臋cia.
Co nie oznacza, 偶e mnie nie poci膮gasz.
Nie chcesz da膰 mi szansy, bym ci臋 przekona艂?
Przekona艂?
Inna droga mo偶e by膰.
Nie musisz by膰 nie艣mia艂a.
Bo偶e, tak trudno jest wprowadzi膰 tu co艣 nowego.
Cze艣膰, tu Andy.
Jestem na przyj臋ciu.
Zostaw wiadomo艣膰 po sygnale.
Joan? Joannie? Jeste艣 tam?
To ja, Andy.
Dzwoni臋, 偶eby ci powiedzie膰, 偶e ci ludzie daj膮 mi narkotyki.
Nie mam w pokoju telefonu, ani telewizora.
Musia艂am zakra艣膰 si臋 obok. Wygl膮da tu jak w celi,
a na 艂贸偶ku le偶y w 艣pi膮czce nafaszerowany prochami czubek.
- Mo偶e lepiej odbior臋. - Ten oprawca trzyma mnie tutaj,
偶eby mnie z艂ama膰 i odebra膰 mi ksi膮偶k臋.
Harry, przepraszam ci臋, ale to moja siostra.
- Joannie, pomocy! - Andy? Tu Joan.
- Jeste艣! Dzi臋ki Bogu. - Gdzie jeste艣? W Nowym Jorku?
Nie, w艂a艣nie ci m贸wi臋. Posz艂am do szpitala
- na zwyk艂e usuni臋cie halluksa. - Tak, pami臋tam, m贸wi艂a艣 mi.
- Gdzie jeste艣? - Potem przewie藕li mnie
bez mojej wiedzy w nieznane miejsce, gdzie zosta艂am odurzona lekami.
- Poczekaj. - Czy ty rozumiesz moj膮 sytuacj臋?
Nie mam nawet majtek i 偶adnej szansy ucieczki.
O, m贸j Bo偶e! To ma zwi膮zek z Redem, prawda?
Tak, to ma zwi膮zek z Redem. To chyba oczywiste.
Ale je偶eli jemu i temu prawnikowi wydaje si臋, 偶e...
Poczekaj! Chyba kto艣 idzie.
- Co mam robi膰? - Dowiedz si臋, gdzie ona jest.
Andy! Andy! Musisz mi powiedzie膰, gdzie jeste艣.
M贸wi艂am ju偶, 偶e nie wiem. Ci dranie s膮 cholernie sprytni.
Jestem na jakim艣 zadupiu w prywatnym psychiatryku
z cholern膮 siatk膮 w oknach.
Dowiedz si臋, z kt贸rego szpitala j膮 zabrali.
Andy! Do kt贸rego szpitala posz艂a艣 na zabieg?
Mount Haven w South Bay. Przesta艅 ju偶 zadawa膰 g艂upie pytania
i prosz臋, zr贸b co艣.
- Powiedz, 偶e j膮 znajdziemy. - Andy, znajdziemy ci臋.
Musz臋 spada膰, kto艣 idzie.
Andy! Och, co mam robi膰? Zadzwoni膰 na policj臋?
Nie.
Jed藕my tam.
To znaczy... w tej chwili?
Antonia Ellerman. Przyj臋ta trzeciego
- i wypisana przez swojego lekarza. - Sk膮d pan wie, 偶e to by艂 jej lekarz?
Cholera, ja te偶 m贸g艂bym tu przyj艣膰, powiedzie膰, 偶e jestem lekarzem
i kogo艣 wypisa膰.
Nawet je艣li to by艂 lekarz, to nie oznacza, 偶e by艂 lekarzem mojej siostry.
Tutaj jest napisane, 偶e by艂a na obserwacji z podejrzeniem depresji...
To nieprawda! Do szpitala przysz艂a na operacj臋,
nast臋pnie zosta艂a odurzona lekami i wywieziona st膮d wbrew swojej woli!
...i 偶e zosta艂a wypisana czwartego o 15:45.
Dobra, tracimy tylko czas. Gdzie jest ten facet... jak mu tam?
Nazywa si臋 doktor Monroe Park. Nie jest napisane, gdzie jest.
Co to w og贸le jest za parszywy szpital, co?
Je艣li chc膮 pa艅stwo zadzwoni膰 do biura informacji,
telefony s膮 tam. Oni na pewno maj膮 jego numer.
Nic. Nie maj膮 takiego lekarza.
I jak ja mam go teraz znale藕膰? Mo偶e poda艂 fa艂szywe nazwisko?
A mo偶e w og贸le nie jest lekarzem?
Mam par臋 pomys艂贸w.
Najpierw musimy skontaktowa膰 si臋 z Redem Laylsem.
O, nie. Nie chc臋 mie膰 z nim nic do czynienia.
- Boj臋 si臋 go. - Wierz mi, 偶e nie ma si臋 czego ba膰.
S艂ysza艂am ju偶 r贸偶ne rzeczy:
o przekr臋tach w rz膮dzie i o kokainie z Panamy.
Znam takich, jak on.
Bez swoich pieni臋dzy i wp艂yw贸w s膮 nikim.
M贸wi艂am jej, 偶e nie powinna tego robi膰.
Nigdy nie rozumia艂am jej obsesji na punkcie tego buca,
i to na tyle maniakalnej, 偶eby pisa膰 o nim ksi膮偶k臋.
Musimy co艣 zrobi膰!
Musz臋 i艣膰 na policj臋.
- Gdybym tylko znalaz艂a ten r臋kopis... - Jeszcze z tym poczekajmy.
Pogadam z moim bliskim przyjacielem, kt贸ry jest prywatnym detektywem.
Mo偶e uda mu si臋 znale藕膰 tego lekarza.
To nie tw贸j problem, Harry. Nie chc臋 ci臋 w to wci膮ga膰.
Wcale mnie nie wci膮gasz.
Znajdziemy twoj膮 siostr臋.
Socorro, chcia艂abym ci臋 o co艣 spyta膰.
Szukam ksi膮偶ki mojej siostry.
Nie. To nie moje.
Nie, nie. La r臋kopiso mojej brat Andy.
Chodz臋 ca艂y dom, wsz臋dzie, i szukam, i szukam,
i nie by膰 nigdzie.
Wie pani?
Nie wiem. Nie rozumiem.
DANTE: "BOSKA KOMEDIA"
Soco!
Soco, zostawi艂em tam zegarek.
Id臋 go poszuka膰.
- OK! - Dzi臋ki.
Duke! Sitz!
Harry, dzi臋kuj臋 ci za wszystko, co dla mnie zrobi艂e艣,
i za to, 偶e jeste艣 w moim 偶yciu.
Kocham ci臋. Joan.
Trzeba przyzna膰, 偶e to bardzo widowiskowe kino,
ale czyta艂em, 偶e jest pan wra偶liwy na uwagi dotycz膮ce nadmiaru nago艣ci i przemocy.
W tego rodzaju filmach kobiety s膮 znacznie atrakcyjniejszymi ofiarami
ni偶 m臋偶czy藕ni.
- Rozumiem. Ale czy nie uwa偶a pan... - Dupek.
ZG艁OSZENIE ZAGINI臉CIA
Na przemocy wyra偶onej w kreacji Mimi opiera si臋 ca艂y film.
Nie jest wi臋c ona w 偶adnej mierze zb臋dna.
A ty, Mimi? Ta scena, w kt贸rej ca艂a poraniona
biegniesz nago przez Times Square... To musia艂o by膰 dla ciebie straszne.
To by艂o naprawd臋 okropne.
Jednak bardzo mi pomog艂o, 偶e kr贸tko przedtem
kr臋cili艣my scen臋 zbiorowego gwa艂tu w windzie.
- Chod藕, odwioz臋 ci臋 do domu. - Czekaj.
Dick ma wspania艂y smak. Wiem, 偶e wyre偶yserowa艂 to artystycznie
i 偶e jest w tym co艣 wi臋cej ni偶 tylko seks.
O, Bo偶e!
Szybciej!
Odejd藕! Zablokuj drzwi!
Uciekaj! Nie mog臋!
Socorro!
Socorro! Duke!
Joan! Pomocy!
Dlaczego nie mia艂a艣 ze sob膮 psa? Po to jest.
M贸wi艂am ci ju偶, pies by艂 w domu.
No i co to pomog艂o? Masz go mie膰 zawsze ze sob膮.
Nie mog臋! Moje zatoki tego nie wytrzymuj膮!
Czy nie m贸wi艂em ci od pocz膮tku, 偶e to bardzo niebezpieczne
- zadziera膰 z takimi lud藕mi jak Red Layls? - Nie! To ja m贸wi艂am,
偶e on jest niebezpieczny. Ty m贸wi艂e艣, 偶e nie jest!
To by艂o zanim pr贸bowa艂 rozwali膰 ci g艂ow臋 toporem!
Poza tym nie wiem, czy to by艂 on. Mo偶e to by艂 ten facet z ci臋偶ar贸wki.
Zaraz, zaraz. Jak on wygl膮da艂? 1,85 m., szpetna twarz...
Je艣li mog臋...
Jezu!
Przepraszam.
By艂 mniej wi臋cej twojego wzrostu.
- Nieprawda! By艂 znacznie wy偶szy. - Och, na lito艣膰 bosk膮,
- nie k艂贸膰my si臋 o jego numer buta! - To nie m贸g艂 by膰 ten sam go艣膰,
kt贸ry w艂ama艂 si臋 do mieszkania, bo to si臋 sta艂o, zanim tu przysz艂am.
Daj spok贸j. Wiem, co to za jedni.
Przepraszam bardzo.
To nie jest robota dla amatora.
Joan, je艣li nie zadzwonisz na policj臋, nie zostan臋 tu ani chwili d艂u偶ej.
Tacy jak Red Layls maj膮 swoich ludzi,
kt贸rzy wo偶膮 ich po mie艣cie i robi膮 za nich mokr膮 robot臋.
Dzwoni臋 po taks贸wk臋.
Jutro rano mam spotkanie.
Wiesz co?
My艣l臋, 偶e jest w tym jeszcze kto艣.
Nie ma w tym nikogo wi臋cej.
M贸wi臋 ci, kto za tym stoi.
Tak, ale nie s膮dz臋, by Red Layls kaza艂 komu艣 nagra膰 szeptem t臋 wiadomo艣膰.
- To chyba nie w jego stylu. - Cholera, Joan!
O co chodzi? Nic ju偶 nie mo偶na ci powiedzie膰, Harry.
Jeste艣 taki cholernie dra偶liwy.
Mo偶esz m贸wi膰 wszystko, co chcesz, skarbie.
Po prostu nie chc臋, 偶eby艣 sko艅czy艂a w parku sztywnych.
Tylko tyle.
A nie m贸g艂by艣 by膰 cho膰 troch臋 milszy?
Ta jest Andy.
Wygl膮dasz w niej super.
No, na mnie chyba troch臋 wisi, ale...
Le偶y wspaniale.
O co chodzi, Harry?
Harry! A ty gdzie, do cholery?
W艂a艣nie dosta艂em telefon z Vegas, kochanie. Od jednego s艂awnego artysty,
- wybitnego piosenkarza. - Kto to? Paul Anka?
To wokalista rockowy. Nie znasz go.
W ka偶dym razie musz臋 mu zawie藕膰 dwa psy.
Wiesz, Harry, jeszcze troch臋 i b臋dziesz m贸g艂 sobie wsadzi膰 w dup臋
ten ca艂y g贸wniany zwi膮zek!
Nie przesadzaj, Iwo.
Je偶eli wyjedziesz, bior臋 艣lusarza i zmieniam zamki.
- Pos艂uchaj. To tylko par臋 dni. - Ming! Tippy! B膮d藕cie cicho!
- Cicho! - Ming! Tippy!
M贸wi臋 powa偶nie. Je偶eli wsi膮dziesz do tego samochodu,
zabieram twoje biuro i otwieram w nim salon kosmetyczny.
Prosz臋 ci臋, kochanie. Nie dramatyzuj, dobrze?
Dobrze, kochanie.
Ming, Tippy. Po偶egnajcie si臋 z Harrym na dobre.
- Jest bardzo 艂adny, kochanie. - Podoba ci si臋?
Tak...
Co艣, czego naprawd臋 potrzebowa艂em.
- Dzi臋kuj臋. - Nie ma za co.
Pewnie si臋 zastanawiasz, dlaczego si臋 u艣miecham.
- Co? - W艂a艣nie sobie my艣la艂am,
偶e te twoje humory bardzo mi si臋 podobaj膮.
W zasadzie to, je艣li chcesz wiedzie膰,
a widz臋, 偶e umierasz z ciekawo艣ci...
Szalej臋 za tob膮, Harry.
Joan, jest co艣, o czym musz臋 ci powiedzie膰.
Dr臋czy mnie to od d艂u偶szego czasu.
Mo偶e powinienem by艂 ju偶 wcze艣niej opisa膰 ci
t臋 wyj膮tkow膮 sytuacj臋, w jakiej si臋 znalaz艂em.
Jak膮 sytuacj臋?
By膰 mo偶e przypominasz sobie, jak m贸wi艂em ci jaki艣 czas temu,
- o zako艅czeniu pewnego zwi膮zku. - Prosz臋 pani! Szybko!
- I to w gruncie rzeczy jest prawda... - Dom pani Andy jest w telewizji!
Co?
W nawi膮zaniu do ostatnich publikacji prasowych
zapowiadaj膮cych wydanie ksi膮偶ki pani Ellerman,
w kt贸rej autorka opisuje wiele szczeg贸艂贸w dotycz膮cych kontrowersyjnych interes贸w
Redmona Laylsa, jego adwokat, Lawrence Moncrief, zapytany,
czy obawia si臋 ujawnienia zawartych w ksi膮偶ce informacji, odpowiedzia艂:
Nie wiem nic o tak zwanej ksi膮偶ce pani Ellerman
ani o jej rzekomym znikni臋ciu.
Ca艂a ta sprawa nosi wszelkie znamiona prowokacji medialnej.
- S艂ysza艂e艣? - Ostatnie wiadomo艣ci
o pogarszaj膮cym si臋 stanie zdrowia Laylsa zosta艂y zdementowane
przez jego osobistego lekarza doktora Park'a,
kt贸ry w rozmowie telefonicznej powiedzia艂, 偶e nieuchwytny miliarder
cierpi jedynie na, cytuj臋, zwyk艂e przezi臋bienie.
- Tymczasem... - Widzia艂e艣 to?
Monroe Park! Tak si臋 nazywa艂 lekarz, kt贸ry wypisa艂 Andy ze szpitala.
- Nie jestem pewien. - W艂a艣nie, 偶e tak!
M贸wi艂a Heidi Robles, Monroe Park Center, San Dimas.
Gdzie jest San Dimas?
Zadzwo艅my do telewizji. Tam si臋 dowiemy.
Nie jestem pewien, czy to dobry pomys艂.
Och, nie zaczynaj znowu.
Soco, id藕 i powiedz jej, 偶e z tymi lud藕mi lepiej nie zadziera膰.
Najpierw m贸wisz mi, 偶e chowam g艂ow臋 w piasek,
a kiedy czuj臋, 偶e mog艂abym przenosi膰 g贸ry,
- ci膮gniesz mnie w d贸艂. - Wierz mi, kochanie, nie jedziemy w g贸ry.
- Nie prosi艂am, 偶eby艣 si臋 za mn膮 wl贸k艂. - To ty si臋 wleczesz, nie ja.
- A to co ma znaczy膰? - Po prostu prowad藕.
Kt贸ry to zjazd?
Co za r贸偶nica? I tak stoimy w miejscu.
Po prostu powiedz mi, gdzie mam zjecha膰.
- Zamie艅my si臋, co? - A dlaczeg贸偶 to?
Dlaczego? Bo jeste艣 kiepskim kierowc膮.
Prosz臋, c贸偶 za rozbrajaj膮ca szczero艣膰.
Jedziesz tym samochodem jakby艣 ora艂a pole.
P贸jdziesz z takim do 艂贸偶ka i zaraz wydaje mu si臋,
偶e mo偶e ci rozkazywa膰.
- Mo偶e chocia偶 pos艂uchasz mojej rady? - Nie.
Dobra. Wpadnij tam g艂贸wnym wej艣ciem i zgrywaj bohaterk臋.
Niech ci powie, 偶e twojej siostry tam nie ma.
Ciekawe, co wtedy zrobisz? Rozp艂aczesz si臋?
Dobrze. Co proponujesz?
Nie mog臋 uwierzy膰, 偶e da艂am si臋 na to nam贸wi膰.
- Wygl膮dasz jak pomywaczka. - Nie teraz, kochanie.
- Nawet nie jak kelner. Jak pomywaczka. - Kochanie, prosz臋...
- Siostro? - Tak?
W kt贸rej sali le偶y pani Andy Ellerman?
- Mam nadziej臋, 偶e wiesz, co robisz. - Sonya?
- Tak? - Kto to by艂?
Doktorze!
Doktorze, jedn膮 chwileczk臋.
- O co chodzi, skarbie? - Pr贸bujemy skontaktowa膰 si臋
z doktorem Parkiem, aby potwierdzi膰 pa艅skie upowa偶nienie.
Rozumie pan, obowi膮zuj膮 nas pewne zasady...
- Rozumiem doskonale. - A... gdzie pa艅ska asystentka?
Musia艂a uda膰 si臋 w ustronne miejsce.
I je艣li ten g贸wniany super-prezes my艣li, 偶e wszystko ujdzie mu na sucho,
- niech poczeka i zobaczy, jak go urz膮dz臋. - Dobra. Za艂贸偶 to.
Pami臋tasz, jak by艂am jego wtyk膮 w rz膮dzie,
- kiedy robi艂 te przekr臋ty na Jukatanie? - Nie za bardzo.
Pewnie, 偶e pami臋tasz. To by艂o wtedy,
kiedy o ma艂o nie umar艂am na czarn膮 osp臋.
W czym pan si臋 specjalizuje, doktorze?
Powiedzia艂bym, 偶e g艂贸wnie w problemach kobiecych.
Wi臋c doktor Park podejrzewa kwesti臋 ginekologiczn膮?
- Sk艂ania si臋 ku temu. - Sonya! Sonya!
Joan! Joan!
- Jeszcze tylko w艂osy. - Szybciej!
- To on? - Chod藕my.
Nie. To nie wygl膮da dobrze.
Spoko. Zaraz wracam.
Doktorze!
Doktorze!
Siostra prze艂o偶ona chcia艂aby pana o co艣 prosi膰.
- Naturalnie. - Czy zechcia艂by pan
zaczeka膰 w recepcji dop贸ki nie nadejdzie potwierdzenie?
- Z przyjemno艣ci膮, siostro. - Dzi臋kuj臋.
- Wiesz, co mi powiedzia艂 jego adwokat? - Nie.
呕e jestem 偶a艂osn膮 rozwydrzon膮 pind膮,
kt贸ra koniecznie chce mie膰 swoje pi臋膰 minut jego kosztem.
Wyobra偶asz sobie?
- Za艂贸偶 to. - Co za arogancja.
- Trzymaj. - Rozumiesz?
- Jak masz na imi臋? - Harry.
Joan! Joan! Jeste艣 tam?
Zamkn臋li mnie!
- To ty? - Tak, to ja.
Zamkn臋li mnie, Harry.
Mam ma艂e trudno艣ci z wej艣ciem do 艣rodka.
Wspaniale! W co艣 ty mnie wpakowa艂?
Nie b贸j 偶aby. Panuj臋 nad sytuacj膮.
- Harry, wydosta艅 mnie st膮d! - Poczekaj jeszcze chwil臋.
Zaraz wracam.
Chcia艂bym porozmawia膰 z ni膮 na osobno艣ci.
Czy mog艂aby pani... Zosta艅 na zewn膮trz.
Pani Andy? Larry Moncrief.
Czy zechcia艂aby pani si臋 podnie艣膰? Chcia艂bym z pani膮 porozmawia膰.
Ty sukinsynu!
- Kto to powiedzia艂? - A jak my艣lisz, do cholery?
Kochanie! Czy to ty?
A w艂a艣nie, 偶e to ja.
Nie, nie zrezygnuj臋 z tego.
Dobrze wiem, jakie szachrajstwa robi艂e艣 na Jukatanie.
Z przykro艣ci膮 musz臋 pani膮 zawiadomi膰, 偶e wskutek nieoficjalnej wizyty
z艂o偶onej w pani domu zabezpieczyli艣my r臋kopis,
na kt贸rym pozwoli艂em sobie nanie艣膰 pewne poprawki.
Prosi艂bym, aby si臋 pani z nimi zapozna艂a zanim przyb臋dzie tutaj Red.
Dobrze wiem, co kombinowa艂e艣 z tymi Chi艅czykami,
i o lewych wie偶ach wiertniczych w Zatoce Meksyka艅skiej.
Osobi艣cie nie s膮dz臋, by te zmiany w najmniejszej mierze zubo偶y艂y pani dzie艂o.
Zechcia艂aby pani spojrze膰?
W porz膮dku, je艣li chce pani dalej bawi膰 si臋 w kotka i myszk臋,
mo偶e to poskutkowa膰 podj臋ciem przez Reda niepomy艣lnych dla pani krok贸w.
A tego przecie偶 nie chcemy, prawda?
Andy wysz艂a.
Tak, widz臋, panno Spruance.
Czy zechcia艂aby pani powiedzie膰 mi, gdzie ona jest?
Tak si臋 sk艂ada, 偶e Andy jest w drodze na policj臋
w towarzystwie mojego bliskiego przyjaciela.
Kochanie! To znowu ja! Joan?
Harry! Nic nie m贸w!
- Musz臋 ci co艣 powiedzie膰. - Nie jestem sama.
- A z kim? - Bierz Andy i jed藕cie!
To w艂a艣nie pr贸buj臋 ci powiedzie膰!
Witam, panie Bliss!
- Zapraszam pana na g贸r臋. - Cholera!
Wie pan, jest mi troch臋 przykro, 偶e nie dotrzyma艂 pan naszej umowy.
Jakiej umowy?
Jakiej umowy!
Nie by艂o 偶adnej umowy, kochanie. Ten facet pr贸bowa艂 mnie przekupi膰,
偶ebym dla niego pracowa艂, ale powiedzia艂em mu, 偶e nic z tego.
Doprawdy? A ja my艣la艂em, 偶e nasza umowa
zosta艂a zawarta w momencie, kiedy przyj膮艂 pan m贸j czek...
Chcesz sw贸j czek?
Kochanie, nie wierz w nic, co ten facet m贸wi.
Ja jeden wiem, jak naprawd臋 by艂o.
Mia艂em ci o tym powiedzie膰, ale wypad艂o mi z g艂owy.
Widzisz? Widzisz?
Nie zrealizowa艂em go!
Do samochodu z nim!
Harry!
- Co ci zrobi艂 ten dra艅? - Masz chusteczk臋?
Wiesz, o co im chodzi? Chc膮, 偶eby艣 podpisa艂a jaki艣 papier, 偶e...
Poczekaj. Wiesz, co on mi powiedzia艂?
呕e jestem w jego 偶yciu jedyn膮 kobiet膮, na kt贸rej mu naprawd臋 zale偶a艂o.
- Co? - I kiedy to m贸wi艂,
mia艂 艂zy w oczach.
Przepraszam, ale kiedy przyszed艂em, drzwi by艂y zamkni臋te.
Prosz臋 mi przynie艣膰 co艣 zimnego do picia.
Mro偶on膮 herbat臋.
Andy, nie wiesz, co m贸wisz. Jeste艣 w jakim艣 szoku.
On jest dla mnie wyj膮tkowym m臋偶czyzn膮 i ty o tym dobrze wiesz, Joan.
To teraz ju偶 nie jest g贸wnian膮 mord膮 ani 偶ar艂aczem ludojadem?
Ciii... Nie wiem, sk膮d ona to wzi臋艂a.
Kochanie.
Dobra! Co tu si臋 dzieje?
- Kto to jest? - To ten trener ps贸w.
My艣la艂em, 偶e on pracuje dla nas.
No, wygl膮da na to, 偶e jest tu pewna nie艣cis艂o艣膰.
Podejd藕 no tu. Chc臋 z tob膮 porozmawia膰.
Panie Layls, chcia艂em tylko powiedzie膰,
偶e mimo i偶 podziwiam takich ludzi jak pan,
to w tej sprawie pa艅skie post臋powanie jest dla mnie nie do przyj臋cia.
Moja choroba nie pozwala mi podnie艣膰 g艂owy. Prosz臋 usi膮艣膰.
Nie ma sprawy.
Ale pozwoli pan, 偶e doko艅cz臋, poniewa偶...
Wie pan, nie czuj臋 si臋 ostatnio najlepiej
i lekarz poleci艂 mi unika膰 silnych emocji.
Wi臋c je艣li chce pan mnie zdenerwowa膰,
b臋d臋 musia艂 poleci膰 moim ludziom, by pana sprz膮tn臋li.
Opr贸cz tego ten wra偶liwy cz艂owiek przez trzy tygodnie trzyma艂 ci臋 na prochach
- i teraz chce ci zabroni膰 wydania ksi膮偶ki. - Wiem, wiem,
powiedzia艂am mu, jak bardzo mnie tym wkurzy艂.
Czy kto艣 m贸g艂by mi poda膰 moje ubranie?
- Sturge! - Jeszcze cukru.
Niech pan postawi si臋 na miejscu kogo艣, dla kogo jedynym celem w 偶yciu
jest zostawi膰 艣wiat lepszym, ni偶 go zasta艂,
gdy tymczasem jego zamiary zostaj膮 haniebnie zniweczone
przez kogo艣, kogo kocha艂, wspiera艂 i komu ufa艂.
Harry! Nie mog臋 uwierzy膰,
偶e siedzisz tu i gadasz z tymi oszustami jak na jakiej艣 proszonej herbatce.
Nie gadam, kochanie, tylko s艂ucham, co facet m贸wi.
Co to w og贸le jest za go艣膰? Jaki艣 taki podejrzany.
Gdzie艣 ty go wynalaz艂a? Lewie by艂 mo偶e sztywniakiem, ale...
M贸wisz o nim, 偶e jest podejrzany, a sama zadajesz si臋
z tym szajbni臋tym ogrodnikiem, kt贸ry trzepota艂 do mnie j臋zykiem
i potrz膮sa艂 genitaliami o trzeciej nad ranem?
- Aaa, on... - On?! Nie wiem, czy to nie on
- rzuci艂 si臋 na mnie z toporem! - On jest taki niedojrza艂y...
Panno Spruance, czy ma pani ochot臋 na szklank臋 herbaty?
Nie, dzi臋ki.
Nie wiem, jaki czar rzuci艂 pan na moj膮 siostr臋,
ale nie dzia艂a on na mnie. Skontaktowa艂am si臋 ju偶 z policj膮
- ...i zamierzam pana oskar偶y膰... - Kochanie, jego nie mo偶na denerwowa膰...
...nie tylko o w艂amanie do mojego mieszkania i do domu Andy, ale r贸wnie偶
- o n臋kanie i zastraszanie mnie. - Kochanie, mo偶e lepiej nie zaczynaj...
- Nie, do cholery! - Kochanie, on ma chor膮 szyj臋.
- Nie boj臋 si臋 tych szakali! - S艂ucham?
- Doktor Park na linii. - Niech poczeka.
Po pierwsze, nie mam absolutnie nic wsp贸lnego
z pani rzekomymi nieszcz臋艣ciami. W sprawie domu Andy,
nie musz臋 si臋 tam w艂amywa膰, bo to m贸j dom.
- Ach, tak! Przed momentem on m贸wi, 偶e... - Red, nic nie powiedzia艂em.
- K艂amca! - M艂oda damo!
Nigdy pani specjalnie nie lubi艂em i uwa偶am pani wybuch gniewu
za niesympatyczny i niekobiecy.
- Zaraz, zaraz. Kimkolwiek pan jest... - Nie interesuje mnie pa艅skie zdanie...
- Prosz臋 jej nie obra偶a膰 w mojej obecno艣ci. - ...i nie przysz艂am tu rozlicza膰 si臋
- z mojej atrakcyjno艣ci ani kobieco艣ci! - Joan, czy mog艂aby艣 przesta膰
wtr膮ca膰 si臋 w moje osobiste sprawy? Chc臋 po prostu wr贸ci膰 na jacht
- i troch臋 si臋 poopala膰, to wszystko. - Wiesz, Andy, kobiety takie jak ty
- s膮 niebezpieczne dla kobiet takich jak ja. - Znale藕li艣my.
Nast臋pnym razem, kiedy ty i tw贸j ch艂opak pok艂贸cicie si臋, nie dzwo艅 do mnie.
Je偶eli tak stawiasz spraw臋, to na pewno nie zadzwoni臋.
Harry, gdzie moje ubranie?
- M贸g艂by艣 je przynie艣膰? - Nie pop臋dzaj mnie, Monroe.
Nie musisz nic m贸wi膰, Harry. Twoje cele s膮 dla mnie jasne.
- Od dnia, kiedy ci臋 pozna艂em... - Musz臋 wiedzie膰 znacznie wi臋cej,
zanim zaczniesz mnie kroi膰.
- Wierzysz mi? - Nie.
- Mia艂a 35 lat i by艂a zupe艂nie zdrowa. - Poczekaj. M贸wi艂em ci ju偶, do cholery,
偶e nie chc臋 kobiecego serca!
- On nigdy nie mia艂 serca, zbir jeden. - Inaczej m贸wi膮c, nie ufasz mi.
- Czy m贸g艂by艣 przynie艣膰 mi moje ubranie? - Chcia艂bym tylko nadmieni膰,
偶e mia艂em przyjemno艣膰 s艂ysze膰 pani膮 na gali z okazji 艢wi臋ta Niepodleg艂o艣ci.
Nie mo偶esz mi powiedzie膰, co to za kobieta?
I skoro by艂a taka zdrowiutka, to czemu nie 偶yje?
Szczeg贸lnie wzruszaj膮ca by艂a dla mnie pani interpretacja "Hymnu Republiki".
- Moje oczy ujrza艂y przyj艣cie chwa艂y Pana... - Do diab艂a z tym!
Powiedz jej: czy wyda艂em twoje pieni膮dze, czy pracowa艂em dla ciebie?
Powiedz jej prawd臋, ty sukinsynu!
Dobrze. Zaczn臋 mo偶e od tego,
偶e jest pan 偶onaty.
Jezu Chryste, co ty chcesz ze mn膮 zrobi膰?
Kochanie, zaczekaj.
Wiesz, czyje serce chce mi wszczepi膰 ten kretyn?
Kelnerki z jakiego艣 baru! I takiego lekarza mi poleci艂e艣.
- Spadaj st膮d. - Tak jest.
Zabijasz mnie, Monroe. Przypierasz do muru, cholera.
Joan!
Kochanie, mog臋 to bardzo 艂atwo wyja艣ni膰, je艣li mi pozwolisz.
Pr贸bowa艂em ci o tym powiedzie膰 przy kolacji.
Prosz臋 ci臋, pos艂uchaj mnie przez chwil臋.
To dosy膰 skomplikowane.
Pos艂uchaj.
W 偶yciu pope艂nia si臋 wiele b艂臋d贸w.
Czasami mo偶na o偶eni膰 si臋 dla obustronnych korzy艣ci
czy ze wzgl臋du na interesy, kt贸re nie id膮, tak jak powinny.
I wydaje si臋, 偶e nigdy nie spotka si臋 tej jedynej w艂a艣ciwej osoby.
Nigdy w 偶yciu nie wda艂abym si臋 w romans z 偶onatym m臋偶czyzn膮.
Wiem.
- Dlatego w艂a艣nie pr贸bowa艂em ci powiedzie膰. - Nie chc臋 o tym rozmawia膰.
I za艂o偶臋 si臋, 偶e Dantego te偶 nie przeczyta艂e艣.
I tu si臋 mylisz w 75 procentach.
Wiesz, nie mog臋 uwierzy膰, 偶e mnie tak ok艂ama艂e艣, Harry.
Dobrze. Ok艂ama艂em ci臋. Nigdy nie zdarzy艂o ci si臋 sk艂ama膰?
Zaczekaj.
Czy mog臋 zadzwoni膰 do ciebie jutro,
zapyta膰, jak si臋 czujesz, co s艂ycha膰?
Jutro mam pr贸b臋 generaln膮 a w pi膮tek koncert
i tylko to mnie teraz obchodzi.
I nie chc臋 ci臋 wi臋cej widzie膰.
Nie m贸w tak, prosz臋.
Prosz臋 ci臋, daj mi szans臋 uporz膮dkowa膰 swoje 偶ycie...
Nie. Nie po to uwolni艂am si臋 od jednego oszusta,
by wpa艣膰 prosto w szpony kr贸la kr臋taczy.
Mo偶e i jestem sko艅czonym sukinsynem i kr贸lem takim czy siakim,
ale to nie oznacza, 偶e gdyby przysz艂o co do czego,
zawaha艂bym si臋 nadstawi膰 dla ciebie karku.
Nie widz臋 tego, Harry.
Id藕, Duke.
DO WYNAJ臉CIA
Harry?
Chc臋 mojego psa.
- Lee. Co u ciebie? - W porz膮dku.
W艂a艣nie wr贸ci艂em z Vegas. Zawioz艂em dwa psy Paulowi Anka.
- Mia艂em do ciebie dzwoni膰. - Nie o艣mieszaj siebie i mnie, Harry.
Oddaj psa i pozosta艅my kumplami.
Lee, za dzie艅, dwa b臋d臋 mia艂 dla ciebie kas臋.
Dobijam w艂a艣nie targu z Varkiem Zulethianem.
- Wiesz, tym z Zulethian Carpets. - Daj spok贸j, Harry.
Znam dobrze te twoje bajeczki. Potrzebuj臋 go.
Ma gra膰 w serialu.
I nie chc臋 ju偶 tych dziesi臋ciu tysi臋cy. Tam mo偶e zarobi膰 o wiele wi臋cej.
Je艣li si臋 nie myl臋, um贸wili艣my si臋,
偶e b臋d臋 m贸g艂 go od ciebie odkupi膰.
Prosz臋 ci臋 tylko o dwa dni na zorganizowanie po偶yczki.
Nie zmuszaj mnie, 偶ebym szed艂 do s膮du, Harry.
Sprzeda艂e艣 mi go, a ja z dobrego serca pozwoli艂em ci go po偶yczy膰
dla jakiej艣 grubej ryby, kt贸ra pewnie w og贸le nie istnieje.
Nie by艂e艣 ze mn膮 szczery.
Duke! Wsiadaj!
A mo偶e we藕miesz tego psa, Harry?
Jest zielony, ale mo偶e go czego艣 nauczysz.
- Nie, nie chc臋 go. - We藕 go.
Jak go nie chcesz, sprzedaj go.
Zarobisz par臋 groszy.
Przepraszam ci臋.
Zr贸b co艣 dla mnie.
Mo偶esz m贸wi膰, 偶e to tw贸j pies.
Ale nie ty go trenowa艂e艣, tylko ja.
Mam specjalnie przemalowa膰 samoch贸d?
ZWIERZ臉TA - WYNAJEM
S艂yszeli艣cie? Podobno z艂apali morderc臋 z West Side.
Joan, idziemy co艣 zje艣膰. Chcesz si臋 przy艂膮czy膰?
Nie, dzi臋ki. Nie jestem g艂odna.
Jak dojedziesz do domu?
- Taks贸wk膮? - O nie. Eddy!
- Czy m贸g艂by艣 zawie藕膰 Joan do domu? - Pewnie.
- W porz膮dku. Do zobaczenia jutro. - Na razie.
To twoje?
Tak.
Pami臋tasz, kiedy byli艣my w Japonii na tournee w 1988 roku?
Wieczorem po koncercie w Osace?
O co konkretnie ci chodzi?
Wypili艣my kilka drink贸w u ciebie w pokoju
i zbli偶yli艣my si臋 do siebie.
Kiedy wieczorem nast臋pnego dnia spyta艂em ci臋, czy mog臋 przyj艣膰 znowu,
pami臋tasz, co powiedzia艂a艣?
- 呕e jeste艣 zbyt zm臋czona i 艣pi膮ca. - To by艂o niezbyt mi艂e z mojej strony.
Ale to nie by艂a prawda. Poniewa偶 godzin臋 p贸藕niej
posz艂a艣 do pokoju Lewiego i zosta艂a艣 tam ca艂膮 noc.
By艂am w nim wtedy zakochana, z czego ci si臋 zwierzy艂am,
- wi臋c wiedzia艂e艣 o tym. - Nie o to chodzi.
Eddy, w艂a艣nie min膮艂e艣 drog臋 do mojego domu.
- Eddy? - Chc臋 tylko si臋 troch臋 przejecha膰,
偶eby艣my mogli porozmawia膰.
Z艂a藕 ze mnie!
Wiesz, o ile dobrze pami臋tam, tylko si臋 ca艂owali艣my.
Je艣li to spowodowa艂o, 偶e poczu艂e艣 si臋 zraniony,
przepraszam ci臋.
Wiesz, mia艂em o tobie bardzo wysokie mniemanie.
- Ale nie podoba mi si臋 to, co widz臋. - Eddy, nie wiem, o czym m贸wisz.
Jest we mnie tyle rzeczy, o kt贸rych nie masz poj臋cia.
Bo nie pytasz. Bo ci臋 to nie interesuje.
- To nieprawda. - Warto艣ciowych rzeczy i uczu膰.
Wra偶liwo艣ci, do kt贸rej nikt inny w twoim 偶yciu nie jest zdolny.
Eddy, mo偶esz mi powiedzie膰 wszystko, co chcesz.
Wiesz o tym.
Nie.
Nie.
Po prostu posiedzimy tutaj w ciszy,
a偶 zorientuj臋 si臋, co jest z tob膮 nie tak,
a potem mnie poca艂ujesz.
Dobrze.
Nie!
Kochanie! Co ty tu robisz z tym facetem?!
Pomocy!
Duke! Aus! Aus!
Biegnij do Harry'ego! Dalej! Biegnij!
Duke!
Czy艣 ty zwariowa艂a?! Co ty tu robisz z takim facetem?!
Tu policja.
Co si臋 tam dzieje?
Zwyrodnialcy!
K艂amcy!
Co si臋 tam dzieje?
Posra艅cy!
Pod艂e gadziny!
Czemu si臋 na mnie wydzierasz?
Ten facet mo偶e by膰 morderc膮 z West Side!
Och, morderc膮 z West Side.
- W艂a艣nie, 偶e tak! - Ju偶 go z艂apali,
a to jest m贸j przyjaciel!
- Ten facet jest twoim przyjacielem? - Tak my艣la艂am,
ale 偶aden z was nie jest moim przyjacielem!
Nie b臋d臋 ju偶 wi臋cej merda膰 ogonkiem
- ani u艣miecha膰 si臋 na zawo艂anie! - Kochanie, chwila...
I g贸wno mnie obchodzi, czy mnie lubicie, czy nie!
Powtarzam. Tu policja.
- Stul pysk! - Nie s艂ysz臋.
Wal si臋!
Nie s艂ysz臋 pani.
Czy ten m臋偶czyzna pani膮 niepokoi?
Wcale nie!
Ja j膮 kocham!
Kocham j膮.
Nie ruszaj si臋 i od艂贸偶 n贸偶.
Od艂贸偶 n贸偶, Harry.
Daj mi go.
Daj mi n贸偶, Harry. Widzicie?
On wcale mnie nie niepokoi. To m贸j przyjaciel.
- Wygl膮da mi to na k艂贸tni臋 rodzinn膮. - Tak, zosta艅my lepiej w pobli偶u.
Nim w艂a艣nie jestem. Twoim przyjacielem.
Tak si臋 w艂a艣nie czuj臋.
To w艂a艣nie przyszed艂em ci powiedzie膰, i znajduj臋 ci臋 tu z tym facetem.
Chcia艂em ci to powiedzie膰 moimi w艂asnymi s艂owami.
Musisz wiedzie膰 o jeszcze jednej rzeczy o mnie,
bo nie chc臋 ju偶 nic przed tob膮 ukrywa膰.
Jakiej rzeczy?
O Bo偶e, nie. Nie chc臋 wiedzie膰.
Dobra, co to jest?
Nie mam na imi臋 Harry,
tylko Eugene.
Eugene...
Uwielbiam to imi臋.
Uwielbiam je.
FIRMA LEE MACGREEVY ZWIERZ臉TA - WYNAJEM
Napisy: Studio PRINTEL
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.