All language subtitles for True_Women-ELSUBTITLE.COM- (2)

af Afrikaans
ak Akan
sq Albanian
am Amharic
ar Arabic
hy Armenian
az Azerbaijani
eu Basque
be Belarusian
bem Bemba
bn Bengali
bh Bihari
bs Bosnian
br Breton
bg Bulgarian
km Cambodian
ca Catalan
ceb Cebuano
chr Cherokee
ny Chichewa
zh-CN Chinese (Simplified)
zh-TW Chinese (Traditional)
co Corsican
hr Croatian
cs Czech
da Danish
nl Dutch
en English
eo Esperanto
et Estonian
ee Ewe
fo Faroese
tl Filipino
fi Finnish
fr French
fy Frisian
gaa Ga
gl Galician
ka Georgian
de German
el Greek
gn Guarani
gu Gujarati
ht Haitian Creole
ha Hausa
haw Hawaiian
iw Hebrew
hi Hindi
hmn Hmong
hu Hungarian
is Icelandic
ig Igbo
id Indonesian
ia Interlingua
ga Irish
it Italian
ja Japanese
jw Javanese
kn Kannada
kk Kazakh
rw Kinyarwanda
rn Kirundi
kg Kongo
ko Korean
kri Krio (Sierra Leone)
ku Kurdish
ckb Kurdish (Soranî)
ky Kyrgyz
lo Laothian
la Latin
lv Latvian
ln Lingala
lt Lithuanian
loz Lozi
lg Luganda
ach Luo
lb Luxembourgish
mk Macedonian
mg Malagasy
ms Malay
ml Malayalam
mt Maltese
mi Maori
mr Marathi
mfe Mauritian Creole
mo Moldavian
mn Mongolian
my Myanmar (Burmese)
sr-ME Montenegrin
ne Nepali
pcm Nigerian Pidgin
nso Northern Sotho
no Norwegian
nn Norwegian (Nynorsk)
oc Occitan
or Oriya
om Oromo
ps Pashto
fa Persian
pl Polish
pt-BR Portuguese (Brazil)
pt Portuguese (Portugal) Download
pa Punjabi
qu Quechua
ro Romanian
rm Romansh
nyn Runyakitara
ru Russian
sm Samoan
gd Scots Gaelic
sr Serbian
sh Serbo-Croatian
st Sesotho
tn Setswana
crs Seychellois Creole
sn Shona
sd Sindhi
si Sinhalese
sk Slovak
sl Slovenian
so Somali
es Spanish
es-419 Spanish (Latin American)
su Sundanese
sw Swahili
sv Swedish
tg Tajik
ta Tamil
tt Tatar
te Telugu
th Thai
ti Tigrinya
to Tonga
lua Tshiluba
tum Tumbuka
tr Turkish
tk Turkmen
tw Twi
ug Uighur
uk Ukrainian
ur Urdu
uz Uzbek
vi Vietnamese
cy Welsh
wo Wolof
xh Xhosa
yi Yiddish
yo Yoruba
zu Zulu

Original subtitles

PRAWDZIWE KOBIETY

14, 15, 16...

IIe ich jest?

Siedemnaœcie.

Twoja mama nie pozwoli nam trzymaæ tyle ¿ab.

Mój tatuœ pozwoli. Pozwala mi na wszystko.

To œwiadczy o s³abym charakterze.

- Phemie... - Tak mówi mój tata.

Na co komu charakter? Bêdê mia³a weselsze ¿ycie ni¿ ty.

- Kiedy wróci twój tata? - Lada dzieñ.

Nie chcê, ¿ebyœ wyjecha³a.

Ju¿ wiem.

Uciekniemy do lndian z plemienia Krików, tak jak moja babcia. Chcesz?

Nie. Beze mnie tata by³by zbyt samotny.

Bêdê do ciebie pisa³a. Umiem pisaæ.

Ja te¿, Euphemia, ale z kim bêdê siê bawi³a przez ca³¹ zimê?

Poradzisz sobie, Georgia.

O co chodzi?

Byliœcie niedaleko Kentucky?

Jechaliœmy kilka dni i raptem zas³ab³.

Dziêkujê panu za poœpiech.

Mamo, co siê sta³o?

Tato, co siê sta³o?

Tatuœ po ciebie jecha³, ale jego serce nie wytrzyma³o i umar³.

- Nie cierpia³. - Tak mi przykro.

Ona ma w Teksasie rodzinê. Sarah i Bartlett na pewno j¹wezm¹.

To nie miejsce dla Phemie. Nie mo¿emy jej zatrzymaæ?

- Dziewczynki s¹ z¿yte. - W¹tpiê, czy Sarah siê zgodzi.

Phemie jest jej siostr¹, a my tylko przyjació³mi rodziny.

Wujek Bartlett po ciebie przyjedzie.

Szkoda, ¿e musisz jechaæ. Wola³abym, ¿ebyœ zosta³a.

Do licha...

Ale¿ wyros³aœ!

Przykro mi z powodu twojego taty, Phem.

Zostajê.

Rozumiem, ale ja,

Sarah i Travis chcemy, ¿ebyœ z nami zamieszka³a.

Nie jadê. Chcê mieszkaæ z Georgi¹. To moja jedyna przyjació³ka.

Tam te¿ bêdziesz mia³a przyjació³. Chyba nie sprawisz im zawodu?

W Teksasie jest gwiaŸdziste niebo i szybkie konie.

Kochanie...

Twoja siostra jest najlepszym, co mi siê w ¿yciu przytrafi³o.

Te¿ mo¿esz zostaæ moim skarbem.

Teksas potrzebuje takich kobiet, jak wy.

Co ty na to?

To dla ciebie, Phemie. Mam go od babci.

Krikowie go zrobili. Mo¿esz tam trzymaæ ró¿ne skarby.

- Bêdê têskni³a. - Ja te¿.

Pa!

Dopóki nie wrócisz, nie bêdê ³apa³a kijanek!

- Obiecaj, ¿e bêdziesz pisa³a! - Obiecujê.

Bêdzie mi ciebie brakowa³o.

Nie zapomnij o mnie.

Jesteœ milcz¹ca, Phemie. Boisz siê jechaæ do Teksasu?

Nie. Jak tam jest?

Wokó³ domu rozci¹ga siê Peach Creek, 500 akrów ziemi,

która czeka, ¿ebyœ j¹ zbada³a.

Wiosn¹ Teksas pokrywa dywan polnych kwiatów.

Na ich widok samego Boga ogarnia zachwyt.

Czeœæ, œlicznotko.

Jesteœ bardzo podobna do taty.

ChodŸ.

Ch³opcze...

Travis, przywitaj siê z m³odsz¹ siostr¹.

Chuda jesteœ.

Przydasz siê, Phemie. Nauczysz brata og³ady.

B¹dŸ dla niej mi³y.

Pamiêtasz Tildy?

Wyjechaliœmy z Kentucky, kiedy mia³aœ trzy lata.

Nosi³a ciê na rêkach.

Dzieñ dobry, panienko Phemie.

A to moje najm³odsze dziecko, Johnny. Jesteœ jego cioci¹.

Chcesz go potrzymaæ?

Nied³ugo bêdziemy mieli jeszcze jedno dziecko.

CzeϾ, Johnny.

Dobrze, ¿e ca³a rodzina jest znów razem.

Droga Georgio! Nie podoba mi siê w Teksasie.

Moja siostra, Sarah, du¿o krzyczy i ka¿e mi pracowaæ.

Pewnie dlatego, ¿e jest w ci¹¿y.

Lubiê Tildy i Bartletta, ale jego nigdy nie ma.

Jeszcze nie widzia³am lndian. Wszyscy nazywaj¹ ich dzikusami.

Teksas nawet nie jest stanem. Nale¿y do Meksyku.

Sama ju¿ nie wiem, czy ¿yjê naprawdê,

czy tylko siê komuœ przyœni³am.

Widzia³am króla!

Z Alamo dochodzi³y sprzeczne meldunki.

Wiedzia³em tylko, ¿e Santa Anna je oblega.

To jakiœ król.

G³upia. To genera³ Sam Houston.

Rano dowiedzia³em siê, ¿e miasto pad³o.

O, Bo¿e! Nie!

Jak to siê sta³o?

Meksykanie wdarli siê i wybili Teksañczyków. Co do jednego.

Santa Anna przysi¹g³, ¿e zabije wszystkich kolonistów

od San Antonio do Zatoki Meksykañskiej.

- Mo¿e pan liczyæ na Stra¿ników Teksasu. - Na nas wszystkich!

- Trzeba pomœciæ Alamo! - Tak!

Co z naszymi rodzinami? Nie mo¿emy ich zostawiæ.

Nie mogê ich chroniæ. Nie mam ¿o³nierzy.

Bezbronne kobiety ³atwo padn¹ ³upem grabie¿ców i uciekinierów.

- Mogê wam daæ niewielk¹ stra¿. - Nie trzeba.

Tu jest Peech Creek, a tu rzeka Sabine, na granicy amerykañskiej.

Pójdziemy na po³udnie od pañskiej armii, z dala od g³ównych szlaków.

Santa Anna nie bêdzie wiedzia³, za kim goniæ.

To 320 km. W ci¹gu dziesiêciu dni schronimy siê w Luizjanie.

Panie generale! Santa Anna podpali³ Gonzales! Jest pó³ dnia drogi st¹d!

S³uchajcie! Zabijemy tego mordercê. Zwabimy go w zasadzkê.

Pani poprowadzi kobiety, pani McClure.

- Musicie wyruszyæ o œwicie. - Tak jest.

Trzymajcie mocno!

Uwaga na ko³o! Mo¿e odpaœæ.

Sarah!

- Opiekuj siê Johnnym, Phemie! - Dobrze!

Ruszaæ siê! Nie jedziemy do koœcio³a!

- Czy to Santa Anna? - Nie. On dzia³a inaczej.

- Nie podnoœ siê. Tildy, pilnuj ich. - Dobrze, pani Saro.

Nikt nie opuszcza wozu. Phemie, opiekuj siê Johnnym.

Tym chcesz mnie zastrzeliæ, murzynko?

Macie tu z³oto! Daj dziecko. Wiem, ¿e macie z³oto.

Gdzie jest z³oto? Gdzie je schowa³aœ?

- Co robisz? - Budujê tratwê.

Dla tysi¹ca kobiet i dzieci? Santa Anna jest dwa dni drogi za nami.

Nie zd¹¿ymy siê przeprawiæ.

Jesteœ w ósmym miesi¹cu ci¹¿y.

Saro! Co ci jest?

Ona rodzi!

Spokojnie, Johnny. Ju¿ dobrze. Pij, ma³y, pij.

Jesteœ chory. Ju¿ dobrze.

Proszê.

O, Bo¿e... Mo¿esz j¹ zabraæ.

Tak mi przykro, Saro. Powiem Phemie.

Dziecko Sary urodzi³o siê martwe.

O, Bo¿e...

- Daj mi go, Phemie. - Nie ruszaj go!

- Pozwól. - Nie!

- Oddajcie mi dziecko! - Zabiorê go.

Nie!

- Daj mi go. - Nie!

- Puœæ, Phemie! - Nie dotrzyma³am s³owa!

- PuϾ. - Nie!

- Zrobi³aœ, co mog³aœ. Daj mi go. - Nie! Zostaw mnie!

Wiem, ¿e on jest twój. Daj mi go.

Przepraszam!

Ojcze Niebieski, przyjmij do swojego domu te dwie cenne duszyczki.

Dziêkujemy Ci za to, ¿e obdarowa³eœ nas nimi choæ na chwilê.

Pociesz Sarê.

Pozwól nam siê przeprawiæ na drug¹ stronê rzeki Brazos,

a gdy przyjdzie czas, wróciæ do naszych domów.

Dziêkujemy Ci, Panie. Amen.

Zrobi³aœ, co mog³aœ, Phemie.

Co ona chce zrobiæ?

Przeci¹ga linê. Przeprawimy siê tratw¹jak promem.

P³yñ!

Widzê j¹!

Uda³o siê!

Tego dnia przeprawi³yœmy siê przez Brazos i nikt nie umar³.

Ranek by³ cichszy ni¿ kiedykolwiek przedtem.

Czeka³yœmy na mê¿czyzn, ale nie wracali.

Nikt nie powiedzia³ ani s³owa. Tylko czeka³yœmy.

Raptem z oddali us³yszeliœmy konie. Mê¿czyŸni wracali!

Teksañczycy zwyciê¿yli, trac¹c tylko dwóch ludzi.

Zaskoczyli Santa Annê. By³ z mulatk¹w namiocie.

¯o³nierze nazwali j¹ "¯ó³t¹ Gwiazd¹ Teksasu".

Sarah powiedzia³a, ¿e to prawdziwa patriotka.

Nie wiem, dlaczego.

Zgin¹³ Saracen, koñ genera³a Houstona.

W bajkach królewski koñ nigdy nie ginie.

Sarah i ja czeka³yœmy na Bartletta.

Wszystkie kobiety cieszy³y siê z powrotu swoich mê¿ów.

Z wyj¹tkiem wdów po zabitych pod Goliad.

Sarah martwi³a siê, ale ja wiedzia³am, ¿e Bartlett wróci.

Rzeczywiœcie wróci³.

Czeœæ, œlicznotko.

Sarah bardzo siê ucieszy³a. D³ugo siê ca³owali.

JedŸmy do domu.

Sarah mówi, ¿e za du¿o potwornoœci prze¿y³am.

Chce, ¿ebym siê bawi³a.

Bêdê ciê mog³a odwiedziæ?

Phemie do mnie przyjedzie!

Umiesz czytaæ, lndianinie? Umiesz?

W Georgii nie ma dla was miejsca!

- Zostaw ich. - Co ci do tego?

Nie zrobili nic z³ego.

Spójrzcie na jej w³osy. Wygl¹da jak ma³a squaw!

£apcie j¹!

Zagoi siê bez œladu.

Dlaczego nazwali mnie "ma³¹ squaw"?

S¹ niechêtnie nastawieni wobec lndian. Nie wiedz¹, co mówi¹.

- Gdzie jest mama? - W mieœcie, ale pos³a³em po ni¹.

Ludzie mówi¹, ¿e jest lndiank¹, bo ma na imiê Cherokee.

Ojciec da³ jej to imiê i jest z niego dumna. Ja te¿.

Ludzie mówi¹, ¿e mama pochodzi z Krików.

Nie powinnaœ s³uchaæ nikogo, z wyj¹tkiem mnie.

Tato!

Jesteœ najpiêkniejsz¹ Georgi¹w ca³ej Georgii.

Phemie ma ciê odwiedziæ. Uœmiechnij siê.

Chcê wiedzieæ!

- Szybko! - Za póŸno! Ratujmy konie!

Mamo!

To ju¿ ostatni.

- Co z bawe³n¹? - Przepad³a.

- Wszyscy cali i zdrowi? - Tak, panie kapitanie.

Niech siê pali...

Œciê³aœ w³osy!

Bo¿e... Muszê ci powiedzieæ, kim naprawdê jesteœ.

Mój tata wyruszy³ na wyprawê na polecenie w³adz,

ale pokocha³ Krików. Zakocha³ siê w Tuckabatchee,

mojej matce. Szczerze j¹ kocha³am.

Widzê j¹, kiedy na ciebie patrzê.

- Musimy uciekaæ, mamo? - Nie, zostaniemy.

A Tobe? Jest lndiank¹.

Wyzwolê Josiah. Bezpieczniej bêdzie, jeœli odejd¹.

- Mogê jej powiedzieæ? - Oczywiœcie.

Obiecaj, ¿e nikomu nie wyjawisz naszej tajemnicy.

Ludzie s¹ œlepi. B¹dŸ dumna z tego, kim jesteœ.

Piêkny.

Josiah!

- Dok¹d go zabieracie? - Do fortu Hawking.

Droga Euphemio!

Prezydent Jackson nakaza³ opuszczenie Georgii wszystkim Czerokezom i Krikom.

Niektórych zabrano wozami, ale wiêkszoœæ musia³a pójœæ pieszo.

Podobno tysi¹ce po drodze zmar³o.

Nic dziwnego, ¿e nic nie mówisz. Piszesz do Phemie?

Jestem ciekawa, czy dziewczyna z obrazka jeszcze ¿yje.

Mo¿e j¹ powiesili, tak jak Tobe?

Spalono i z³upiono poblisk¹ wioskê Krików. Wszystko widzia³am.

Zginê³o tylu ludzi.

Jestem w jednej czwartej lndiank¹ z plemienia Krików, ale to tajemnica.

Wiem, ¿e ci to nie przeszkadza, ale nikomu nie mów.

Mam nadziejê, ¿e przyjedziesz, jak to siê skoñczy.

Piszesz, ¿e twoje ¿ycie jest smutne. Te¿ tak siê czujê.

Têskniê.

Jeszcze nie dosta³am od ciebie listu.

Na razie nie przyjadê, bo muszê pomagaæ Sarze walczyæ z Komanczami.

Indianie to bardzo Ÿli ludzie, ale Sarah ich siê nie boi.

Uczy mnie rzucaæ no¿em i jeŸdziæ konno.

Co pisze Phemie?

Uczy siê rzucaæ w lndian no¿em.

Komancze poj¹ konie. Widzieli nas.

Zawróæ powoli i jedŸ po³udniowym szlakiem do domu.

- A co ty zrobisz? - Odci¹gnê ich w stronê skarpy.

Ich konie nie zeskocz¹. Ruszaj.

Tu jestem, wy szczury preriowe! Spróbujcie mnie z³apaæ!

Nie lepiej rozmawiaæ z przystojnymi m³odzieñcami ni¿ ogl¹daæ konie?

Od tego ogiera pochodzi wiele koni wyœcigowych.

Nie mogê uwierzyæ, ¿e nowy dom ju¿ stoi.

Moglibyœcie wyci¹æ dziurê w dachu i narzuciæ œwie¿ej ziemi.

By³oby swojsko.

Ty i Mattie stale przebywacie na dworze.

Powinnaœ sobie poszukaæ mê¿a.

- Co oni tam robi¹? - Lepiej nie pytaj, Esther.

Musicie po³o¿yæ kres najazdom Komanczów.

Coœ ci powiem, John.

Powinniœmy unikaæ zatargów z Komanczami.

Oni nie atakuj¹ bez powodu. Lepiej ich nie prowokowaæ.

A Tarantula, który paraduje w starym cylindrze?

Zabi³by ciê dla ³yka stêch³ej wody.

Jest inny ni¿ reszta.

Ch³opcy powiedzieli, ¿e nie poproszê ciê do tañca, wiêc muszê.

William King. Zatañczymy?

- Uwielbiam tañczyæ. - Dziêkujê.

- By³o cudownie. - Dziêkujê.

Sarah! Gdzie whisky? Ludzie chc¹ piæ.

To Tarantula!

O co chodzi?

- Czego oni chc¹? - Koni albo kobiet.

Wiele indiañskich dzieci zmar³o na ospê.

Potrzebuj¹ kobiet do rodzenia dzieci.

Co zrobimy?

Przepêdzimy ich.

Miejmy nadziejê, ¿e nie dopadn¹ tych wszystkich kobiet.

Zostañ z Tildy.

ChodŸ do mojego wigwamu.

Nie tknê pozosta³ych. Dajê s³owo.

Bardziej trzeba ci zwierz¹t.

IdŸ do obory. WeŸ, co chcesz.

Nie lubiê damskiego siod³a, koñ te¿, wiêc po co go u¿ywaæ?

¯eby ludzie nie wziêli ciê za dzikuskê.

- Oni s¹ nudni. - To prawda.

Wiêkszoœæ ludzi nie mo¿e siê z tob¹ równaæ, ale nie musisz

przy nich pokazywaæ tego, co w tobie najlepsze.

Znajd¹ siê tacy, którzy ciê pokochaj¹ za to, kim jesteœ.

Ale na razie to tajemnica.

Nikomu jej nie wyjawiê. ¯a³ujê, ¿e zwierzy³am siê Phemie.

Pewnie dlatego nie odpisa³a. Zreszt¹ju¿ mi nie zale¿y.

Mo¿e list do niej nie dotar³ i myœli, ¿e przesta³aœ do niej pisaæ?

Czegoœ nie rozumiem, mamo. Na co mi prawda, skoro muszê k³amaæ?

Esther...

Jezu!

Bartlett, chodŸ tu! To John Lockhart.

Obciêli mu rêce i nogi.

Szukajmy dziewcz¹t!

Komancze najechali na dom Lockhartów.

Zabili Johna, Esther i dwóch starszych ch³opców.

- Co z Mattie? - By³a z Betty na wzgórzu.

Zbiera³a winogrona. Znalaz³em Betty martw¹.

Mia³a w rêku medalion.

Tylko nie Mattie!

- Pewnie Komancze j¹ porwali. - Nienawidzê lndian!

Co siê sta³o?

O co chodzi?

- Mój brat nie ¿yje. - Moja droga... Tak mi przykro.

To jego ludzie. Napisa³, ¿e nam ich przekazuje.

PóŸniej siê tym zajmê.

Co? Która z was nazywa siê Martha Benny?

Ja.

Wuj Madison napisa³, ¿e jesteœ moim prezentem œlubnym. Nie wysz³am za m¹¿.

Uzna³, ¿e wkrótce wyjdziesz.

To wujek i ty.

I moja mama. Ona te¿ nie ¿yje.

Jesteœ jego córk¹. To znaczy, ¿e jesteœ wolna.

Zgodnie z prawem, jeœli matka jest niewolnic¹, to jej dzieci równie¿.

Niewa¿ne, ¿e ojciec by³ bia³y.

- Dlaczego ciê nie uwolni³? - Bo znów trafi³abym do niewoli.

Kim ty dla mnie jesteœ? Kuzynk¹ czy niewolnic¹?

Powiedzia³, ¿e zrozumiesz, jak to jest byæ w czêœci czarn¹,

bo twoja babka by³a lndiank¹.

Nie wolno ci o tym mówiæ. Nigdy.

- To nie to samo. - On mnie kocha³.

¯a³ujê, ¿e umar³.

Jesteœmy spokrewnione. Nie mogê ciê wypêdziæ.

Tu przynajmniej bêdziesz mia³a dom.

Masz na myœli swój dom?

- Ed Tom, zajmij siê tymi ludŸmi. - Z przyjemnoœci¹, panienko Georgio.

- Myœla³am, ¿e jesteœ pokojówk¹. - Pracowa³am w polu.

Pan Madison nie potrzebowa³ pokojówki.

Mówisz o nim "pan Madison"?

- By³ moim panem. - By³ twoim ojcem.

- Tak, ale to nic nie zmienia. - Od³ó¿ to

i zasznuruj mi sukniê.

Nie za ciasno.

Na osobnoœci mo¿esz mi mówiæ po imieniu,

ale przy ludziach "panienko Georgio".

Wolê wszêdzie mówiæ "panienko Georgio".

Chcia³abym byæ dla ciebie mi³a. Jesteœmy kuzynkami.

To tylko s³owo, a niewolnik ma niewolê we krwi.

Nie zrobi³am z ciebie niewolnicy ani swojej kuzynki.

Mog³am ciê nie przyj¹æ, wiêc lepiej siê nie d¹saj!

Za ciasno!

W mule sumów nie na³apiemy.

Biali ludzie nie maj¹ pojêcia o rybach.

Zawsze sama wêdkujesz?

Obieca³am przyjació³ce Euphemii, ¿e z nikim innym nie pójdê na ryby.

- Gdzie ona jest? - W Teksasie.

- Od dawna? - Od siedmiu lat.

- D³ugo sama chodzisz. - Œledzisz mnie?

Mama siê o ciebie martwi³a, wiêc jej powiedzia³am, gdzie jesteœ.

- Chodzê tam, gdzie chcê. - Powinnaœ j¹ najpierw zapytaæ.

M¹drala!

Swoje wiem, ale ³atwo siê denerwujê, a to niedobrze.

Imiê Benny mam po twoim dziadku, Benjaminie. Zna³aœ go?

Nie. Zna³am Josiah, jego niewolnika, zanim odszed³.

- Moja babcia by³a królow¹. - Nie wszystko siê dziedziczy.

- Dok¹d mnie prowadzisz? - Zaraz zobaczysz.

- Weso³ych œwi¹t. - Weso³ych œwi¹t.

Koñ jest twój.

Bêdzie siê nazywa³ Saracen, tak jak koñ genera³a Houstona.

Jest równie energiczny jak ty.

Chudzielcu, cywilizowane dziewczêta dosiadaj¹ konia bokiem.

Tylko syreny, bo inaczej nie mog¹.

Weso³ych œwi¹t!

Panie, dziêkujemy Ci za tchnienie ¿ycia, s³oñce i deszcz,

za dach nad g³ow¹, dostatek jad³a na stole i za naszego syna, Joela.

Hojnie nas obdarzasz. Amen.

Amen.

Joel te¿ bêdzie jad³ indyka?

- Ogryz³by korê z drzew. - Doœæ ¿artów.

Dobrze, ¿e ciebie nikt nie widzi, Travis.

Myœla³am, ¿e szko³a z internatem wychowuje.

Gadasz, jak Sarah, chudzielcu.

Nie powinieneœ tak do mnie mówiæ.

Ciekawe, jak by by³o, gdybyœmy mieli spokojne œwiêta.

Nudno.

Mo¿e Mattie te¿ grzeje siê przy ogniu?

A mo¿e nie wie, ¿e s¹ œwiêta?

Modlimy siê za ni¹.

- Ona zawsze siedzi przy stole? - Tak, Travis.

W Austin by nie siedzia³a. Tam niewolnicy znaj¹ swoje miejsce.

Miejsce Tildy jest przy stole.

Nie bêdê siedzia³ razem z czarnuchami.

Myœlê, ¿e ona powinna jeœæ na dworze.

Nie obchodzi mnie, co myœlisz. Ona tu zostanie.

Niech je ze œwiniami!

Ich towarzystwo by³oby lepsze ni¿ twoje. ChodŸ, Tildy.

- Co my robimy? - Musimy o siebie zadbaæ.

To nie jest œmieszne. Tildy nale¿y od rodziny.

Zaczynam w¹tpiæ, czy ty wci¹¿ do niej nale¿ysz.

W tym dokumencie uznajê ciê za siostrê.

Wystarczy, ¿e podpiszesz. Ja ju¿ to zrobi³am.

To dla mnie zaszczyt.

- Tu jesteœ! - Czeœæ, tatusiu.

Przemyœla³am twoje s³owa.

Powiedzi³eœ, ¿e jestem naj³adniejsz¹ dziewczyn¹ na ca³ym Po³udniu.

Skoro znasz wszystkie dziewczyny z Po³udnia, to by³abym g³upia,

gdybym ci zaufa³a.

Dziêkujê.

Ely, jesteœ spóŸniony!

Nic siê panience nie sta³o?

Mogê zbadaæ pani kostkê?

- Boli? - Nie.

To dobrze, ale radzê nie obci¹¿aæ nogi.

Pomogê pani.

Jest pani lekka jak piórko.

Proszê stan¹æ.

Ju¿ nie boli. Co pan zrobi³? Jest pan czarnoksiê¿nikiem?

Tylko lekarzem. Nazywam siê Peter Woods.

Noga jest ca³a. Bardziej ucierpia³a pani duma.

Psy czêsto pani¹ niepokoj¹, panno...

Lawshe. Georgia Virginia Lawshe.

- Noszê imiona dwóch stanów. - Georgii i Virginii?

- Czy pan mi dokucza? - W ¿adnym razie.

Jak pan zosta³ lekarzem?

W dzieciñstwie próbowa³em leczyæ wszystkie zranione zwierz¹tka.

Teraz robiê to z ludŸmi.

Pochodzi pan z Francisville?

Nie. Urodzi³em siê nad rzek¹ Tennessee.

Proszê mi mówiæ Peter.

To w Tennessee? Oczywiœcie, ¿e tak.

Kiedy pan... tu zamieszka³?

Mieszkam w Springdale.

W takim razie nie jest pan z Francisville.

Jutro mamy jarmark. Pojedzie pani ze mn¹?

Tak, panie doktorze... Peter. Chêtnie.

Tylko sprawdzê, czy bêdê mog³a.

Uwielbiam letnie targi... jarmarki.

Ledwo sz³am i plot³am trzy po trzy.

Podczas kolacji jedzenie wypad³o mi z ust, odbi³o siê od talerza

i wyl¹dowa³o mi na kolanach.

To nic, bo wyje¿d¿amy i nigdy wiêcej go nie zobaczê.

Zawo³aj moj¹ matkê. Musi siê przygotowaæ.

Wszystko przez te wœciek³e psy.

Nie œmiej siê. Upad³am jak d³uga.

¯a³ujê, ¿e tego nie widzia³am.

Wst¹piê do klasztoru i zatracê siê w modlitwie.

£atwiej by³oby znów siê z nim spotkaæ.

Zbytnio siê od siebie ró¿nimy. To wykszta³cony lekarz.

Kieruje siê logik¹, a ja jestem taka nieobliczalna,

¿e sama nie wiem, co zrobiê.

Nogi uginaj¹ siê pode mn¹, kiedy na niego patrzê.

Nic z tego nie bêdzie. O ile siê nie zmienisz.

Nie chcê siê zmieniaæ.

Nigdy nie próbowa³aœ.

Dot¹d tylko bryka³aœ. Pora siê ustatkowaæ.

- On jest dwa razy starszy ode mnie! - Nie to ciê martwi.

Chodzi o twoje indiañskie pochodzenie.

Tego nie zmieniê.

Twoja tajemnica to ¿aden powód, ¿eby go ok³amywaæ.

Twierdzisz, ¿e k³amiê? Jak œmiesz tak do mnie mówiæ?!

Sama nie wiesz, jakie masz dobre serce.

Nie k³amiesz, ale zatajasz prawdê.

Do licha, Sarah!

JedŸ chocia¿ do Gonzales, tak jak Travis.

Nie wyjadê. Czemu ty nie zostaniesz?

Bo jestem Stra¿nikiem Teksasu!

Nie jestem tu, ¿eby zbieraæ siano.

Od strony gór nadci¹ga tysi¹c Komanczów. Nie mo¿esz tu zostaæ!

Ty zabijaj Komanczów, a ja bêdê broni³a naszego domu!

Ona kocha ciê bardziej ni¿ powietrze, którym oddycha.

Przemów jej do rozs¹dku.

Martwiê siê o niego.

Saracenowi nic siê nie stanie.

- Czuje siê samotny. - To koñ. Prze¿yje.

W tej chwili musimy myœleæ o przetrwaniu.

W ¿yciu nie liczy siê nic wiêcej?

Co o tym myœlisz, Tildy?

- Zawsze godzê siê z losem. - S³usznie.

Trzeba by³o po¿egnaæ siê z Bartlettem.

Wst¹pi³ do oddzia³u, aby nas chroniæ, a ty pozwoli³aœ,

¿eby wyjecha³ w poczuciu winy.

- Masz racjê. - Wiem o tym.

Spokój.

Kobieta nie wymyœli³a powiedzenia, ¿e z dala

od pola bitwy jest bezpiecznie.

- Nie widzê Saracena. - Nic mu nie bêdzie.

Idê tam.

Pani Sarah siê rozgniewa! Nie pozwolê na to. Obudzê j¹.

- Mo¿e byæ ranny. - Dobrze. Ja pójdê.

Zajrzê do niego i wrócê.

Szybko!

- Phemie! Gdzie Tildy? - Posz³a zajrzeæ do Saracena.

Wypuœci³aœ j¹?

- Trzeba j¹ ratowaæ! - Za póŸno. WeŸ strzelbê.

Powinnam j¹ by³a zatrzymaæ. To moja wina.

Przestañ! Sta³o siê.

- Zastrzelimy ich? - Nie. Jest ich zbyt wielu.

- Co zrobimy? - Poczekamy na rozwój wydarzeñ.

Idê po Tildy. Uchyl drzwi, ¿eby dobrze celowaæ.

Jeœli mnie z³api¹, zastrzel mnie,

Tildy, a potem weŸ pistolet i zabij dziecko oraz siebie.

Kocham ciê, Phemie. Wybacz.

Rób, co musisz.

Przestañcie!

Ja te¿ ciê kocham, Saro.

Bêdziesz chodziæ,

ale s³abo.

Nie popêdzisz na koniu, jak na skrzyd³ach.

Dzielna ma³a squaw.

Nic mi nie jest.

Jednak siê uda³o.

- Jesteœ zatroskana. - Zamyœli³am siê.

Ju¿ myœla³em, ¿e chcesz mi powiedzieæ coœ z³ego.

- Zgad³eœ. - Wiem. S³ysza³em.

Co takiego?

Twoje rêkawiczki. Nie s¹ prawdziwe.

Tylko w jednej czwartej.

Dlatego mi siê podobaj¹. S¹wyj¹tkowe.

Ty wiesz? Sk¹d? Nie przeszkadza ci to?

- Tak siê ba³am. - Ja te¿, ale nie o to.

Jesieni¹wyjadê z Francisville.

Skoro tak nam siê uk³ada, nie chcia³bym jechaæ sam.

- Dok¹d jedziesz? - Do Teksasu.

Tam wcale nie jest tak Ÿle.

Mo¿na siê urz¹dziæ, a oni bardzo potrzebuj¹ lekarzy. Coœ nie tak?

Chcesz siê ze mn¹ o¿eniæ?

Tak. Chcê.

- Masz codziennie przysy³aæ telegram. - Nie mia³abym kiedy uprawiaæ bawe³ny.

Wszystko gotowe do drogi. Oby wystarczy³o zapasów.

Georgia, moje drogie dziecko.

Dochowaj tajemnicy.

Szkoda, ¿e nie mo¿ecie jechaæ z nami.

Bêdzie mi was brakowa³o.

Czego siê szczerzysz?

Odk¹d tu jesteœ, sprawy uk³adaj¹ siê coraz lepiej.

Jest pani gotowa na nowe ¿ycie, pani Woods?

Nareszcie jadê do Teksasu, doktorze Woods. Nie mo¿e byæ lepiej.

Tatuœ mówi³, ¿e na œwiecie s¹ dwa rodzaje ludzi: panowie i niewolnicy.

Ró¿ni ich tylko jedno: ziemia. Trac¹c ziemiê, tracimy wolnoœæ.

Jeœli zadbamy o ziemiê, ona zadba o nas.

- Jestem rozwi¹z³a? - Kompletnie, krañcowo,

cudownie.

Kiedy dotrzemy do Teksasu?

Mo¿e w dwa tygodnie, zale¿nie od pogody.

- Co ciê trapi? - Nie wiem.

Ca³e ¿ycie marzy³am o tym, ¿eby jechaæ do Teksasu,

chocia¿ nie mia³am pojêcia, jak mi tam bêdzie.

Nie znam siê na prowadzeniu plantacji.

Boisz siê, ¿e Teksañczycy nie przyjm¹ królowej Tuckabatchee?

Przysz³o mi to do g³owy.

Mattie ¿yje!

Komancze podpisali uk³ad z osadnikami. Odsprzedadz¹ kobiety.

Mattie ¿yje?

Dzikusy!

- Czy to Mattie? - Chyba tak. Nie wiem.

O, Bo¿e!

Nie strzelaæ!

Po powrocie na wschód musi trafiæ do szpitala.

W¹tpiê, czy zdo³aj¹ wyleczyæ oparzenia. Blizny za bardzo zgrubia³y.

Mattie...

To ja, Phemie.

Phemie...

To by³o straszne.

K³adli mi na twarzy gor¹ce wêgle, ¿ebym nie zasnê³a.

Wódz Ciemny Ksiê¿yc nazwa³ mnie "sztuk¹ rozp³odow¹".

Lubi³ mnie, bo nie b³aga³am o litoœæ.

Nie p³aka³am, bo ba³am siê, ¿e mnie zabije.

Teraz nie wiem, czy kiedykolwiek przestanê p³akaæ...

Zefirki kwit³y, gdy nasze wozy przemierza³y preriê.

Czu³am siê, jakbym p³ynê³a statkiem przez dr¿¹ce morze zieleni.

Widzia³am tañcz¹ce w powietrzu kardyna³y

i wspania³e, pierzaste ob³oki.

By³o tak piêknie...

Piêknie...

Móg³byœ przez jakiœ czas zostaæ w domu?

Przywyk³abym do twojej obecnoœci.

Prosili, ¿ebym zosta³ sêdzi¹ objazdowym,

ale nie muszê siê zgodziæ.

Musisz.

Powinien ju¿ byæ.

- I co? - Nic.

- Mo¿e rozprawy siê przeci¹gnê³y? - W ten upa³? W¹tpiê.

Mo¿e powinnyœmy zacz¹æ go szukaæ?

To koñ Bartletta.

Ma spuchniêt¹ pêcinê.

W¹¿ go uk¹si³.

Bartlett!

O, Bo¿e...

Phemie!

Bo¿e, nie!

Myœla³am, ¿e zginie od strza³ Komanczów.

Nie w ten sposób.

Niech jego dusza spoczywa w pokoju.

Ja go zmusi³am, ¿eby przyjecha³ do Teksasu.

Bartletta nikt nie móg³by zmusiæ.

Bardziej ni¿ Teksas kocha³ tylko ciebie.

Gdzie on jest, Phemie?

Jak móg³ odejœæ?

Nie chcê jechaæ do szko³y.

Ty mnie wszystkiego nauczysz. Chcê zostaæ z tob¹!

Nauczy³am ciê wszystkiego, co umiem. Chcê byæ sama.

- A Tildy i Joel? - Bêd¹ mieszkaæ u McCulloughsów.

JedŸ do szko³y. Sagine nie jest daleko.

Œmieræ ju¿ znasz. Teraz poznaj ¿ycie.

Kto bêdzie ci pomaga³?

Nie mo¿emy ju¿ sobie nawzajem pomóc. Nie rozumiesz?

Nie bêdê wchodzi³a ci w drogê.

Nie chcê, ¿ebyœ tu by³a! JedŸ wreszcie!

Pojadê, ale jeœli mi siê nie spodoba, wrócê.

Wybaczam ci ten policzek.

Nigdy ci tego nie mówi³am, ale nie ¿a³ujê przyjazdu do Teksasu.

Do widzenia, Saro.

- To jest Sagine... - Otó¿ to.

- Urocze miasteczko. - Tam jest koœció³.

Wszystko to nasze? Jeszcze nie widzia³am tyle przestrzeni.

Ju¿ czujê siê jak w domu. Peter, tu jest piêknie.

Spójrz, mamy pierwszych goœci.

- Doktor Woods? - Tak.

Mamy epidemiê cholery. Zmar³o ju¿ dziewiêæ osób.

Musieliœmy spaliæ zw³oki. Muszê pana prosiæ o pomoc.

Teraz? Dopiero przyjechaliœmy.

Ludzie umieraj¹ i brakuje nam lekarzy.

- Jedziesz? - Wrócê, jak tylko bêdê móg³.

Ed Tom, podaj mi torbê.

- Sytuacja jest naprawdê powa¿na. - Rozpakuj rzeczy i rozbij obóz.

Zaraz rozbijê namioty.

Nied³ugo wrócê.

Zaczekaj. Co mam robiæ? Peter!

Przyj! To poród poœladkowy. Trzeba sprowadziæ lekarza.

Przyj!

Nellie!

Peter, kochanie. Nareszcie wróci³eœ.

Nie znoszê bawe³ny.

Nie wytrzymam.

Przyjazd do Teksasu by³ potwornym b³êdem.

¯yjemy jak cyganie. Wróæmy do Francisville.

Nie.

Jak to?

- Zostaniemy tu. - Nie chcê.

Zestarzejê siê, zanim skoñczê dwadzieœcia piêæ lat,

a przed trzydziestk¹ umrê. Chcê wróciæ do domu.

To jest nasz dom. Tu wychowamy nasze dzieci.

Nie chcê mieæ dzieci.

Ale ja chcê.

Nie obchodzi ciê, ¿e mogê umrzeæ?

Uwielbiam siê z tob¹ kochaæ, ale dlaczego rozkosz musi poci¹gaæ

za sob¹taki ból, a mo¿e nawet œmieræ?

Przykro mi, ¿e widzia³aœ œmieræ tej kobiety.

Dobrze, ¿e przy tym by³am.

Dot¹d s³ysza³am pochwa³y radoœci macierzyñstwa, a to ¿adna chwa³a,

tylko œmiertelna mordêga.

Bóg musi byæ g³upcem, skoro tak zakpi³ z kobiet.

Pope³ni³ potworny b³¹d!

Georgia!

Nawet tobie nie pozwolê na bluŸnierstwa w tym domu.

Naprawdê jesteœ taka samolubna?

Wiesz, ile dzieci ostatnio przy mnie zmar³o?

W ¿yciu na wszystko trzeba zapracowaæ. Jeœli ktoœ pope³ni³ b³¹d, to tylko ty.

Wybacz mi.

Urodzê ci dziecko.

On zmar³ na cholerê. Rzeka jest zaka¿ona.

Musimy siê przenieœæ.

Nie mamy w zwyczaju uciekaæ. Nie mo¿emy porzuciæ bawe³ny.

Kochanie. Jesteœ w ci¹¿y. Musimy zadbaæ o dziecko.

Nie bojê siê, bo moim mê¿em jest najlepszy lekarz w Teksasie.

- Lekarze nie s¹wszechmocni. - Mój poradzi sobie ze wszystkim.

To nie igraszka.

Cholera zabija w straszny sposób. Chory usycha na œmieræ.

Zginiemy, jeœli stracimy ziemiê!

Gdzie indziej nie kupimy tak tanio czterech tysiêcy akrów.

Poczekajmy do ¿niw. Potem wyjedziemy, jeœli bêdzie trzeba.

Droga Saro! Od miesiêcy nie dajesz znaku ¿ycia.

T³umaczê sobie, ¿e na pewno masz siê dobrze.

Myœlê, ¿e historia jest niesprawiedliwa.

Zwyciêskim bohaterem San Jacinto bêdzie Sam Houston,

a nikt siê nie dowie, ¿e Sarah Ashby McClure przeprowadzi³a

2 tysi¹ce kobiet w bezpieczne miejsce, daj¹c genera³owi czas

na odbudowanie armii.

Jak twierdzi moja nauczycielka, wszystko dlatego,

¿e historiê pisz¹ mê¿czyŸni.

Postanowi³am wiêc stworzyæ w³asny podrêcznik historii.

Bêdzie w nim miejsce tak¿e dla ciebie. Mia³aœ racjê. Pokocha³am szko³ê.

Mam nadziejê, ¿e nie siedzisz bezczynnie w domu.

Wiem, ¿e przepe³nia ciê smutek, ale Bartlett rozgniewa³by siê,

gdybyœ siê podda³a. Wiem, ¿e jesteœ zdolna do wielkich czynów.

Twoja oddana siostra, Phemie.

Bartlett, wiecznie nie mogê rozpaczaæ.

Bêdê o tobie myœla³a w ka¿dy skwarny dzieñ.

Zapamiêtam twoje powroty do domu i nasz¹ mi³oœæ.

Mam co wspominaæ.

Bêdzie mi brakowa³o rzadkich chwil twojej obecnoœci.

Ale trzeba powyrywaæ chwasty i wymieniæ w okiennicach zawiasy.

Pewnego dnia do ciebie do³¹czê. Pogadamy o dawnych czasach.

Jestem dumna z tego, ¿e by³am ¿on¹ œwietnego Stra¿nika Teksasu.

- Dok¹d jedziesz? - Do gospody w Peach Creek.

Gna co koñ wyskoczy!

- Tildy! - Sarah!

- Niech ci siê przyjrzê. - Ba³am siê, ¿e ju¿ ciê nie zobaczê.

Jestem niezniszczalna.

- Co to? - Gospoda Peach Creek.

- Dyli¿ans wióz³ do nas goœci? - Potrzebujemy pieniêdzy.

Jak mo¿esz podawaæ lemoniadê imigrantom, którzy niszcz¹ Teksas?

Te¿ kiedyœ by³yœmy imigrantkami.

Nie przypuszcza³am, ¿e zostanê kalek¹ prowadz¹c¹ gospodê.

Kot skacze i na trzech nogach.

- Nie u¿alaj siê nad sob¹. - S³usznie.

Georgia!

To ja, Phemie.

O, Bo¿e... To naprawdê ty? Sk¹d wiedzia³aœ, ¿e jestem w Teksasie?

Widzia³am ciê w mieœcie, wiêc ciê odszuka³am.

Wspaniale wygl¹dasz.

Chcia³am ciê odwiedziæ, ale mam na g³owie plantacjê i jestem w ci¹¿y.

Martha, to jest moja przyjació³ka, Phemie.

- Panno Eufemio... - Martha Benny te¿ jest w ci¹¿y.

Nie do wiary, ¿e tu jesteœ.

Wiem, ¿e okropnie wygl¹dam.

Zwykle tego nie robiê, ale wszyscy niewolnicy s¹w polu.

Wejdziesz do œrodka?

Napisa³am do ciebie o Szlaku £ez.

- List nie dotar³? - Nie.

Mieszkamy w namiocie jak beduini.

Doskwieraj¹ nam zarówno upa³y jak i ch³ody.

Nie ma mowy o prywatnoœci.

Ed Tom obieca³, ¿e po ¿niwach zbuduje mi piêkny du¿y dom.

- Kim jest Ed Tom? - To nadzorca.

Bez niego nie mog³abym prowadziæ plantacji.

Peter jest lekarzem i nigdy nie ma go w domu.

Czasem przyje¿d¿a.

W koñcu bêdziesz musia³a coœ powiedzieæ.

Przepraszam.

Pamiêtam, jak latem bawi³yœmy siê razem.

To moje ulubione wspomnienia. Znad rzeki.

- lle ¿ab z³apa³yœmy? - Osiemnaœcie.

- Upiek³am ciasto. - Dziêkujê.

Nasze drogi siê rozesz³y.

Nie potêpiam ciê za to, ¿e masz niewolników,

ale tego nie pochwalam.

Nie ty jedna. Wiêkszoœci znajomych to nie przeszkadza.

Podziwiam ich tolerancjê, ale jej nie podzielam.

Wybacz, Georgia. Nie powinnam ciê nachodziæ.

Co? Euphemia! Chyba nie odjedziesz?

Dobry wieczór pani. Sprawdzam maszyny przed ¿niwami.

Nie poradzi³abym sobie bez ciebie, Ed Tom.

To mi³e, ¿e pani tak mówi.

Mia³em kiedyœ brata. Nauczy³ mnie wszystkiego o maszynach.

Nasz pan by³ okrutny.

Kiedyœ brat wpad³ na pani¹, zupe³nie przypadkiem,

a pan kaza³ go rozebraæ do naga, przywi¹zaæ do drzewa i wych³ostaæ.

Pani jest dla mnie uprzejma i mam czyst¹ pracê.

Skoro ju¿ muszê byæ niewolnikiem, to lepiej trafiæ nie mog³em.

- Nigdy bym ciê nie sprzeda³a. - Sêk w tym, ¿e mog³aby pani.

- Wci¹¿ ci na niej zale¿y? - Niewa¿ne.

Ale¿ tak. Mi³oœæ jest wa¿na, jak wszystko, co ludzkie.

Spójrz tylko.

Kocham ciê.

- Martha? - Doktorze Peter!

Zaczyna siê.

Dobrze. Spokojnie. Po³ó¿ siê.

Dobry moment wybra³aœ.

Uda³y nam siê pierwsze ¿niwa.

Powiod³o nam siê, pani Georgio.

Dobrze nam posz³o! Opiekuj siê mam¹.

- Uwa¿aj na siebie. - Ty te¿. Wrócê.

- Mamy wspania³¹ plantacjê. - Tak, proszê pani. Mamy.

Z Bogiem, przyjacielu.

Nigdy ciê nie zrozumiem.

¯aden bia³y nie odda wszystkich plonów niewolnikowi.

Komancze nazywaj¹ ciê dzieln¹ squaw. Wiesz, co im o tobie powiedzia³em?

¯e powinni zobaczyæ, jak tañczysz.

Pamiêtasz jeszcze, jak tañczyliœmy u Sary?

To by³ square dance. Najbardziej zapamiêta³em twój uœmiech.

Przyzna³eœ siê, ¿e mnie poprosi³eœ za namow¹ kolegów?

Przemilcza³em to. Wiesz, czego jeszcze nikomu nie mówi³em?

Uwa¿am, ¿e jesteœ najpiêkniejsza na œwiecie. Taka jest prawda.

Uwa¿asz, ¿e jestem ³adna?

Chcê hodowaæ konie. Najlepsze konie wyœcigowe w Teksasie.

Bêdziesz potrzebowa³a paru rzeczy.

Rancza, ziemi, koni hodowlanych

oraz mê¿czyzny.

Mogê poprowadziæ ranczo sama.

Nie potrzebujê do tego niewolników ani mê¿czyzny.

Zreszt¹ mam ziemiê i konie.

Któryœ mê¿czyzna siê ob³owi. Ziemia, konie, twój tupet...

Mo¿na by trafiæ gorzej.

Szkoda, ¿e nie mogê wyjœæ za m¹¿.

To tragedia.

Jest rozpalony.

Ma cholerê.

Georgia...

Georgia!

Trzeba spaliæ wszystko, czego dziecko dotyka³o.

- Widzia³aœ Georgiê? - Nie ma jej w œrodku?

Równie¿ fotel i ko³yskê.

Doktorze Peter, ona jest na polu.

Meybelle, tatuœ wróci³.

Nie wiedzia³am, co siê z tob¹ dzieje.

- Wróci³eœ. - Witam pani¹.

Masz coœ dla mnie?

Owszem. Mam!

4503 dolary i 32 centy.

Niezmiernie siê cieszê.

Po przeprowadzce wybudujemy dom dla ka¿dej rodziny,

a w g³ównym domu bêdzie biuro z widokiem na pola bawe³ny.

W tym roku obsiejemy przynajmniej tysi¹c akrów.

Tak! Tak!

- Pamiêtaj o oddychaniu. - Oddycham!

Ostro¿nie, Henry.

Trzeba bêdzie naprawiæ p³ot.

Wiem. Musimy postawiæ now¹ stajniê i ogrodziæ padoki,

- tylko brakuje nam r¹k do pracy. - U mnie nie bêdzie niewolników.

Nie ja wymyœli³em niewolnictwo.

Nie rozumiesz, ¿e to niemoralne?

- Tildy jest niewolnic¹. - Nie. Nale¿y do rodziny.

Jest rodzinn¹ niewolnic¹. Masz o jednego niewolnika wiêcej ni¿ ja.

Afrykanin z natury nie nadaje siê do ¿ycia na wolnoœci.

Po co tak obarczaæ ukochan¹ s³u¿¹c¹?

Chcê j¹ uwolniæ dlatego, ¿e j¹ kocham.

- Mê¿a te¿ pani kocha? - S³ucham?

William King szanowany gospodarz.

Jeœli pani uwolni Tildy, ludzie zaczn¹ go podejrzewaæ

o sprzyjanie abolicjonistom. To mog³oby go zrujnowaæ.

Tildy jest moj¹ niewolnic¹, a nie jego.

Jako jego ¿ona, nie jest pani niezale¿na.

Chyba nie muszê pani tego t³umaczyæ.

Niech pan nic nie mówi. Zwrócê siê do kogoœ innego.

Panie Walker, przy panu ka¿dy kurczak to geniusz.

Zmuszaj¹ mnie do posiadania niewolnicy.

Z nimi nie wygrasz.

Nie po³o¿ysz kresu niewolnictwu, uwalniaj¹c Tildy.

- Trzeba coœ zrobiæ. - To walcz o prawa wyborcze kobiet.

Pokonaj mê¿czyzn na ich w³asnym polu. Zmieñ prawo i sposób myœlenia ludzi.

Kobiety chc¹ mówiæ donoœnym g³osem.

Nie jestem typem dzia³aczki.

Lepiej siê przymknij.

Georgia! Co za niespodzianka. Wspaniale wygl¹dasz.

- To moja siostra, Sarah. - Mi³o mi ciê poznaæ.

Mnie równie¿. Sporo o tobie s³ysza³am.

- Wci¹¿ mieszkasz pod Segine? - Nie. Mamy nowy dom pod San Marcos.

Chcemy pos³uchaæ mowy wyborczej Sama Houstona.

- Do³¹czysz do nas? - Sam Houston? Nie, dziêkujê.

Nie jestem ciekawa, co genera³ ma do powiedzenia.

- Alkohol wy¿ar³ mu mózg. - Doprawdy? Tak uwa¿asz?

On i jego lojaliœci nie maj¹ wizji przysz³oœci Teksasu.

Mówisz o ludziach takich jak ja, którzy chc¹ ochroniæ Teksas

przed wyzyskiwaczami takimi jak pani, pani Woods.

Teksas to zabiedzone odludzie, pani King.

Dziêki bawe³nie stanie siê bogaty.

Kosztem pracy niewolników. Ilu ich pani ma? Piêædziesiêciu?

Pani idol, Sam Houston, ma piêtnastu.

Gada o zniesieniu niewolnictwa, ale rozumie,

¿e to kwestia gospodarcza, a nie moralna.

Rozumie, ¿e Ameryka to wspólnota, a niewolnictwo j¹ niszczy.

Nie mo¿na pozbawiaæ ludzi podstawowych praw.

Na przyk³ad lndian? S¹Amerykanami d³u¿ej ni¿ czarni i biali,

ale w mieœcie ich dzisiaj nie widaæ.

Szczycicie siê tym, ¿e ich wybiliœcie, zagarn¹wszy ich ziemiê.

Co z ich prawami?

Robi siê niespokojny. Niech go pani weŸmie na rêce.

Jednak masz niewolnicê? Fatalnie!

Wdali siê w bójkê nad rzek¹.

Zachowuj¹ siê, jak dzikie bestie, pani Georgio.

To pani dzieci?

Jest takie powiedzenie: "dzieci s¹ odbiciem rodziców".

Do widzenia, pani Woods.

- Nie zapomnij niewolnicy, Phemie. - A ty o swoich bzdurach, Georgia.

Psiakrew! Nastêpna wojna!

- Wróæ ¿ywy, Joe. - Kocham ciê, mamo.

Wróæ.

Wrócê, kochanie. Obiecujê.

- Opiekuj siê mam¹. - Wracaj szybko! Pa, tato!

£atwiej by³o walczyæ z Komanczami. Przynajmniej by³o do kogo strzelaæ.

Georgia!

Kiepsko siê czujê, ale chcia³abym pomóc.

Dobrze, ¿e przysz³aœ. Przedstawiê ciê wszystkim.

Witaj, Georgio.

Jankesi s¹ mocniejsi ni¿ myœlimy. Maj¹fabryki.

Walczymy w s³usznej sprawie.

Bóg nie pozwoli, ¿eby Po³udnie zosta³o pokonane.

Mam doœæ gadania o s³usznej sprawie. Mój m¹¿ jest lekarzem.

Poœwiêci³ siê ratowaniu ludzi, a teraz pojecha³ ich zabijaæ.

Jankesi chc¹ zlikwidowaæ niewolnictwo i zmieniæ nasz styl ¿ycia.

Nie mo¿emy im na to pozwoliæ.

Czujê siê odpowiedzialna za swoich niewolników.

Czy dlatego Jankesi chc¹ mnie zabiæ?

Nie ciebie, Georgia. Tacy odwa¿ni to oni nie s¹.

To wojna o zmiany, a Po³udnie zbyt wolno siê zmienia.

- Nic na to nie poradzê. - Mylisz siê.

Mo¿esz wyp³acaæ niewolnikom pensjê, kszta³ciæ ich

i nie traktowaæ jak dzieci.

Po³udnie nie potrzebuje niewolnictwa, ¿eby przetrwaæ.

To bzdura.

Nie traktujê niewolników jak dzieci.

Ale nie traktujesz ich jak równych sobie.

Poczytaj Fredericka Douglasa. By³ niewolnikiem, a œwietnie pisze.

Jankesi bêd¹ gin¹æ od tych kul, które przeszyj¹ ich serca i g³owy.

Na pó³nocy kobiety robi¹ dok³adnie to samo, co my.

Odlewaj¹ pociski, które maj¹ zabiæ naszych mê¿ów,

synów i kochanków! To bez sensu!

Mój syn te¿ poszed³ na wojnê i chcê, ¿eby móg³ siê broniæ,

ale do tego potrzeba kul.

Ja widzê w tym sens.

Dzieñ dobry. Pani jest w gabinecie.

Dziêkujê, Martho.

Georgia.

Phemie!

Co za niespodzianka. Rozgoœæ siê.

Masz piêkny dom.

Tak mieszkaj¹wyzyskiwacze.

Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.