Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Napis Telewizja Polska S.A., Filmoteka Narodowa, Instytut Audiowizualny i
Kosmos Film przedstawiają.
Obok fotografii bohaterów pojawiają się nazwiska aktorów. W rolach głównych
Karolina Gruszka, Grzegorz Małecki, Karolina Rzepa, Adrian Zaremba, Andrzej
Seweryn, Andrew Zurawski, Eryk Lenartowicz, Andrzej Konopka, Agnieszka
Mandat, Sonia Mietylica, Małgrzata Zajączkowska. Reżyseria Waldemar
Krzystek. Na tle mapy Kazachstanu ukazuje się kamienne zbocze usiane
grobami.
Stacja kolejowa na Syberii. Na peronie stoją mężczyźni w zimowych płaszczach.
Nadjeżdża pociąg z czerwoną gwiazdą. Niemiecka mapa Wrocławia. Wśród ruin
miasta krzątają się ludzie.
Poniemiecka willa. Po obu stronach bramy wjazdowej stoją posągi orłów. Na tle
willi pojawia się tytuł Dom pod dwoma orłami. Odcinek pierwszy.
Napis Wrocław, Polska, 1945 rok.
Zrujnowana bombardowaniem dzielnica.
Ulicą jedzie wojskowy samochód terenowy. W środku siedzi trzech polskich
żołnierzy i siedmioletni chłopiec. Kierowca skręca. Jedzie ulicą obsadzoną
wysokimi drzewami. Omija stertę gruzu. Wśród kamieni tlą się deski. Ulicą
przechodzi kobieta z dwoma kozami na postronku.
Kierowca mija bramę z dwoma posągami orłów. Wjeżdża na podwórze.
Gwałtownie hamuje przed okazałą willą.
40-latek w wojskowym płaszczu, liski, wysiada. Bierze z samochodu pistolet
maszynowy. Siedmioletni Kazio taszczy walizkę. Mężczyzna w mundurze odprowadza
ich do drzwi willi. Na drzwiach napis kredą zajęte Polacy.
Obok napisu narysowana powieszona na szubienicy swastyka. Mężczyzna w
mundurze otwiera drzwi.
Liski wręcza mu kartkę papieru. Wchodzi do środka razem z Kaziem.
Wojskowy mocuje na drzwiach kartkę z napisem przydział mieszkaniowy zajęte.
Kaziu, zapamiętaj ten moment.
Się wchodzi i się jezdni.
Liski wychodzi do ogrodu. Trzyma pistolet maszynowy w pogotowiu. Na
sznurze suszy się damska halka. Liski dotyka materiału. Idzie dalej.
Przy kamiennej ławce leży ciało kobiety.
Po dwórze. Żołnierze niosą ciało młodej kobiety zawinięte w dywan. Kobieta ma
długie, rude włosy. Na twarzy zaschnięte plamy krw. Na ganku stoją Liski i Kazio.
Mężczyzna przytula chłopca.
Zasłania mu oczy.
Żołnierze pakują ciało na pakę furgonetki. Głowa kobiety zwisa poza
krawędzią platformy. Żołnierze siadają obok ciała.
Kierowca rusza. Ulica przed willą. Chodnikiem idzie kobieta z tobołkiem. Na
głowie ma chustkę. Jest ubrana w zużyty płaszcz.
Z trudem stawia kolejne kroki.
Poprawia tobołek na plecach.
Rozgląda się zalękniona.
Przepraszam panu.
Czy można tu przenocować?
Proszę się tu na razie przespać, a jutro rano się po strotach.
Skąd pani przyjechała?
Z Kazachstanu.
Zofia Szablewska.
No to miała pani długą podróż.
Musi się pani wyspać.
Dziękuję panu.
Bardzo dziękuję.
Dobranoc. Liski idzie do drzwi.
Zawraca.
Przed wojną?
Dwór Nowosiał.
Kilka przystanków koleją za Lwowem.
Letni dzień. Łąka nad rzeką. Nastoletnia Zofia ma na sobie marynarską sukienkę i
lekki płaszczyk. Jej długie, rude włosy są splecione w gruby warkocz. Na głowie
ma słonkowy kapelusz. Idę przecież.
Zofia wkłada na zadekolt małe poduszeczki. Poprawia stanik.
Zofia! No już!
Już! Zofia uśmiecha się. Podchodzi do mężczyzny z harmonią. Mężczyzna jest
niewidomy. Wyciąga rękę w kierunku Zofii, bierze ją za ramię.
Napis na ekranie.
Nowosioło, Polska.
Przez rzekę galopuje mężczyzna w mundurze.
Zofia spogląda na niego z zachwytem. Mężczyzna zwalnia do kłusa, podnosi rękę
do czapki. Na brzegu rzeki czeka kilkuosobowa orkiestra.
Antoni Szablewski!
Panowie, na cześć dowódcy naszego oddziału! Antoni zsiada z konia. Zofia i
jej towarzysz podchodzą bliżej.
Wierzę kościoła Elżbiety.
Może uda się, że powrócę z drów i zobaczę miasto Lwów.
Uśmiech Zofii blednie. Antoni podchodzi do niej i mężczyzny z harmonią.
Przepraszam uszy panienki, ale zostałem gwałtem do śpiewu przymuszony.
Czarował pan tak tym głosem, że... Przepraszam, z kim
mam przyjemność?
Ja jestem Antoni Szablewski. Panie Maurycy, znamy się od wielu lat.
Panienka Zosia z całym Nowosiołem nas na wojnę odprowadzała. Tak.
Do widzenia.
Do widzenia. Do widzenia.
Zofia i Maurycy odchodzą.
Zofia niesie laskę Maurycego, trzyma go pod ramię.
Zapomnij o nim, goła dupiec.
Wszystkie majątki szablewskich zostały skonfiskowane jeszcze za cara.
On teraz żyje uczepiony w jakiejś ubogiej środki.
Poza tym, jak mówią, on w ogóle nie do życia po tej wojnie.
Zofia spogląda w stronę rzeki. Antoni popędza konia.
Słyszałeś, jak wiwatują na jego cześć? Przecież to jest bohater.
Wiwatów do garnka nie włożysz.
Jakie garnki, Maurycy? O czym ty mówisz?
Nie udawaj.
Przecież widziałem, jak na niego patrzyłaś.
Celowo przyszliśmy tu dzisiaj.
Zofia przygryza wargę. Zakłada włosy za ucho. Razem z Maurycym idzie przez
rozległą łąkę.
Wrocław, 45.
rok. Łazienka w willi. Zofia łapczywie pije wodę z kranu.
Ma brudne ręce i twarz, odmrożone policzki.
Zdejmuje płaszcz, z obrzydzeniem rzuca go na podłogę.
Siada na krześle.
Pociera nos nadgarstkiem.
Zdziera z siebie brudną sukienkę.
Podchodzi do wanny.
Jadalnia. Przy zastawionym do kolacji stole siedzą Liski i Kazio. Liski
opróżnia kieliszek, zagryza kawałkiem kiełbasy. Wchodzi Zofia w szlafroku w
kwiaty. Na głowie ma zawiązaną chustkę.
Proszę, panie siada.
Musiałam sobie pożyczyć ten szlafrok. Nie chcę tu przywlec nic aktów.
Proszę bardzo.
To niemka dostawiam.
To jest Kazio.
Kazio się kłania. Kazimierz Lach.
Matka umarła pod koniec wojny.
Karolina spogląda na zastawiony stół.
Prawdziwa uczta, dziękuję.
Proszę zakąszać. I ciepłe.
Liski sięga łyżką do talerza na stole.
Wkłada kęs do ust.
Zofia odrywa mały kawałek chleba.
No proszę, z małą.
Muszę jeść powoli.
Sięga po łyżkę.
Jak w Kazachstanie.
Niemcy nie zostawili widelców.
Widelce są w kuchni.
Ile pani chce.
Musimy się lepiej poznać.
Opowiedzieć o sobie nawzajem.
Ale to potem.
A teraz proszę.
Za wspólny dach nad głową.
Liski napełnia kieliszki do wina bimbrem. Znoszą toast.
Liski opróżnia kieliszek. Zofia odstawia swój na blat. Skubie chleb.
Kobieta nasłuchuje uważnie. Podchodzi do stojącego w salonie zegara.
Wzruszona dotyka cyfr blatu.
Skąd on się tu wziął?
Niemcy zostawili, jak wszystko tutaj.
Ten zegar nie jest po niemiecki.
Zofia otwiera skrzynię zegara, sięga do skrytki w dnie. Skrytka jest pusta.
Tam jeszcze stał taki kryształowy kielich.
Nie widział go pan?
Każdy.
Nie.
Liski przygląda się Zofii. Kobieta wraca do zegara.
Wzruszona gładzi drewnianą obudowę.
Opiera o nią czoło. Przemyka oczy.
nowosioło przed wojną letni wieczór na pomoście nad rzeką trwa zabawa taneczna
antoni całuje dłoń zofii spogląda jej głęboko w oczy tańczą walca pomost
oświetlają pochodnie kilka par wiruje w tańcu zofia patrzy antoniemu w oczy
Kolejni tancerze schodzą z pomostu.
Zofia i Antoni zostają sami.
Zofia przymyka oczy. Delikatnie kołysze się w takt muzyki.
Poranek. Antoni zajeżdża przed dwór na koniu.
Trzyma bukiet białych kwiatów. Zsiada. Klepie konia po szyi.
Życz mi szczęścia.
Na ławeczce siedzi Maurycy. Gra na harmonii. Antoni zdejmuje kapelusz.
Dzień dobry, panie Maurycy.
Uszanowa, nie?
Jasieńkowi...
Antoni uśmiecha się lekko. Wchodzi do dworu.
Pokojówka stawia na stole bukiet kwiatów od Antoniego.
Antoni i ojciec Zofii przechodzą do gabinetu. Gospodarz zamyka drzwi.
Panie Szabewski.
Jak pan nie rozumie, no manię to powiem inaczej.
Jest pan dzielnym żołnierzem.
Pierś się pan ugina od krzyży, medali.
Ale na tej damsko-męskiej bojaczce to się pan zupełnie nie znasz.
Gabinet. Ojciec Zofii sięga po karawkę. Jest pusta. Do Antoniego.
I co gorsza, zaślepiony pan jesteś. Ojciec wychodzi do jadalni.
Pokój. Matka.
Tak gdzieś pieszczą do tej niewoli małżeńskiej.
Jeszcze się naryczysz po ślubie, zobaczysz.
Zacznie ci przepadać, bo wie gdzie.
Z balu na polowanie, z polowania na karty.
A ty siedzisz sama w domu i nie wiesz, za jakie grzechy ta kara.
Może za tę miłość.
No to już lepiej było połagomić się na pieniądze.
Chociaż to też marny zysk.
Antoni nie jest taki.
Że ojciec jest, to nie znaczy, że cały świat jest taki.
Panie Antoni, niech pan sobie odpowie na trzy podstawowe
pytania.
Czy nasza Zosia jest brzydka?
Czy jest głupia?
Krótko, tak czy nie?
Nie.
A czy jest biedna?
Krótko, tak czy nie?
Nie patrzę na posak.
Czyli nie jest biedna.
Ma pan trzy razy nie.
Czyli na żonę dla pana się nie nadaje.
Dla pańskiego dobra.
Opróżnia kieliszek.
Od pięknej nie odgonisz, pan wielbiciel.
Mądra będzie sobie owijać pana wokół palca.
A bogata w ogóle pana będzie miała za nic.
Musi być trzy razy tak.
Tylko trzy razy tak.
To jest recepta na udane małżeństwo.
Oni wszyscy są tacy.
Jak się trafi jakiś porządny i uczciwego serca, to jest biedny jak mysz
kościelna.
A nędzy żadna miłość nie przetrzyma.
Nieprawda.
Ja ze swoim ukochanym mogę żyć nawet w szałasie.
Zofia ciska poduszką. Wychodzi.
A najgorsze jest to, że ojciec pewnie się zgodzi. Gabinet. Dopóki pan nie
wyeliminuje chociaż jednego, nie?
To jest za wcześnie na naszą rozmowę.
Tylko, że Zosia zbrzydnie, nie widzę szans.
Że zgłupieje, no to, to można by się zastanowić.
Jedyne, co może się zmienić, w porównaniu z panem, będzie zupełnie
biedna.
A teraz, panie Antoni, jestem strasznie głodny i zapraszam na podwieczorek.
Z czarną polewką, tak? Nie, skądże?
Właśnie podają do stołu.
Zapraszam.
Pozwoli pan, że jednak się pożegnam.
Antoni odstawia pełny kieliszek na stół.
Wychodzi. Ojciec Zofis pogląda za nim.
Bierze kieliszek ze stołu.
Opróżnia go.
Przed dworem Antoni przystaje na ganku. Maurycy gra na harmonii.
Więc widzicie wino, szwoleżerowie, niech smutki zginą w
rozbitym szkle.
Gdy zrejterujesz, to się nie dowiesz, czy mogło dobrze być,
czy źle.
Antoni słucha piosenki, uśmiecha się lekko. Koniuszy przyprowadza mu
osiodłanego konia.
Pokój we dworze, Zofia płacze.
Wrocław po wojnie, poranek, sypialnia. Zofia siada przed lustrem, szczotkuje
włosy.
Wchodzi Liski, opiera się o komodę.
Przepraszam, że przeszkadzam tak wcześnie, ale wczoraj wróciłam bardzo
późno.
Dzień dobry.
Dzień dobry.
Nie musi się pan przede mną tłumaczyć ze swoich nocnych zajęć.
Nie ma najmniejszego powodu.
Pani Zofio, przecież ja nie chcę się wpychać na siłę w panie życie.
Chcę tylko, żebyśmy co rano mówili sobie dzień dobry i żebyśmy wiedzieli, czy
jeszcze żyjemy, czy już może nie.
Rozumiem, że dzisiaj mamy to już za sobą.
Tak, ale żeby pani jutro się nie denerwowała, to chciałem poinformować,
że na kilka dni jadę do Warszawy.
Zofia odwraca wzrok. Liski zauważa leżący na podłodze ręcznik.
Podnosi go.
Dlaczego pani lubi być niemiła?
Przecież ja nie jestem pani wrogiem. Nie zauważyła pani tego?
Pani Zofia, obydwoje jesteśmy dorośli.
Już dwa lata mieszkamy w jednym domu.
Zofia się podnosi.
Staje naprzeciwko Liskiego.
I właśnie to jest dla mnie krępujące, jeżeli pan tego nie rozumie.
I okropne.
Przecież jeżeli tutaj byłby mój mąż, to nie rozmawialibyśmy teraz.
I nie wszedłby pan do mojej sypialni o 6 rano.
Zofia wyłącza budzik. Podchodzi do komody.
Włącza radio. Ustawia częstotliwość.
Pani Zofia Szablecka z Nowosioła poszukuje męża Antoniego Szableckiego,
ostatni raz widzianego we wrześniu 1939 roku oraz syna
Zbigniewa Szableckiego, zaginionego od 1940 roku.
Powtarzam. Zofia Szablewska z Nowosioła poszukuje męża Antoniego Szablewskiego,
ostatni raz widzianego we wrześniu 1939 roku. Liski
wychodzi. Syna Zbigniewa Szablewskiego, zaginionego od 1940 roku.
Powtarzam, Zofia Szablewska z Nowosioła. Rok 1997.
Zofia stoi w tej samej sypialni. Jest siwą staruszką. Wychodzi na korytarz.
Pochmurny dzień, lotnisko. Pada ulewny deszcz. Na płycie ląduje samolot. Wzbija
kołami wodę z kałuży.
Napis Wrocław, Polska 1997.
Hala przylotów. 50-letnia blondynka Helena czeka w grupie ludzi.
Przed nią stoi łysy mężczyzna w kremowej marynarce. Mężczyzna odwraca się,
zauważa Helena.
Dobry. Helena lekko kiwa mu głową. Odwraca się. Mężczyzna odchodzi na bok.
Otwierają się automatyczne drzwi.
Wychodzi zgrabna dwudziestokilkulatka z włosami równo przystrzyżonymi na
wysokości brody. Marianna. Podbiega do Heleny.
Mamo!
Wreszcie! Tak się bałam, że nie wyląduje.
Rano dochod, a teraz nam uleje.
Pokaż się. Pięknie wyglądasz.
Polczek Anawelski, ale zaraz go zobaczę.
Pokaż. Marianna się obraca. Zauważa łysego mężczyznę. Z galerii obserwuje
Mariannę mężczyzna w okularach. Do dziewczyny i jej rodziców podchodzi
trzydziestolatek. Tato, mamo, to jest Paul.
Jestem Paul i wszystko rozumiem.
Poza tym jestem dumnym ojcem mojej córki.
Cieszę się, że jesteś tu. Mężczyzna na galerii wyjmuje z kieszeni telefon
komórkowy. Odbiera.
Matka jest okulistką. Przed lotniskiem. Pada ulewny deszcz. Marianna, Helena i
Paul biegną do samochodu. Ojciec prowadził deszcz. Ja się pod niego
wezgnęłam. Jednym słowem w domu wszystko po staremu.
Wiosenny dzień.
Tama na rzece. Pada deszcz.
Brzegiem zbiornika retencyjnego jedzie samochód terenowy.
Wysiada mężczyzna w żółtym sztormiaku.
Sprawdza poziom wody na podziałce.
Biegiem wraca do samochodu.
Marianna, Helena i Paul jadą samochodem przez miasto. Na zboczu pagórka stoi
sznur samochodów.
To jest dziwny parking.
To nie jest parking.
Ludzie boją się powodzi.
Wiesz. I że mnie nie będzie.
Więc dobrze, że jesteś.
Solidny dom.
Dobrze strzeżony.
Idą w stronę Wildi.
Przed pokój Helena zdejmuje płaszcz. Wchodzą Paul i Marianna.
Babciu, idziemy do ciebie.
Paul, walizki zostawiłam na dole, przy schodach. Idź po bagaże. Są na dole.
Ja idę do kuchni. Dał.
Pol odchodzi z Heleną.
Marianna wyjmuje z torby apaszkę. Idzie do jadalni. Rozgląda się po kolejnych
pomieszczeniach.
Gdzie babcia?
Mamo.
Babciu! Marianna wbiega po schodach na piętro.
Wchodzi do sypialni Zofii. Staruszka drzemie w fotelu.
Babciu!
Zaniepokojona Marianna klęka obok Zofii.
Ostrożnie.
Już myślałam, że się spłychniesz.
Co ty mówisz?
Niskiereszka moja kochana przyjechala, jaka piękna. Jak dawno cię nie było.
Nie lubi, jak cię nie ma. A ja?
Mam coś dla ciebie.
Marianna owija szyję Zofii Apaszką.
Pol wnosi walizki na piętro.
Obserwuje kobiety przez otwarte drzwi.
Sama nie wiem, czy jesteś bardziej kochana, czy piękna.
A w ramach przeprosin mam dla ciebie niespodziankę. Zamknij oczy.
Marianna podbiega do Pola. Prowadzi go do pokoju. Pomaga Zofii wstać.
Możesz otworzyć.
Babcie, to jest Paul, mój narzeczony.
A to jest babcia Zosia.
Wszystko, co najlepsze mam po niej.
Niczego sobie, ta niespodzianka.
Dzień dobry, Pani Zosia.
Wygląda zupełnie jak nasz.
A ja już myślałam, że się nie doczekam.
Bo kolejni absztyfikanci odpadali jeden po drugim. Nikt nie zasługiwał.
Może pan być z siebie dumny.
Miło panią poznać.
Jestem Paul.
Paul całuje dłoń Zofii.
Znaczy Paweł.
Wieczór. Jadalnia. Paul i Zofia siedzą przy stole.
Marianna całuje babcię w czoło.
Nalewa jej kieliszek nalewki. Siada przy stole. Wchodzi Helena.
Niesie talerz z sałatką.
Na propozie cebrzik.
Jak na obcokrajowca, to posługuje się pan wyszukaną polszczyzną. To nie jest
cebrzik, tylko salaterka.
Marianna mnie tak nauczyła.
Nieprawda. To jego ojciec i babcia tego źle nauczyli.
A pan też studiuje architektury?
Medycynę. Właśnie skończyłem.
Dwoje lekarzy przy jednym stole. Strach chorować.
Ale już jutro lecę na Jokrem.
Znowu będzie tylko jeden.
Ja.
Proszę pozdrowić ode mnie lwów.
Marianna.
Maczanka krakowska, szarlotka na deser, początek wakacji.
Tylko taty brakuje.
Helena. Mnie nie brakuje.
Mam nadzieję, że ci kiedyś przejdzie.
Zofia spogląda na wnuczkę ze współczuciem. Marianna wstaje.
Podchodzi do pianina.
Dzień deszczowy i ponury, z cytadeli idą z
góry.
Szerega milbowskie dzieci, idą tułać się po świeci.
W dolo widać już niestety.
Retrospekcja Nowosioło. Wieczorek taneczny nad rzeką. Zofia i Antoni
tańczą walca na oświetlonym pochodniami po moście.
Koniec retrospekcji. Zofia kołysze się w takt muzyki.
Może uda się, że powrócę z drów i zobaczę miasto
kochane. Ale z pana bacier czystej wody. Skąd pan zna
naszą piosenkę?
Moja babcia mnie śpiewała. Słuchajcie, zapomniałam wam powiedzieć
najważniejszego. W całym kampusie z Polski byłam tylko ja jedyna i nagle
patrzę, są rodacy.
Dwa miesiące go tropiłam. I oto jest. Pol Szablewski.
Po polsku Szablewski.
Babciu, on też jest Szablewski jak dziadek Antoni i ty.
Helena. Co za zbieg okoliczności.
Od tamtego czasu się nie rozstajemy.
Pol przygładza włosy wnętrzem dłoni.
Retrospekcja. Pokój. Młoda Zofia spogląda wystraszona na mężczyznę.
Mężczyzna przygładza włosy takim samym gestem co Pol. Koniec retrospekcji.
Ja przepraszam.
Pójdę się położyć.
Mamo?
Pomogę ci.
Helena wyprowadza Zofię z pokoju. Marianna obejmuje pola.
Babcia źle się poczuła.
Wniosę bagaże i pójdziemy spać. Dobrze? Jasne.
Pokój Zofii. Staruszka patrzy w przestrzeń.
Retrospekcja. Pokój Liski osłania Zofię. Strzela do kogoś.
Koniec retrospekcji.
Garaż. Marianna podchodzi do samochodu. Otwiera bagażnik.
Wyjmuje z niego walizkę. Otwiera drzwi od strony pasażera.
Nasłuchuje.
Uśmiecha się lekko. Zamyka drzwi samochodu. Wychodzi.
Piwnica. Pod ścianą stoi niedziałająca pompa. Podłogę zalewa woda.
Pokój gościnny. Paul przechadza się po pomieszczeniu. Wchodzi Zofia.
Bierze Paula za rękę.
Pani ojciec.
Jak ma na imię?
Steven. Stefan.
Miał kilka lat, kiedy babcia Rysia wyjechała z nim do Stanów.
Zaraz po śmierci dziadka.
Mówi pan po francusku?
Trochę. Więcej rozumiem.
A dziadek? Szablewski.
Jak ma na imię?
Paul przemyka oczy, przygładza włosy na skroni charakterystycznym gestem.
Przepraszam.
Nie pamiętam.
Po wojnie uciekł z Ukrainy do Polski.
Ale szczęście nie trwało długo.
Zginął kilka lat później.
Nie mamy nawet jego zdjęcia.
Tylko babcia i trochę ojciec go pamiętają.
Był człowiek, nie ma człowieka.
No to lepiej nie wywalujmy duchów, bo i tak ich nie wskrzesimy.
Dobranoc. Też dobranoc, pani.
I tak nie śpisz.
Zaczaiła się na mnie.
Chcesz teraz rozmawiać o babci? Serio?
Zaczaiła się na mnie. To nic takiego.
Zawsze mnie pilnowała.
Nie chodziło o ciebie.
Dlaczego tak dziwnie zachowywała się przy kolacji?
Może dlatego, że ma 90 lat i całkiem dobrą pamięć.
Jakie to ma teraz znaczenie?
Zapytaj o to babcie.
Mam lepszy pomysł.
Marianna rozpina koszulę Paula.
Przewraca go na łóżko.
Siada na nim okrakiem.
Paul pieści jej pośladki.
Tama na rzece.
Pada deszcz.
Przez tamę przelewa się woda. Spadają pojedyncze cegie.
Koło zębate przekładni obraca się powoli. Po spiętrzonej wodzie dryfuje
psia buda. Spada poza krawędź tany.
Rozbija się o kamienie na dole.
Poranek. Dom pod dwoma orłami. Podwórze. Marianna i Paul stoją przy samochodzie.
Zofia obserwuje ich z okna. Nadbiega Helena do Marianny.
Uważaj! Na ulicach roli się od szaleńców. Mamo, poradzę sobie jakoś
naprawdę. Kiedy pana znowu zobaczy?
Za dwa dni ma samolot z Kijowa prosto do Nowego Jorku. Zobaczymy się na ślubie.
No, ja chcę jak najszybciej.
Chyba żartujecie.
Muszę wracać. Mam staż w szpitalu.
Cieszę się.
Ziem mogłem was poznać.
Ale nawet nie mogliśmy dłużej pobyć razem. Ja nic o panu nie wiem.
Nie, no ja się nie nadaję do tych nowych czasów. Mamo, mamo, wszystko ci powiem
potem.
Chodźmy, jesteśmy spóźnieni.
Marianna i Paul wsiadają do samochodu. Odjeżdżają.
Zamyślona Zofia obserwuje ich przez okno. Na podwórzu stoi Helena.
Wzdycha zatroskana.
Przed lotniskiem Paul wyjmuje plecak z bagażnika do Marianny.
Każdy dorosły człowiek musi opuścić dom ojca i matki swojej, by pójść za
ukochanym. Tak jest napisane w Biblii. W Biblii nie ma nic po babci. Ja jestem
jej kopią. Mam takie same palce, takie same zmarszczki w kącikach oczu.
Ciężko jest to wszystko porzucić.
Człowiek jest dziś tu, jutro tam, ciągle w ruchu.
Tu wszystko już się wydarzyło. Trzeba patrzeć w przyszłość.
Dom jest tam, gdzie jesteśmy dzisiaj, a nie kiedyś. W takim razie, dlaczego
jedziesz na Ukrainę? Tam wszystko już się wydarzyło. Po co szukać przeszłości?
Zostań z nami na parę dni.
Nie wytrzymam bez ciebie tak długo.
Marianna całuje pola.
Ostatnie wezwanie dla pasażerów lotu EO-30 do Lwowa.
Prosimy o pilne udanie się do bramy numer 5.
Marianna odprowadza Pola na lotnisko. Tama na rzece. Woda przelewa się przez
zaporę potężnym strumieniem.
Centrum Wrocławia. Policjant wstrzymuje ruch na moście. Woda sięga niemal
jezdni. Dookoła są ułożone wały powodziowe z worków piasku.
Popołudnie. Garaż. Marianna siedzi w zaparkowanym samochodzie.
Zauważa leżącą na desce rozdzielczej kartkę.
Rozwija ją. Czyta.
Kocham cię, ty mój lepek sjecowy.
Mówi się mój ty łebku śledziowy.
Trzeba było nie wyjeżdżać, jak mnie kochasz. W domu Zofia słucha radia na
piętrze.
Na parterze Helena odprowadza pacjenta do drzwi.
Wraca do gabinetu. Wchodzi Marianna.
Odleciał?
Piwnicę zamknęłaś od środka?
Ale może ich zawrócą, ma być burza.
Gdyby nie obrona dyplomu, poleciałabym za nim, tak jak stoję.
Chcesz coś powiedzieć?
Że nie o chorobach i starości.
Duchota w powietrzu też jest tematem już wyczerpanym.
A innych nie mamy.
Wyjedziesz stąd na zawsze?
Daj mi nowy telefon do ojca, zapomniałam go poprosić.
Nie mam, nie dzwonię do niego.
Dziwny jest ten twój pol.
Dlaczego dziwny?
Ja pamiętam, żeby babcia kiedykolwiek się tak zachowywała. Dzisiaj chyba w
ogóle nie usnęła. Do czwartej chodziła po pokoju.
Na korytarzu Zofia przysłuchuje się rozmowie. Gabinet.
Emocje nie są najlepszym doradcą.
Dobrze spojrzeć na nie.
Płodnym okiem.
Ty jesteś okulistką. Specjalistką odpłodnego oka.
Marianko.
Wróciłaś ze stypendium i w kółko tylko pol i pol.
A ty?
Twoja praca. Sama nie wystarczy. Ja mogę długo iść. Dużo ryzykować,
żeby... Może jednak wrócił, tak jak chciałaś.
Przykłada, że nie masz racji.
Idzie do drzwi.
Otwiera.
Dzień dobry.
Mówi pani po niemiecku?
Marianko, przyszedł jakiś Niemiec. Ja się z nim nie dogadam.
Gabinet jest już nieczynny.
Jeżeli coś pilnego, to niech jedzie na ostry dyżur. Zapiszę mu adres.
Co się stało?
Nadział się na pręd.
Weź go do gabinetu.
Zapraszam do gabinetu. Dziękuję.
W
następnym
odcinku... Uwe jedzie rowerem prosto pod koła ciężarówki.
Możesz tu rozmawiać?
Jestem u babci w szpitalu, a ty?
Jestem na Wołynku.
Co ty tam robisz?
Muszę kończyć.
Zabijałem ludzi.
Broniłeś naszych progów.
Czy skrzywdziłeś synu kiedykolwiek kogoś niewinnego?
Dwa tysiące?
Duża kwota.
Małe kwoty ja też trzymam w szufladzie.
Pozwoli ojciec, że ja zdobędę te dwa tysiące.
Nigdy nie widziałam tego zdjęcia. To jest tata?
Mhm. A ty spotkałaś się z babcią Paula?
Jak ona ma na imię?
Rysia.
Czytał Irena Uszmachnicki.
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.