Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Punjabi
Quechua
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Salle Pleyel! Szybko!
Chopin!
- Przyszedł pan Chopin. - Pan jest cudowny.
Dziękuję.
Idzie najzdolniejszy z moich przyjaciół.
Jesteś! Wszystko dobrze?
Tak.
- Fryc. - Dzień dobry.
- Myśleliście, że nie przyjdę? - Mówiłeś, że na wielkich koncertach
motłoch nie słucha. Przychodzi tylko się gapić.
I że to ostatni raz.
Ten będzie ostatni.
Uwaga!
Proszę się przygotować, zaczynamy.
Panie i panowie,
po raz pierwszy w dziejach najwybitniejsi pianiści na ziemi
zagrają wspólnie wariacje na temat marsza
z "Purytanów" Vincenza Belliniego. "Hexameron"!
- Chętnie byś wyszedł, co? - Nie. Dlaczego?
Za dużo ludzi. Za cicho gram.
Zamknij oczy i graj. 500 franków za kilka minut.
Nie musisz na nich patrzeć.
Franciszek Liszt!
Mogę zarabiać lekcjami.
I Fryderyk Chopin!
A teraz...
niech gra muzyka!
Markiz rwie włosy z głowy.
Podbiega do płotu, ma ochotę go rozerwać. Wrzeszczy:
"Wstrętny buldogu! Co się stało?"
A buldog na to...
"No właśnie nie wiem".
Hrabina Potocka! Niech żyje Polska.
Pani jest boska.
Pani głos brzmi lepiej niż wszystkie soprany tego świata.
Potrafi pani pobudzić wszystkie moje zmysły.
Czekajcie!
Płeć piękna ma wśród nas nie dość liczną reprezentację.
Nie podoba mi się to. Drogie panie...
Jakie ślicznotki!
Zapraszam na przyjęcie.
Obiecuję rozkoszną noc.
Zapraszam!
- Fryc, dobry wieczór! - Kompania, naprzód marsz!
To mucha.
Mucha!
Alarm! Barbarzyńca!
Diabelska bohema! Jak śmiesz mnie przeganiać...
prostaku!
Gdzie ona jest?
- Tam! - Nie, tam!
Fryc.
Zaraz...
Czy to jest...?
Czyżby to...?
Tak...
To Eden.
Boski ogród.
Boże, jak tu jest pięknie!
Powietrze takie słodkie...
Jeśli to niebo dla zbawionych, umrzeć mogę już dziś.
Jak dobrze...
Ciepło i szczęście...
Czuję je pod każdą z mych nóżek.
I choćbym...
szła ciemną doliną,
zła się nie ulęknę!
Tutaj złożę jaja.
Ugryzła mnie!
Dobry wieczór.
- Zostawię państwa. - Dziękuję.
Dziękuję.
Fryc, my już idziemy.
Do widzenia.
Niby świetny lekarz.
Skończyłem. Jest pan zadowolony?
Nigdy nie jestem.
Dziękuję.
Proszę pana!
Pierwszy głos wspaniale,
panno Rothschild. Zagrała panienka ładnym dźwiękiem.
Zawsze pan to mówi. To nic nie znaczy.
- Znaczy wszystko. - Mogę jeszcze coś zagrać?
Bardzo proszę.
Nie!
Uczyłam się tego dwa tygodnie.
Prosiłem, żeby nie grać moich utworów.
Nie jest pani gotowa.
Nie wystarczy odegrać melodii.
Droga Charlotte,
jest pani wspaniała i gra jak anioł.
Ale to dla mnie krępujące. Rozumie pani?
W domu proszę ćwiczyć w spokoju,
bez pośpiechu.
Do zobaczenia w sobotę.
Proszę pozdrowić rodziców.
Przerwijmy, panno Stirling.
Dobrze, tylko niepotrzebnie pani przyspiesza.
Za dużo zbędnych emocji.
Proszę nie zagryzać warg.
Zagramy teraz fantazję...
Hummla.
Proszę.
Przerwijmy.
Trzeba mocniej zaznaczyć różnice między tymi dwoma fragmentami.
Najpierw lekko i delikatnie,
potem w sposób bardziej łączony, ale z crescendo.
Proszę, od początku.
Znalazł pan coś ciekawego?
Proszę kaszlnąć i splunąć.
Mocniej.
Ma pan gruźlicę.
Ma pan gruźlicę.
Plucie krwią oznacza perforację opłucnej,
a to późny etap choroby.
Zostało panu kilka lat życia.
Ile dokładnie?
Bo kilka to i dwa, i dziewięć.
Nie wiem.
Proszę posłuchać. Nie mogę pana wyleczyć.
Dziś nikt na świecie pana nie wyleczy.
Możemy tylko łagodzić objawy.
Zapiszę lekarstwa, które pomogą znieść to, co będzie przychodzić.
Przychodzić?
Gruźlica rozwija się rzutami.
Najpierw będzie pan kasłał krwią.
Potem pojawią się coraz obfitsze krwotoki,
trwające nawet dwa tygodnie.
Między nimi będą chwile ulgi.
Ale to tylko złudzenie, że jest pan zdrowy.
Z czasem...
całe ciało będzie słabnąć, ale przede wszystkim nogi.
Będą puchnąć, zwłaszcza pod koniec.
Pod koniec...
Ma pan dzieci?
Żadnych, o których bym wiedział.
Jeśli czuje pan taką potrzebę, nie należy zwlekać.
Gruźlica osłabia męską sprawność.
Z czasem zapadnie pan na niemoc płciową.
Ostatecznie stanie się bezpłodny.
Trzeba się wysypiać i unikać tłumów.
Byle katar może pana zabić.
Najlepiej wyjechać z Paryża.
Świeże powietrze spowolni rozwój choroby.
I słońce.
Słońce i jeszcze raz słońce.
Dobrze.
Wyjadę na wieś
i będę brał wszystko, co pan zapisze.
Dziękuję.
Przyjaciel mówił, że pańska siostra miała gruźlicę.
Emilia. Miała 15 lat, kiedy zmarła.
Więc wie pan, jak to wygląda.
Jego Wysokość się niecierpliwi.
Wiem, wiem.
Dziękuję.
Nareszcie!
Wasza Wysokość wybaczy spóźnienie.
Straszny dziś tłok na ulicach.
Proszę grać. Wszyscy czekają.
Dziękuję.
Chopin!
Pańska muzyka to najmilszy prezent,
o jaki mogłem prosić na urodziny.
Wszystkiego najlepszego.
Skąd pan wiedział, że kocham tę etiudę?
Jestem królem, nie mogę płakać.
Jeśli moje wysiłki sprawiają królowi przyjemność,
nie pragnę więcej.
Nie trzeba tak górnolotnie.
Lubimy się przecież.
Pańska muzyka jest przepiękna.
Ja też mam dla pana prezent.
Paszport.
Wasza Wysokość.
Dobry wieczór.
Gratuluję.
Jest pan teraz prawdziwym Francuzem.
Francuskim geniuszem.
Moim poddanym.
Z Polski.
Z całym szacunkiem, Wasza Wysokość,
opuściłem Polskę, ale Polska mnie nigdy nie opuści.
Zaraza!
Nie wychodzić z domu!
Zaraza! Nie wychodzić z domu!
Dokąd miałabym uciec?
Pod most chyba. Zresztą za miesiąc biorę ślub.
Gratuluję. Kochacie się?
A jak pan to sobie wyobraża?
Tego nauczyłam się dla Vincenta.
- Nieźle, co? - Brawo, Louise!
Dziwne, że pan nie wyjechał.
Ponoć grabarze skaczą po trupach, żeby je zmieścić w dołach.
Lepiej zamknąć okno, bo wejdzie zaraza.
Podobno muzycy są odporni na cholerę.
Głuptas z pana.
Całkowicie się zgadzam.
Tak naprawdę to lubię być sam.
Ma pan więcej fraków, niż jest pościeli w dzielnicy.
Wszyscy pana kochają. A kobiety to już w ogóle.
Lubi pan swoją pracę. Ma pan piękne życie.
Może być szczęśliwy. Byłoby szkoda, gdyby pan umarł.
Komu?
Mnie.
Panu chyba też?
Przyniosę czyste pojutrze.
Proszę zostać. Zrobię herbatę.
Herbatę? Przecież pan nie umie.
I narzeczony na mnie czeka.
Do widzenia.
Przestań grać! Daj ludziom żyć!
Na pomoc.
Pomocy!
Ratunku! Na pomoc!
Lekarza!
Nie drzyj się pan, panie pianisto!
Ten człowiek żyje.
Już, zaraz.
Pomożemy panu.
Tu jest żywy człowiek!
On żyje! Przed chwilą widziałem!
Trzeba mu pomóc. Co pan robi?
- Ratuj go pan! - Sam go ratuj!
Do cmentarza godzina drogi. Zbieram trupy z dwóch dzielnic.
Nim dojadę, on umrze.
Chce pan żyć, to niech pan włoży maskę.
Mam do pana pewną sprawę.
Śniadanie!
Myśmy już jedli.
Dzień dobry, tato.
Dzień dobry, synu.
Odjazd do Paryża!
Narzeczona cudnie maluje.
Idealny pokój dla dzieci!
Tu jedno łóżeczko, tu drugie.
- Wspaniałe. Biorę je. - Gratuluję.
- Jaka cena? - Sześć tysięcy franków za rok.
Umowa stoi.
Nie, nie.
Przepraszam, Chopin już przyszedł?
Chopin?
- A który to? - Ten z dużym nosem.
Ten Polak?
Biedaczysko!
Bez ojczyzny, bez rodziny, bez pieniędzy,
pewnie chodzi głodny.
Widział ktoś głodnego w rękawiczkach za 30 franków?
Zresztą po cholerę obrażał cara?
Sam się prosił, żeby go wygnać z Polski!
Narcyz. Kocha tylko siebie.
Proszę o uwagę.
Panie i panowie,
baron James de Rothschild z małżonką
i córką, Charlotte.
Ostatnio po pańskim koncercie nie mogłam jeść ani spać
co najmniej przez tydzień.
Mogę zaprosić pana na herbatę?
Zrezygnował pan z fortepianów Erarda i zaraz staniały.
- Erard jest zrozpaczony. - Przepraszam.
Proszę pana?
Dobrze się pan czuje?
Fryc!
Jak się bawisz?
Idę grać.
Co ty wyprawiasz?
Mistrzu, nie teraz.
Proszę mi nie rozkazywać.
- Panie baronie. - Tak?
- Co panu zagrać? - Proszę zaimprowizować...
- Napoleona pod Waterloo. - Doskonale.
Przepraszam.
Ponoć Napoleon drzemał podczas ataku Wellingtona.
Odwrót!
Odwrót!
Niech pan zagra w końcu Chopina.
Monsieur Chopin.
W podziękowaniu od pana barona.
Dziękuję.
Dzień dobry.
Pierre!
Pan Chopin?
- Dzień dobry. - Błagam, powiedz,
że macie jeszcze sorbet.
Marzę o nim od wieków.
- Brzoskwinia i gruszka? - Nie.
Cytryna.
Oczywiście.
Sorbet cytrynowy.
Ja nie żyję.
Idiotyczna pomyłka.
Pan Chopin nie żyje.
On nie żyje.
Dotknij.
Śmiało!
Może jestem duchem?
Smacznego.
Oto zmartwychwstałem i będę jadł sorbet.
Gdy odbiorę je z dworca, będzie prywatna kolacja.
Ona, ja i jej matka.
Ale odwiedzimy cię, obiecuję. Marzą, żeby cię poznać.
Wszystko już gotowe.
Mama Wodzińska też taka fantastyczna?
Wiesz, jak jest po włosku "teściowa"?
Jak to jest z dziećmi?
Z dziećmi?
Jeśli wdadzą się w ciebie, będą okropnie smutne.
Chodź.
Zagram ci coś.
Mój ojciec hodował króliki.
Nie różnią się zbytnio od dzieci.
Jedzą, srają i śpią.
I można je przytulić.
A teraz słuchaj.
Chodzi mi po głowie coś takiego.
Co sądzisz?
Chcesz młotek?
Co do dzieci, skoro tylko one cię interesują:
to najłatwiejsza miłość na świecie.
Nigdy się nie kończy.
Ty kochasz dzieci,
one ciebie i wszyscy zadowoleni.
To nowe?
Tak.
Coś ty napisał?
Jesteś stuknięty.
- To jakiś żart? - Moje nowe scherzo.
Nie możesz napisać normalnego akompaniamentu?
Tylko rozrzucasz tak dźwięki,
że łamię sobie palce?
Nie rozrzucam, tylko układam.
Posłuchaj.
- To one. - Wyjdę przez kuchnię.
Nauczę się tego.
Nie jest skończone!
Nie bój się, oddam.
- Co on powiedział? - Znowu smęci o Polsce.
Tutaj!
Czekamy!
Jasiu, chodź!
Dzień dobry. Pozwoli pani porwać Jasia?
Piękne, prawda?
Biała ircha.
Szybko się brudzą.
I za drogie. Mam rodzinę na utrzymaniu.
Nie bądź taki praktyczny.
Poproszę 30 par.
I co myślicie?
Wezmę trzy flakony.
Cztery. Albo pięć.
- To też. - Pospiesz się, Fryc.
I to.
Nie, Fryc!
Wspaniałe, prawda?
Co to jest?
Nie wiesz?
Nie.
Ja też nie.
Ale muszę to mieć.
Rue Tronchet 5.
Są już fiołki!
Uwaga!
Rusz się, baranie! Życie ci niemiłe?
To lepszy Liszt niż ty.
- Wybacz. - Nie było najgorzej.
- Bardzo zabawne. - To było wspaniałe.
- Dlaczego pan taki smutny? - Ja?
Podziwiam pana.
To chyba strasznie męczące.
- Co? - To ciągłe udawanie.
Wolałby pan mieć spokój, prawda?
Pani wybaczy.
Cisza!
Państwo wybaczą, koniec zabawy.
Fryderyk poprosił, by państwa nie zatrzymywać.
Nie zatrzymuję więc.
Wreszcie możemy spokojnie porozmawiać.
Napije się pan?
Na Majorce cały rok świeci słońce.
Pomarańcze można zrywać z drzewa jak jabłka.
To będzie najpiękniejsza zima w twoim życiu.
Znów będę zdychał.
Nie.
Wyzdrowiejesz, zobaczysz.
Cała pachniesz fiołkami.
Miałaś rację.
Adam i Ewa dotarli do raju.
Poszukamy jabłoni i węża.
Możemy popłynąć do Afryki?
Możemy z niej nawet nie wracać.
- Brakuje ci czegoś? - Pieniędzy.
Możesz pisać wszędzie i wysyłać utwory wydawcom.
Muszę mieć instrument.
Będzie tu lada dzień.
Zarabiam głównie lekcjami
i na przyjęciach.
Rozumiem.
Co rozumiesz?
Nie możesz żyć bez Paryża.
Bez ukochanych koncertów, bez publiczności,
która nie umie się skupić na muzyce dłużej niż minutę...
ale klaszcze, póki prasa nazywa cię geniuszem.
Masz rację.
Żal byłoby to stracić.
Wracamy.
Dobrze.
Do diabła z Paryżem.
- Do diabła z Paryżem? - Pieprzyć Paryż.
- Pieprzyć Paryż? - Pieprzyć Paryż!
Pan Chopin?
Tak?
W imieniu Jej Wysokości Królowej Hiszpanii
i Rady Miejskiej proszę o opuszczenie naszego miasta.
To przedstawienie?
Takie mamy przepisy.
Poinformowano mnie, że pan Chopin ma gruźlicę.
W Hiszpanii gruźlicę traktuje się jak zarazę.
To zagrożenie dla społeczności. Proszę opuścić miasto.
Rozumieją państwo?
- Co on mówi? - Chcą nas stąd wyrzucić.
Możecie mieszkać pięć mil od skupisk ludzkich, nie bliżej.
Miłego dnia.
To jakaś bzdura.
Gruźlica to choroba dziedziczna!
Kretyni!
Wiecie, co to oznacza?
Nie da się tym zarazić!
Przestańcie!
Przestańcie!
Dziękuję.
Mamy klucz! To opuszczony klasztor,
ale mamy się gdzie zatrzymać.
Będziemy sami, ty i ja.
I pewnie parę konfesjonałów.
Jestem cała mokra.
Jak cicho.
Jak cicho!
Co za historia.
Chciałbym umrzeć w twoich ramionach.
Obiecuję.
Kocham cię.
W końcu przestanie padać i będziesz zdrów.
Lubię, kiedy pada i jest zimno.
Jesteś gdzieś indziej. O co chodzi?
Wszystko jest dobrze.
Fryderyku...
Nie mogę żyć bez grania.
Rozczulasz się nad sobą.
Tędy proszę.
Tędy.
Na miłość boską, uważajcie.
Ostrożnie!
Powoli.
Ostrożnie.
Nie da rady.
- Odmówili. - Zapłacimy, ile chcą.
Mówiłem im.
On musi stąd wyjechać.
Wymyśl coś.
Proszę.
Przypłynęli.
Kochany, to się zaraz skończy.
Panie kapitanie...
- To ten zarażony? - Ma zapalenie oskrzeli.
To Fryderyk Chopin.
Co z tego?
Zapłacę 500 franków.
Za osobę.
Nie! Usiądź!
Duszę się.
Nie powinno mnie być.
Nigdy nie powinno mnie być.
Powinnaś mnie zostawić i żyć.
Przegrywam.
Zostawiłeś klucze!
Przepraszam,
chyba zostawiłem u pani serce.
Wybacz, usmażyłam je z jajkami.
Weź lekarstwa i dobrze popij.
Oczywiście.
Pan Chopin?
Proszę pana! Pan Matuszyński pana prosi.
Trzeba się spieszyć.
To twoja wina. Zaraziłeś go.
I moja, że pozwoliłam mu u ciebie mieszkać.
Wiecznie byłam tu sama.
Był na każde skinienie, gdy tylko miałeś problem.
Kaszel, sraczkę
albo kiedy nie umiałeś uprasować koszuli.
Nie mogliśmy wyjechać na wakacje.
Ukradłeś mi rodzinę. Dzieci, których nie będę miała.
Bo Fryderyk wymagał opieki.
Bo kto by go wniósł po schodach?
Nic od ciebie nie dostał, tylko gruźlicę.
Nikt od ciebie nic nie dostaje.
Tylko śmierć.
Dzień dobry. Jestem Carl Filtsch.
Chcę zostać pana uczniem.
Świetnie,
ale nie uczę dzieci.
Od pana Liszta.
"Lepiej zabij go na miejscu.
Gra tak, że za 10 lat
obaj będziemy bez pracy".
Nie mam wolnych terminów.
A pan co, chce śpiewać?
To mój brat, Joseph. Nie mówi, ale słyszy.
Przepraszam.
Nie!
Nie popisuj się.
Chcesz zaczynać naukę od moich kompozycji?
Zagraj coś innego.
Nie mam nut.
Nie umiesz nic zagrać?
Nie tak dobrze.
Nie tak dobrze...
Szkoda.
Trudno.
To wszystko.
Mogę zagrać swój utwór?
Proszę.
Wystarczy.
Od dawna grasz?
Dobrze.
Spróbujmy...
to.
Lewa dobrze. Ale prawą grasz mechanicznie zamiast śpiewać.
Metronom jest dla lewej ręki. Ona buduje fundament.
Prawa porusza się swobodnie.
Jeszcze raz.
To nie to.
Albo grasz jak automat, albo tracisz kontrolę.
Staraj się dzielić uwagę.
Lewa constans, prawa opowiada.
Przepraszam, będę więcej ćwiczył.
Nie graj na klawiaturze.
Graj w głowie.
Spróbuj nie słyszeć. Jak Beethoven.
Wyobraźnia jest lepsza niż wykonanie.
Spokój ducha.
Działa tylko głowa.
Zamknij oczy.
Właśnie tak, Carl!
Dziękuję.
Musisz więcej jeść.
Tak.
Przeszkadza ci, że z nami jedzą?
Dlaczego? I tak marnujemy dużo jedzenia.
Możesz ciszej?
Jest tu, bo mamy dziś lekcję.
Jak co dzień.
- To problem? - Nie.
Dlaczego?
Prosiłem: nie pal przy stole.
Wybacz.
Brawo. Wspaniale jak zawsze.
Chciałbym przedstawić Waszej Wysokości
niezwykłego pianistę i kompozytora.
Tak nie gra nikt na świecie.
Z wyjątkiem mnie.
- Dlaczego nie? - Dziękuję.
Śmiało.
Nie wiedziałem, że ma pan syna.
To nie syn, to mój uczeń.
Carl Filtsch z Transylwanii.
A mógłby być synem. Ma talent.
Jest lepszy niż ja.
Nie sądziłem, że to o kimś powiem.
Wasza Wysokość,
proszę o nim pamiętać.
Nawet kiedy mnie nie będzie.
Nie będzie?
Dokądś się pan wybiera?
Ponoć lud chce mnie obalić,
choć bezwstydnie mu się podlizuję.
Słyszy pan tę okropną Marsyliankę.
Pozwoliłem ją śpiewać w moim pałacu!
Ja też pewnie będę musiał uciekać.
Wyjadę, jak twój mistrz.
Albo mnie zabiją.
Wtedy cały Paryż będzie dla ciebie, chłopcze.
- Przyjechał książę de la Baume. - Chodźmy, moja droga.
Dokąd pan wyjeżdża?
Pachnę dziś fiołkami.
Pamiętasz?
George...
Wiesz, że będzie rewolucja.
Zmiotą nas. Rozumiesz.
Rewolucja mnie nie obchodzi.
Jestem zmęczony.
Odpocznij. Mam dużo czasu.
Dla mnie jednej nie masz siły.
Brzydzę się sobą, że to mówię.
Jestem żałosna.
Potrzebuję tylko bliskości.
Od dawna nie jestem mężczyzną.
- Wiedziałaś, że tak będzie. - Bez penetracji też można kochać.
Nie chodzi o ciało.
Ty mnie nie chcesz.
Mam być tylko matką dla Carla.
Przestań!
Przez lata pogodziłam się z tym,
że dla ciebie najważniejsza jest...
twoja choroba i muzyka.
Nauczyłam się przegrywać z jedną i drugą.
Mam też przegrywać z chłopcem?
Przegrywać?
- To nie konkurs. - Ciągle wszystko udajesz.
Nie ma w tobie nic prawdziwego.
Udajesz, że nie boisz się śmierci.
Ale sam zobacz, już jesteś trupem.
Tylko udajesz, że żyjesz.
Masz rację.
Krzywdzę cię.
Nie kocham cię.
Nigdy nie kochałem.
Wydawało mi się.
To była iluzja.
To moje przekleństwo.
Wybacz mi.
Wybaczam.
I dziękuję ci.
Zostanie mi piękne wspomnienie...
mojej miłości do ciebie.
Żal mi ciebie.
Uwielbiam ten utwór.
- Co się dzieje? - Wyszedłem z mokrą głową.
Teraz zagraj to, mądralo.
Mówią, że pan niedługo umrze.
I że Liszt jest ode mnie zdolniejszy.
Nie wierz we wszystko, co mówią ludzie.
Nie chcę, żeby pan umarł.
Potrzebuje pan słońca i więcej snu.
I proszę brać leki.
To wszystko.
Parę lat temu mówił pan to samo.
Z całym szacunkiem, panie profesorze,
są może nowe metody?
Z całym szacunkiem, mistrzu, będę w Paryżu za siedem miesięcy.
Jeśli nie zmieni pan trybu życia, odwiedzę pana na cmentarzu.
Słyszał pan o terapii cieplnej?
Chryste.
Pan...
taki kulturalny człowiek, wierzy w takie zabobony?
Wie pan, że od tego można umrzeć?
Słyszałem, że to pomaga.
Wypaca się chorobę. To oczyszcza organizm.
Pan przepisuje mi słońce.
Nie wiem, czy to duża różnica.
Wiem, że pan się boi.
Przepraszam.
Proszę pana! Tu jest kolejka!
Boli, bo pan w to nie wierzy.
Wierzę.
Wy, chorzy, nigdy nie wierzycie,
ale przychodzicie.
Rozumiem to. Doktorzy ciągle was oszukują.
A tu nie ma magii ani oszustwa.
Miazmaty chorobowe, tworzące ropę w ciele,
pognają do tego miejsca jak do żywiciela.
Z pańskich płuc przebiegną do tej rany.
Potem...
Przepraszam.
...wyjmiemy sznurek,
odkazimy ranę
i będzie pan znowu młody, piękny i zdrowy.
Ludzkie ciało to bardzo prosty mechanizm.
Dziękuję.
Tam będą setki osób, którymi gardzisz.
Płacą po 50 franków za bilet.
Muszę mieć na Amerykę.
Kupimy tam drewniany dom.
Duży, z wielkim ogrodem.
Carl i Joseph zajmą górę, a ja dół.
Z ogrodem?
Ameryka to przyszłość.
Jeszcze dwa koncerty i więcej mnie tu nie zobaczą.
Wyjeżdżamy po powrocie Carla z Wenecji.
- Jesteś pewny? - Tak.
Jestem.
Gruźlica nie jest zaraźliwa, przecież wiesz.
Nie obwiniaj się.
Chodź.
Fryderyku!
Mógłbyś otworzyć, kiedy się puka!
Wiem, że nie mogę ci pomóc.
Ale nie musisz dziś grać.
Dużo ludzi?
Tak. Nadkomplet.
Zagram za ciebie, żeby się nie wściekali.
Kiedyś mi się odwdzięczysz.
Zrozumieją.
Chcę zagrać.
Nie rozczulaj się nade mną.
Niepotrzebne mi to.
To tylko granie.
Tylko granie.
Jesteśmy na miejscu.
Dziękuję.
Miłego dnia.
Mistrzu...
Dzień dobry.
To ja, Jane Stirling. Pańska uczennica.
Chciałabym wziąć kilka lekcji. Wszystko zapomniałam.
Muszę odmówić.
Już nie uczę.
Przestał pan bywać na przyjęciach.
Jestem bardzo zajęty.
Nie koncertuje pan, nie uczy...
Mam pieniądze. Zaopiekuję się panem.
Wielbi pana cały świat. Nic niezwykłego, że ja też.
Ale kocham pana bardziej niż inni.
Od lat.
Bardziej niż ktokolwiek.
Dlatego proszę, by został pan moim mężem.
- Proszę nie mówić głupstw. - Kocham cię.
Zajmę się tobą.
Litość...
to najokrutniejsze, co można dać człowiekowi.
To nie litość, to miłość.
- Jesteś wszystkim, o czym marzę... - Nie mówię o pani.
Mówię o sobie.
Żegnam.
I co?
Piszę to od dwóch miesięcy. Co myślisz?
Niedobre?
Fryc,
znakomite.
Jaka to forma?
Żadna i kilka naraz. Sonata, polonez...
Polonez?
To jest bardziej fantazja.
No tak.
Może kiedyś, za sto lat...
ludzie zrozumieją tę muzykę.
Ale dziś powiedzą, że to nie jest muzyka.
Że nie ma tematów, nie ma formy.
Polonez, mówisz. Nikt go w tym nie dostrzeże.
Przyjacielu, skoro piszesz takie rzeczy,
nie możesz skomponować kilku prostych walców?
Grałbyś je w małych salonach i na tym zarabiał.
Już nie chcę tak.
To z czego będziesz żył?
Nie chcę tracić czasu.
W końcu zrozumiałem.
Nie czytam książek, nie kupuję gazet,
nie chce mi się wychodzić.
Nie muszę się już mizdrzyć, nieszczerze uśmiechać, podlizywać,
pleść bzdur,
udawać, że mnie obchodzi, co mówią do mnie i o mnie.
Niedługo umrę.
I wreszcie czuję się wolny.
Jest mi dobrze.
Komponuję jak chcę i podoba mi się to, co tworzę.
Pierwszy raz.
Pragnę skończyć ten utwór i jeszcze jeden lub dwa.
Ile zdążę.
Nic więcej.
Rozumiem.
Spotkamy się na twoim pogrzebie.
Pamiętam...
kiedy byłem mały,
biegałem w ogrodzie z siostrą.
Jak zwykle zacząłem kasłać.
Stanąłem na chwilę.
Mama wychodzi na werandę
i niesie ziółka. Nie lubię ich, ale...
Nie lubię ich, ale piję.
I widzę w jej oczach smutek.
Nie rozumiem go. Po prostu nie mam siły biegać.
Wchodzę do domu,
siadam przy fortepianie i zaczynam grać.
I grając, znowu biegam.
Skaczę, śmieję się.
Bawię się...
i nie kaszlę.
Wiesz, że nikt nigdy nie zagra twojej muzyki tak, jak byś chciał.
Idź już.
Raduj się, przyjacielu!
To nowy świat. Bez króla,
burżujów, arystokracji. Koniec z biedą. Niech żyje wolność!
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.