Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Mamy wtedy rok 1879.
Gdybym był zawobonny, przelogłbym się tego roku, bo jeżeli jego pokrętnik
zakończył się źle, to już ten zaczął się jeszcze gorzej.
Anglicy, jeszcze nie wygrzebawszy się z Afganistanu, już mają wojnę w Afryce z
jakimiś bizulusami.
Tu zaś w Europie ani mniej, ani więcej, tylko wybuchła dżuma w okolicach
Astrachania i lada dzień może do nas zajrzeć.
A i z moim stachem dzieją się dziwne rzeczy.
przez wrzesień był na wsi u prezesowej Zasławskiej. Wrócił jakoś dziwnie
zamyślony i przez długi czas wcale ze mną nie rozmawiał, chyba że o
A tymczasem w październiku, jakoś w tym czasie, kiedy Matejko skończył malować
bitwę grunwaldzką, duży to obraz okazały.
Tylko nie należy go pokazywać żołnierzom, którzy brali udział w
Jakoś w tym czasie wpadłem do sklepu Marusza i ten przyjaciel pani baronowej
Krzeszowskiej widzę magnat z całą gębą.
A, pan Rzecki.
Pan Wokulski jest?
Ja go zastępuję.
Mam dla pana ważną nowinę. Możecie panowie sprzedać tą kamienicę. Te
Baronowa Krzeszowska ją kupił.
Wyprocesowała od nerza swoje kapitały.
I da?
Dziewięćdziesiąt tysięcy rubli.
Może nawet da jeszcze coś objętnego.
Mogę panom oddać usługę.
Ważną usługę pani baronowa bardzo polega na moim zdaniu.
Rozumiem. Pan Wogulski zapewne nie będzie robił trudności co do
Proszę pana, co pan mówi? Tym bardziej, że ze stanowczą propozycją przyjdzie do
panu adwokat baronowy.
Nie ogólnie. To, co mam, to zupełnie mu wystarczy. Znam pewną, pewną
biedną, ubogą rodzinę, której gdyby panowie... Proszę pana radny. Woli mi
sumę złożyć wprost na pańskie ręce, o ile naturalnie interes dojdzie do
Nie, że dojdzie, to ja mogę ręczyć panowie.
Witaj, Ignasz.
Podobno bywasz u tej Stawskiej.
Przepraszam cię, jak mam to rozumieć?
W najzwyklejszy sposób.
Przecież chyba nie składasz jej wizyt oknem, tylko drzwiami.
A zresztą składaj sobie jak chcesz arcyposobności, oświadcz tym panią, że
list z Paryża. O Ludwiku Stawskim? Tak.
Znaleźli go na reszcie?
No jeszcze nie, ale są już na tropie.
Spodziewają się niedługo rozstrzygnąć kwiety jego pobytu. Może biedak umarł.
Proszę cię, sęchu.
Zróbże mi łaskę.
Odwiedź tę panie i sam zakomunikuj wiadomość.
A cóż to, ja jestem grabacza, żeby robić ludziom tego rodzaju przyjemności? Ale
ty nie wiesz, jakie to znaczne kobiety, jak dopytywały się, czy ich kiedyś nie
odwiedzisz, a i na kamienicę warto był okiem rzucić.
Mało mnie ta kamienica obchodzi.
Sprzedam ją lada dzień.
Więc zrób to dla mnie.
Jak widzisz, daliśmy nową podłogę w bramie, poza tym odremontowaliśmy dachy,
odmalowaliśmy ściany, schody myjemy co tydzień.
Słowem, wszystko jest w porządku.
Opór komornego. Zresztą na ten temat bliższej informacji ujdzie liczbą i
pan Wilski, po którego zaraz pośle. A dajże mi spokój z tym komornym i rządką.
Idźmy do tej pani Stawskiej, a potem wracajmy do sklepu.
A to na tej klatce.
Cześć, Piotrki.
Panie, co?
Jeszcze by też nie był, jak Pan przychodził.
Widzisz, jak nas przyjmują?
Jeszcze jakiś pan.
Nasz gospodarz, pan Wokulski, przychodzi złożyć panom uszanowanie.
Proszę, pan.
I zakomunikować wiadomość.
O Ludwiczku.
Czy żyje?
Wiadomości są niestety dosyć skąpe. Pan z tatki przed dwoma laty był w Nowym
Jorku, a następnie przeniósł się do Londynu pod przybranym nazwiskiem.
Nie był całkiem zdrow, a prawdę mówiąc był poważnie chory.
Co do dalszych szczegółów, to spodziewam się, że w ciągu kilku tygodni będę coś
wiedział.
Heluniu, podziękuj panu za wiadomości o tatce.
No, kochane dziecko.
A zadowolona Pani jest z sąsiadów?
Jak z których?
Owszem, bardzo.
A czyli Pani Krzeszowska jest równie miłą sąsiadką?
O, Panie.
To nieszczęśliwa kobieta. Straciła córkę.
A ten jej powiernik, Pan Maruszewicz?
Letkiewicz.
Ależ mateczko, to tylko orygina.
Bo ci studenci to podobno bardzo niesporni. Zwyczajnie młodzi.
Prędko panowie odchodzą. Może panowie będą łatkawiczeni.
Nie potrzebują panie jakichś reparacji w mieszkaniu?
O, już wszystko, co było potrzebne, zrobił poczciwy pan Rzeczki.
W takim razie mam zaszczyt pożegnać panie.
Trzeba by tu urządzić jakiś wentylator, albo co?
Gdybyś tu bywał częściej, sam byś wiedział, jakie meliorakie trzeba w tym
zaprowadzić. Ale co ciebie obchodzi dom?
Albo nawet tak piękna kobieta.
Gdybym ją poznał wcześniej, może bym się z nią ożenił.
A tak to już się nawet nie ożenisz.
Kto wie, może się jej ożenię.
Krzeszowska. Proszę na chwileczkę do mnie.
Nie zajdziesz do pani baronowej. Ona zdaje się ma do ciebie interes.
Niech mi da święty spokój.
Czytaj, no.
Panie Bokulski, nieszczęsny człowieku.
Jeszcze nie zrehabilitowałeś się ze swych dawniejszych występków, a już
się nowymi. Dziś całe miasto mówi tylko o twoich schadzkach z kobietą tak źle
prowadzącą się jak w Sarsku.
Nie uczcie jednak, że sam tylko romans z nią prowadzisz. Pomaga ci jeszcze twój
rządca, ten nędzni, wirski i ten osiwiały. Rozpuśćcie twój plenipotent
Muszę dodać, że Rzeczki nie tylko wchodzi w twoją kochanicę, ale jeszcze
cię w dochodach z domu.
Skutkiem tego dom twój już nic nie wart. Ty sam stajesz na progu przepaści i za
prawdę wielką by ci wyrządził łaskę szlachetny Dobroślicy, który by zechciał
kupić tę ruderę po Łęckich z małą dla ciebie stratą.
Czuwaj nad sobą, strzeż się i posłuchaj rady życzliwego przyjaciela.
No to chyba bardzo.
Czy diaby to według niej? Ja oświełem rozpuście. Ja w szale, ja romansuję się.
Zepręta jedza. No, no, no, uspokój się, bo już widzę jej adwokata.
Szanowny pan, czy mogę mieć z panem króciutką rozmowę na osobności?
Prezentuję się panom. Jestem adwokat Tylecki.
Panowie nie pytają nawet, jaki mnie tu interes sprowadza.
Domyślam się, że pan tam powie. Racja. Otóż mówię krótko.
Jest tu pewien bogaty, ale bardzo skąpy Litwin. Litwini są bardzo skąpi. Który
prosił mnie, abym mu nastręczył do nabycia jaką kamienicę. Mam ich
ale przed...
Szacunek dla pana, panie Bokulski. Bo wiem, co robisz dla kraju.
Nastręczyłem mu pańką. Tę Połęckim.
Pracowałem nad nim dwa tygodnie.
I dziś gotów dać... Zgadnijcie panowie, ile?
Osiemdziesiąt tysięcy rubli. To kokosowe interesy, prawda?
Znam tego Litwina. Nazywa się Baronowa Krzeszowska.
Co? Ten skąpy Litwin daje nie osiemdziesiąt, ale dziewięćdziesiąt
dom. Pan też proponujesz mi cenę niższą, aby więcej zarobić.
Ktoż by inaczej robił, szanowny panie wokół mnie?
Powiedz pan zatem swojemu Litwinowi, że kamienicę sprzedam za sto tysięcy.
Ale przed Nowym Rokiem, po Nowym Roku cenę podniosę.
Ale to jest nieludzkie, co pan mówi. Pan chce tej nieszczęśliwej kobiecie
wydrzeć ostatni grosz. Co świat na to powie?
Zastanów się pan.
Co świat powie, o co nie dbam. A jeżeli zechce mnie moralizować, tak jak pan,
pokażę mu drzwi.
Tam są drzwi.
No widzisz pan, panie adwokacie.
Daję panu 92 tysiące i ani grosza więcej.
Niech pan włoży futro, bo się pan zaziębi na ulicy.
Dziewięćdziesiąt pięć.
No, żegnam pana.
To ja tu przyjdę za parę dni.
Po widzie obrzydliwego adwokata tknęło mnie złe przeczucie.
Postanowiłem jeszcze odwiedzić panią Stawską i oszedł ją, ażeby się miała na
baczni przed baronową.
Tymczasem... O wpół do dziewiątej zachciało mi się pić.
I zamiast do pań poszedłem na kufelek.
Byli tam już Radka Węgrowicz i Sprot. Obaj bardzo poruszeni zawaleniem się
przy ulicy Wspólnej.
I to tak.
Nie jeden jeszcze.
Dom zawali się w Warszawie przed Nowym Rokiem, panie Rzeczku.
Oj, niejeden.
Cóż to, panie znaczący, pańskie pantomimy?
Przecież pan wie lepiej, aniżeli ja, co to znaczy.
Wokulski sprzedaje sklep.
Chociażby Wokulski miał sklep sprzedawać komu?
Komu? Alboż to mało Żydów w Warszawie?
Ale po co by sprzedawał sklep?
Dobrze robi, że sprzedaje.
Co ma robić między kupcami? Taki pan, taki dyplomata, taki nowator, który nam
nowe towary sprowadza.
Mnie się zdaje, że jest inny powód.
Bukulski stara się o pannę Łęcką. A choć zrazu dostał od kosza, jednak dziś
znowu tam bywa, więc musi mieć widoki.
A że Panna Lenczka nie wyszłaby do galantryjnego kupca?
Wiem.
Kłamiesz Pan.
Wszystko Pan kłamiesz.
Panie Sprot.
Oto mój adres.
Co mi Pan tu daje swoje adresy?
Tu mam Panu wysłać partię kortu, czy to?
Jakiej partii?
Żądam od pana!
Łatwo panu żądać satysfakcji, włoś pan oficer węgierski.
Zamordować człowieka, albo nawet dwu, czy nawet samemu dać się porąbać, to dla
pana chleb z matłem.
Ale ja jestem ajent handlowy.
Mam żonę, dzieci i terminowe interesa. Zmuszę pana do pojedynku!
Zmuszę? Co to znaczy, panie, co?
Ciopatem pan mnie wprowadzi, czy co?
Gdybyś pani coś podobnego powiedział po trzeźwemu, to bym poszedł do cyrkułu i
daliby panu pojedynek.
Jesteś pan bez honoru. Co?
Co bez honoru?
Do kogo bardzo mówisz?
Co? Nie płacę wejście? Czy daję zły towar?
Zobaczymy w sądzie, kto ma honor.
Uspokójcie się, panowie.
Pojedynki to były w modzie dawniej, nie teraz.
Podajcie sobie ręce.
No?
Wiesz co mówią, że chleb sprzedajesz.
No a choćbym sprzedał, cóż by w tym było długo. Ale bo widzisz, mówią jeszcze,
że żenisz się z panną Łęcką.
A gdyby tak.
No więc cóż.
I wieczorem znowu musiałem pójść nie tyle na piwo, ile żeby pogodzić
się z niesłusznie obrażonym szprocem.
Panie Rastu, muszę wyznać, że nie miałem racji. Gorącość niepotrzebnie mnie
poniosła. Proszę wybacz, incydent zbyteczny. Panie Rastu.
A, szprot!
Powiedzieli więcej.
Więc znów nie byłem u pani Strawskiej i
nie ostrzegłem jej przed knowaniami Krzeszowskiej.
Dopiero czas miał pokazać, jak brzemienne skutki było to moje
Bez obrazy, pani dobrodziejkę.
Dlaczego panie tak ciągle siedzą w oknach?
To niedobrze. Ja się cuków nie boję.
A imaginuj sobie pan, że mam w tym wielką przyjemność.
A zresztą jak tu nie wyglądać oknem? Czy my gdzie bywamy? Czy kogo widujemy?
To nasza jedyna przyjemność.
Do widzenia. Do widzenia.
Czy mówiła panu mama, jaki honor nas dziś spotkał?
Honor?
Niech pan sobie wyobrazi, że miałyśmy dziś wizytę pani baronowej.
A czego ona od pani chce?
Przyszła mnie prosić o pomoc w uporządkowaniu całego gospodarstwa.
Spodziewa się, że wkrótce mąż do niej wróci.
A baronowa obiecuje mi płacić po dwa ruble za trzy godziny co dzień.
A co pani na to?
Mój Boże...
Cóż miałam robić?
Naturalnie, że przyjęłam z podziękowaniem.
Jest to wprawdzie chwilowe zajęcie, ale bardzo spore, bo właśnie nie wiem z
jakiego powodu straciłam jedną lekcję muzyki.
Zimno mi się zrobiło, kiedym tego słuchał.
Nie chcę jednak przerażać pani Starskiej, nie śmiałem jej zakomunikować
przeczuć.
Od tej pory, ile razy przyszedłem do moich zacnych przyjaciółek... Pani
opowiadała mi jak najszczegółowiej historię swoich stosunków z Baronową, u
której bywała co dzień i, rozumie się, zamiast trzech pracowała pięć i sześć
godzin, wciąż za owe dwa ruble.
Najbardziej dziwiło ją, że Baronowa cały dzień spędza w pokoiku swojej zmarłej
córeczki.
Jest to bardzo smutny i dziwaczny zakątek.
Wszystko w nim bowiem zostało jak za życia nieboszczki.
Pani Heleną.
Pani dobrze zna pana Wokulskiego, prawda?
Mam go bardzo mało, proszę pani.
Wyrządzi mi pani wielką łaskę.
Prawdziwe dobrodziejstwo.
Jeżeli pani wstawi się za mną do tego pana.
Ja chcę kupić tę kamienicę. Daję mu 95 tysięcy rubli, a on przez upór, przez
innego, żąda 100 tysięcy.
Przecież on chce zrujnować ten człowiek.
Niechże mu pani powie, że on mnie zabije, że ściągnie na siebie karę boską
taką chciwość.
Pan Wokulski zaledwie raz był u nas.
Zresztą, czy wypada mi się wtrącać do takich rzeczy?
Pani by wszystko mogła z nim zrobić.
Jeżeli pani nie chce uratować mnie od śmierci, to wola boska.
Służąca mówiła, że masła ci dostać nie można.
Więc pan Bokulski nie chce sprzedać tej kamienicy?
Dobrze, no.
Sprzeda kamienicę, chleb sprzeda.
Wszystko sprzeda.
Dlaczego? Bo ja wiem.
Bo ja wiem.
Mówią, że chce się żenić.
Aha.
Słyszałam coś o panie Łęckiej.
To prawda?
Tak.
Ładna historia.
Nie wiem, po co by się żenił.
On chyba nawet nie może mieć szczęścia do kobiet.
O co też pan mówi, panie Rzecki?
On nie może mieć szczęścia do kobiet. Przecież piękny nie jest.
On? Ależ on kompletnie piękny człowiek. Cóż to za budowa, jaka
szlachetna fizjonomia, a co za oczy.
Tam się chyba nie znasz, panie Rzecki. A ja wyznam, bo mi to wolno w moim wieku,
że takiego jak Wokulski, gdy pierwszy raz, on między tysiącem zwróciłby uwagę.
Zawsze myślałem, że strach jest bardzo przystojny, ale żeby aż piękny... Nie
jestem kobietą.
Taka kobieta szaleje za nim od jednego spojrzenia, a on, wariat, ugania się za
łęzką.
I czy jest jakiś porządek na tym świecie?
Żebym to ja był panem Bogiem.
Kiedy znowu zaszedłem do moich pani... Niech pan sobie wyobrazi,
jaka ta pani Krzeszowska, mimo swoich dziwactw, jest zacna kobieta.
Wspostrzegła, że mi smutno bez Helunii i prosiła raz na zapce, ażbym brała ją ze
sobą do niej na te parę godzin.
Na te sześć godzin za dwa ruble.
No przeciwnie, sześć. Najwyżej cztery.
Helunia bawi się tam doskonale, choć jej niczego dotykać nie wolno.
Ale za to, jak ona przypatruje się zabawkom po nieboszczyczce.
To takie piękne zabawki?
O, prześliczne.
Szczególnie jedna lalka, która ma ciemne włosy. Kiedy ją nacisnąć o tu pod
gorsem, A czy nie w brzuszek? Za pozwoleniem pani?
Tak. Ale jaka ona zabawna.
Sama bym ją chciała mieć.
Popatrz.
To Mimi.
Ładna?
Oczki zamyka. A teraz...
Jaka ona piękna. Czy ja mogę ją podtrzymać?
Proszę, proszę.
Uważaj.
Od tej pory przez sen mówi o tej lalce, a ledwie się obudzi, chce iść do pani
baronowej, żeby móc popatrzeć na ukochaną minę.
Naprawdę byłabym bardzo szczęśliwa, gdybym mogła kupić jej taką lalkę.
Z pewnością musi to być bardzo droga zabawka. Co tam droga, moja mamo?
Wątpię.
Czy kiedykolwiek będę mogła jej sprawić tyle radości, ile dziś jedną lalku.
Zdaje się, że u nas znajdzie się taka właśnie lalka, gdyby pani raczyła
do sklepu.
Heluniu!
I cóż, podoba ci się pani baronowa?
Tak sobie.
A rozmawia z tobą?
Niewiele. Rok tylko pytała się, czy nie bardzo piści pan w okulki.
Cóż ty na to?
Że nie wiem, który to pan Wokulski. A wtedy pani baronowa. Jak pana zegarek
kłośno puka. Niech pan pokaże.
Cóż, wtedy pani baronowa?
Pani baronowa mówi.
Jak to nie wiesz? Przecież to ten, co u was bywa z tym, tym rozsadnikiem
rzeckim. Pan wsadnik.
Niech pan pokaże zegarek w środku.
Chciałem też panu zakomunikować, ale...
To całkiem poufnie.
A ja już wiem.
Co pan wiesz?
A że Wokulski kocha się w pani Stawskiej.
Rany boskie.
A panu kto to powiedział?
No przede wszystkim nie bój się pan zdradzenia sekretu.
W naszym domu sekret to jak w studni. Ale kto panu powiedział?
Cała kamienica o tym mówi.
Cała? Mówisz pan?
Bagatela. A ja myślałem, że... No nic.
W każdym razie, pojmujesz pan, panie Wielski, ja udaję, że niczego nie
dostrzegam i panu radę to samo.
Młoda z młodym prędzej porozumie się niż z nami, starymi.
Za pozwoleniem. Mężczyzna pięćdziesięcioletni nie jest stary.
Jest dopiero dojrzały.
Jak jabłko, które już spada.
Masz pan rację, panie Wielski.
Mężczyzna pięćdziesięcioletni jest bardzo skłonny do upadku.
I gdyby nie żona i dzieci...
Ech, panie Ignacy.
Panie Rzecki.
Niech mnie diabli, jeżeli nie ścigałbym się z młodymi.
Ale mężczyzna żonaty to kaleka.
Kobiety na niego nie patrzą.
Chociaż... Ech, panie Ignacy.
Wszystko to dobrze, panie Wielski, ale co słychać na mieście?
Awantury. Awantury z Baronową.
Przecież jak kupi kamienicę, to mnie powiedziała, że wymówi mi żonce. Już tam
Wokulskiego panu pomyślał. Zostaje z pasmów, z urządzą bije. Wyklina
Wokulskiego, że chce ją ograbić.
Gdybym był na miejscu Wokulskiego, nie odstąpiłbym baronowej kamienicy ponad
tysięcy rubli.
No i wreszcie ta Jędza zdecydowała się kupić
naszą kamienicę za...
Sto tysięcy.
Przez kilka pierwszych dni było cicho.
To znaczy o tyle cicho, że nic nie słyszeliśmy o Baronowej.
Tylko jej lokatorowie wpadali do nas z pretensjami.
Najpierw zjawił się szef, potem właścicielka pralni paryskiej, a
student, brodacz.
Co to z zasady nie płaci komornego.
To prawda, że Krzeszowska kupiła od was dom?
Prawda. Do licha.
Taki był dobry gospodarz tego Wokulskiego.
Dobry, bo nie widział z panów ani grosza. I sprzedał dom.
Więc Krzeszowska może nas wylać w hołdę.
I wyleje.
Ale zjedzą diabła, jeśli nas ruszą bez procesu.
A jeżeli ruszą, to zrobimy taką uciechę całemu domowi.
Przeżegnam panu.
Witam, witam.
Czy zechce mi pan pokazać tę lankę? Oczywiście, prosimy, prosimy uprzejmie.
Mamy blondynki, muretki, szatynki, a każda mówi mama.
Mama? Ja wyraźnie słyszę, że mówi tata. Pan jesteś głuchy, panie Klejnik.
Mama, nie słyszysz pan?
Przecież nie ma wątpliwości.
Mama, nie, nie, Ata.
Ale muszą z pewnością drogo bardzo kosztować. Proszę pani, to jest towar,
którego się wyzbywano, więc możemy odstąpić bardzo tanio.
Pan Rzecki ma rację.
Towar jest wybrakowany i nie znajdujący nabywców. Dlatego możemy oddać lalkę za
trzy ruble.
Proszę tylko wybrać, którą.
Wezmę tę, ponieważ jest taka jak u baronowej.
Ta lunia będzie zachwycona.
Ignacy, bądź tak dobry.
Wziąć od pani zapłatę.
Ale trzy ruble to stanowczo za mało. Pani wybaczy, ale ceny u nas ustala
właściciel.
Pani chleń, proszę zapakować.
A cóż dobrego u pani baronowej?
W jakich są pani teraz stosunkach?
Już w żadnych.
Pani Krzeszowska zrobiła mi taką scenę za to, że musiała zapłacić za kamienicę
100 tysięcy i że nie protegowała mnie i u pana Wokulskiego, że pożegnała mi ją i
więcej tam nie pamięta.
Naturalnie też wymówiła mi komornę od nowego roku. A wypłaciła pani należność?
Więc nie.
Nie.
Powiedziała... że nie ma teraz pieniędzy ani pewności, czy mój rachunek jest
dokładny.
Służę? Dziękuję.
Do widzenia.
Panie Rzecki, panie Rzecki, pozwól pan.
Wiesz pan, wczoraj Krzeszowska w mieszkaniu Maruszewicza siedziała do
Do północy u Maruszewicza? Tak, jeszcze, jeszcze z tym swoim adwokatem, z tym
łotrem. Ten hultaj Maruszewicz wypatrzył, że pani Stawska ubiera lalkę
baronowa z lorynetką poszła do niego sprawdzić.
No i cóż?
No to wie pan, że przed kilkoma dniami zginęła baronowej lalka, po nieboszce
córce. Teraz ta wariatka posądza panią Stawską. O co?
No jakże, że okradziesz lalki. Śmiej się pan z tego, lalka u nas kupiona.
No ja wiem, no ja przecież sam widziałem, ale z tym wszystkim baronowa
dzisiaj do mieszkania z rewirowym. Do mieszkania pani Stawskiej kazała zabrać
lalkę i spisać protokół. Skarga zawędrowała już do sądu. Oszalałeś pani
Larka przecież u nas była kupiona, a ja sam ją... No wiem, no wiem, no ja
wszystko wiem, ale co to wszystko znaczy, jak już jest skandal.
Biedna kobieta zgubiona.
Widziałem, jak odprawiła dziś uczennicę, a sama nie poszła na lekcję.
Bierz pan fiakra i pędź po Wokulskiego. Tak.
A ja już tutaj rozumie pan. Rozumiem, rozumiem, tak.
Cicho, nie graj, bo babcie głowa boli.
O, więc przyszedłeś, szlachetny panie Rzecki.
Nie wstydzisz się biednych kobiet okrytych w hańbo.
Nie całuj, że mnie pan w rękę.
Niesczęśliwa nasza rodzina. Niedawno Ludwiczek posądzony, a teraz na nas
przyszła kolej.
Wolałabym nie żyć.
Jak ja dawno zwracałem uwagę na te okna.
Gdyby były zasłaniane... No prawda, ale któż się mógł podziewać?
Takie to już nasze szczęście.
Pani przyjmują?
Jest!
Wokulski.
Ach, więc przyszedłeś, szlachetny panie Wokulski. Nie wstydzisz się
nieszczęśliwych kobiet okrytych. O, za pozwoleniem. Sytuacja pani jest
niewątpliwie przykra, ale nie widzę powodu do desperacji.
Za kilka tygodni sprawa się wyjaśni i dopiero wtedy będzie mogła rozpaczać,
nie żadna stań.
Tylko ta wariatka baronowa.
O, jak się masz, Heluniu.
Więc cóż mamy robić?
Szlachetnie, panie Wokulski. Trzeba czekać na proces.
Dowieźć w sądzie pani baronowej, że kłamie i wytoczyć jej sprawę o
A jeżeli pójdzie do kozy, nie darować jej ani jednej godziny.
Jakiś miesiąc pobytu w celi zrobi jej bardzo dobrze.
Zresztą rozmawiałem już z adwokatem, który jutro przyjdzie do pani. Bóg cię
zesłał, panie Wokulski. Przyszedłem tu w ważniejszym interesie.
Rzuciła pani już swoje lekcje?
Tak.
Niech je pani rzuci raz na zawsze.
To licha praca i niepopłatna. Niech się pani weźmie do handlu.
Ja? Tak, pani.
Umie pani rachować.
Uczyłam się buhalterii. No, wybornie.
Otóż spadł na mnie jeszcze jeden sklep z jej właścicielką, wdową.
Ponieważ prawie cały kapitał należy do mnie, a więc w interesie tym muszę mieć
kogoś ze swej ręki.
Czy przyjmie pani miejsce kasjerki z pensją, no tym czatem, 75 rubli na
Więc powierzyłby pan kasę mnie?
Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale w pół godziny później piliśmy wszyscy
herbatę, nie tylko rozmawiając, ale nawet śmiejąc się.
A sprawił to Wokulski.
Jedyny człowiek na świecie.
I jak go tu nie kochać?
Co prawda, może i ja miałbym równie dobre serce, tylko brak mi do niego
bagatelki. Pół miliona rubli, które posiada kochany ptah.
Ale wróćmy do rzeczy.
Zaraz, po Bożym Narodzeniu, zainstalowałem panią ptawską w
sklepie Millerowej.
Millerowa przyjęła ją bardzo serdecznie i przez pół godziny tłumaczyła mi, jaki
ten Wokulski jest szlachetny, mądry, przystojny. Jakby to było dobrze, gdyby
taki człowiek ożenił.
Nie zliczyłbym, dali Bóg, ile tych bab ugania się za Wokulskim.
Jak się miewa, pan Wokulski?
O, dziś jest pani mizerna.
Pan Wokulski nie powinien pozwolić, żeby pani tak pracowała.
ze swej strony zachwyca się wszystkim.
I posadą, która przynosi jej pensję, jakiej nie miała nigdy, i nowym
mieszkaniem, które jej znalazł Wirski.
Rzeczywiście, niezłe mieszkanko.
Mają w nim nawet wlew i wodociąg, a nade wszystko ogródek.
Tymczasem rosną w nim trzy zeszłe kije, ale pani Stawska wyobraża sobie, że w
ciągu lata zrobi z tego raj.
Raji, który mogłaby nakryć chustką do nosa.
Awizacja do sądu.
Na jutro.
Panie Rzecki, wyobraź sobie, co będzie, jeżeli tę nieszczęśliwą kobietę skarżą
jutro do rot aresztanckich.
Ale uspokój się, Helciu. Może Bóg to odwróci.
Chociaż dziś w nocy miałam sen okropny.
Cóż znowu?
Ta sprawa jest jak złoto.
Co tam taka sprawa?
Gorsza historia z grzumą.
Grzuma?
Tu? W Warszawie?
A trochę cię nie mówiłam?
Zginęliśmy wszyscy.
Bo to w czasie grzumy każdy zamyka się w domu.
Jedzenie podają sobie na drągach.
A trupów ściągają do dołów hakami.
Sprawiedliwość musi zwyciężyć.
A jeżeli sąd nie uwierzy nam?
Bądź przecie omyłki możliwe.
I jeżeli tę najszlachetniejszą kobietę wtrącą do więzienia, choćby na tydzień,
choćby na jeden dzień, cóż wtedy?
Ona tego nie przeżyje.
Ani ja.
Gdybym zaś przeżył, to chyba tylko, żeby ta biedna Helunia miała opiekę.
Tak, ja muszę żyć.
Ale jakie to będzie życie?
No cóż, panowie studenci.
Znaczy, jak panowie się nazywacie?
Malecki i Patkiewicz. Malecki i Patkiewicz. No jasne. A trzeci
pan, gdzie on jest?
Jest cierpiący.
To jest nasz sublokator zresztą.
Bardzo rzadko mieszka z nami.
Jak to rzadko mieszka?
Znaczy, a wiąże się dziś dzień?
W uniwersytecie.
W prosektorium, czasem na obiedzie. W prosektorium na obiedzie.
Spokój.
No, a gdzie on jest w nocy, a?
Pod tym względem mogę dać panu sędziemu tylko poufne wyjaśnienia.
Ale ta pani Maranowa w dalszym ciągu nie chce trzymać tych panów, a?
Za żadne skarby.
Po całych nocach ryczą, tupią, pieją, gwiżdżą. Nie ma służącej w domu, której
nie zwabili do siebie.
Najokropniejsze jest to, że ci panowie wylewają oknem jakieś płyny.
Czy na panią?
Proszę dalej.
Ale najgorsze ze wszystkiego, przez co wpadłam w nerwową chorobę, że po kilka
razy na dzień stukają...
Do mego okna trupią główką.
Trupią główką.
Tak robicie, panowie?
Będę miał honor objaśnić pana sędziego.
Nam usługuje trusz mieszkający na dole.
Ponieważ nie chcemy się marnować schodzeniem i wchodzeniem na trzecie
mamy u siebie długi sznur.
Wieszamy na nim to, co jest pod ręką.
Może się zdarzyć i trupia główka.
I puchamy do jego okna.
Jezus Maria.
Oczywiście chora kobieta.
Nie chora.
Ale wysłuchaj mnie, panie sędzio. Ja nie mogę patrzeć na tego drugiego, bo on
ciągle robi miny jak nieboszczyk.
To było honoru, że ta pani ma halucynację.
Kto tu jest podobny do Nieboszczyka?
Patkiewicz? O, taki przystojny chłopak?
Cóż ty świnia małe, ty kpisz się ze mnie w publicznym miejscu? Bo jesteś
przystojny Patkiewicz, kobiety wściekają się za tobą. Przecież nie dlatego.
Znaczy się ja... ...wypominam.
Zmiarcie nie wolno.
Kto będzie zakłócać porządek, zapłacisz trawę. Znaczy karę.
A wy, panowie studenci, kiedy zapłacicie pani baronowej 12
rubli kopiejek 50 za miesiąc tyczeń? Gdybyśmy mogli zostać do
wakacji, to... Ale tak.
Niech pani baronowa zabierze umeblowanie.
Ach, nic już nie chcę, nic, tylko wyprowadźcie się, panowie.
Ja nie mam pretensji o komorne.
Ale my mamy do pani pretensje o straty i szkody.
Kto słyszał, żeby przyzwoitym ludziom o tej porze wymawiać mieszkanie?
Gdybyśmy nawet znaleźli jakiś lokal, to będzie taki podły, że co najmniej dwóch
z nas umrze na suchoty.
Pierwszy raz widzę coś podobnego.
Taką sprawę?
Nie. Ale żeby człowiek uchem ruszał, to artysta.
Orzeczenie sądu znaczy, że trzeba wstać.
Decyzja w imieniu jego cesarskiej mości.
Sąd w pokoju w rewiru sądowego ósmego. Po wysłuchaniu sprawy pani
baronowej Krzeszewskiej. Krzeszowskiej. Krzeszowskiej, jasne. Przeciwko panom
Malewskiemu i Patkiewiczowi.
Uznając panu Malewskiego i Patkiewicza winnymi, postanawia skazać panu.
Maleckiego i Patkiewicza na zapłacenie zaległego komornego tudzież na
opuszczenie lokalu.
Tylko wodą. No, no, no.
Tylko bez głupich żartów.
No, a teraz będzie rozpatrywać się sprawa pani baronowej Krzeszowskiej
pani Helenie Stabskiej.
Okradzisz lalki.
Proszę strony zainteresowanej, świadków. O, tu, tu, proszę.
Na środek.
Proszę bardzo.
W imieniu jego cesarskiej mości... Sąd pokoju rewiru sądowego ósmego. Widzi
pani, ta ładna pani ukradła tamtej pani lalkę. Także miała się na to łakomić.
Mamo, czego ten pan kazał tu mam nie przyjść? To wyuczone.
Ciszej!
Co pani Krzeszowska mówi o sprawie?
Wysłuchaj mnie, panie sędzio.
Po zmarłym dziecku została mi jako najdroższa pamiątka lalka, która bardzo
podobała się...
Tej oto pani i jej córeczce. Tak. A Oskar Rona bywała u pani?
Tak.
Wynajmowałam ją do szycia.
Ale mi jej nic nie zapłaciła.
Ciszyć!
Tak i cóż. W dniu, w którym oddaliłam tę panią od siebie, zginęła mi lalka.
Myślałam, że umrę z żalu i od razu na nią powiedziałam podejrzenie.
Miałam dobre przeczucie, gdyż kilka dni później przyjaciel mój, pan Maruszewicz,
zauważył z okna, że ta pani ma u siebie lalkę i dla niepoznanki przybiera ją w
inną suknię.
A pan Maruszewicz pewny jest, że to jest ta sama lalka,
która była u pani Barnowie Krzeszowskiej?
To jest... właściwe mówiąc.
Pewności nie mam żadnej.
No tak dlaczego?
Pan Maroszewicz powiedział to pani Krzeszowskiej?
Właściwie... Ja nie w tym znaczeniu.
Nie kłam pan.
Przybiegłeś do mnie i powiedziałeś, że Stawska ukradła lalkę. I że to bardzo do
niej podobne.
Podle.
No panienko, u was była ta lalka? Ja nie wiem, która.
Ach, to Mimi.
Widzi pan, sędzia?
Córka świadczy przeciwko matce.
Znasz tę lalkę, dziecinko?
Znam. Zupełnie taka sama była u pani w pokoju. No właśnie.
To ta sama lalka, dziecinko.
Nie, nie ta.
Tamta miała popielatą sukienkę i czarne buciki, no a ta ma brązowe buciki. Aha.
No tak.
A co pani Stawska teraz powie?
Lalkę tę kupiłam w sklepie pana Wokulskiego.
A ile pani dała za nią?
Trzy ruble.
Taka lalka kosztuje 15.
A kto pani sprzedał tę lalkę?
Pan Rzecki.
Szanowny sędzio, z bolesnym zdumieniem przychodzi mi... To jest wizetu przed
moimi oczami, tłumującą złość i tego... Uciemię żoną.
Rzecki był tylko obecny przy kupnie.
Lalkę ja sprzedałem.
Za trzy ruble? Tak, za trzy ruble.
Jest to towar wybrakowany, którego się pozbywamy. Czy mnie również?
Przedałby pan taką lalkę za trzy ruble?
Nie. Panie już nic nigdy w moim sklepie nie sprzedadzą.
No jaki pan ma dowód, panie Wokulski? Że ta lalka została kupiona u
pana. Otóż to, jaki dowód?
Gdzie pani kupiła swoją lalkę?
U lesera. A więc mam dowód.
Lalki takie sprowadzamy za granicę w kawałkach.
Oddzielnie głowy, oddzielnie korpusy.
Niech więc pan sędzia odpruje głowę, a wewnątrz znajdzie moją firmę.
Niech pani Baranowa przeczyta, co tam napisano. Proszę.
Niech pan Maruszewicz przeczyta głośno, co tam jest.
Jan Mincer i Stanisław Wokulski. A więc nie lecher.
Nie.
A teraz panna powiesz, co z tą lalką.
Znaczy trzeba mówić prawdę, bo pan nastanie do przysiędzi.
No więc tamta lalka
stłukła się. Ta wasza lalka od pani Krzyszowskiej?
Tak. No to nastąpła jej się głowa. A reszta gdzie znaczy się?
Na trychu, panie.
Teraz, panio oskarżycielka, widzisz, co jest?
O!
Gratuluję. Dziękuję.
No i co?
Ukradła? No widzisz, pani, jak wygląda teraz pani na gęba. Jak kobieta ładna,
się z kryminałów wygrzebie.
Nie mogło się inaczej skończyć.
Dziękuję.
Gratuluję. Proszę bardzo.
Dzień dobry, mamo.
Co się stało?
Nic, nic, moje dziecko.
Co ci będę życie zatruwać plotkami?
Boże miłosierny, jacy ci ludzie są niegodziwi.
Pewnie dostała mama anonim.
Ja co parę dni dostaję anonimy, no i cóż.
Domyślam się, że to sprawa pani Krzeszowskiej i wyrzucam iść ty do
nie, moje dziecko.
Gdybyś to były anonimy.
Ale była dziś u mnie ta poczciwa denowa tracińską i... One
mówią, że ty zamiast do sklepu chodzisz do Wokulskiego.
A gdyby tak było?
Mój się Boga, co ty mówisz?
No ale gdyby tak było?
A mąż?
Gdzież on jest?
Zresztą, niech mnie zabije.
A córka?
Nie mówmy o Heluni, tylko o mnie.
Dziecko moje, ty przecież nie jesteś... Jego kochanką?
Tak, nie jestem, bo jeszcze tego nie zażądał.
Co mnie obchodzi, pani Denowa czy pani Radzińska?
Nie wiem, co się ze mną dzieje.
To jedno wiem, mamo, że ten człowiek zabrał mi duszę.
Bądź że przynajmniej rozsądno.
Zresztą.
Jestem nią, dopóki mogę.
Ale ja nie dbam o taki świat, który dwoje ludzi wskazuje na tortury za to
że się kochają.
Niechaj obiega w koło, chwytaj do dna fil, zwiastunkę błogich fil, chwytaj
do dna fil, zwiastunkę błogich fil. Nie budź, panna, nie budź, bo nic się nie
stało. Nic się nie stało.
Pani Baronowa już na pewno mnie teraz wyrzuci. Nie wyrzuci, nie wyrzuci, gdzie
by taką drugą głupią znalazła. Tak, tak, ale panu to już na pewno wypędzi.
A to zobaczymy!
Kto nie płaci za komornę?
Dlaczego my mamy płacić?
Ja za trzy godziny lekcji co dzień biorę 15 rubli na miesiąc. Z czego na
jedzenie biorą?
Dziewięć. Naprawie i usługi? Trzy.
A mundur? A fit. A fit. Ja zresztą, że mnie płacił za mieszkanie. Proszę
niech mnie wyrzucą na ulicę. Niech mnie złapie hycel i da pałką w łeb! Proszę
bardzo! Nie unosz! Nie, ja się muszę unosić!
Bo jeśli społeczeństwo nie zabiło mnie po urodzeniu, jeśli każe mi się uczyć,
jeśli każe mi zdawać po kilkanaście egzaminów, to tymczasem powinno
mi pracę ubezpieczającą mi mój byt. A tymczasem albo nie daję pracy, albo
oszukuję przy wynagrodzeniu. Tak.
Niedługo już będę żył.
Chciałbym więc przeprowadzić choćby jedną zasadę.
Jeśli społeczność...
Chcę, ażeby jednostki szanowały umowę względem mnie i niech ją sama wykonywa
względem jednostki, tak?
Brawo!
Lecz bawił się jak leki, a jak Rzymianin wił. Użyj pani żywota, wszak
żyję tylko raz.
Tu stoi czara złota, a wnet przeminie czas.
Tu stoi czara złota, a wnet przeminie czas.
Spodziewam się, panie Rzecki, że cokolwiek się stanie, będziemy dobrymi
przyjaciółmi. Możesz być, panie Schlangbaum, pewny mojej życzliwości.
popełnił nadużycia.
Panie Schlangbaum.
O, pan Ignacy.
Jest pan Ignacy.
Dobry pan Ignacy. Dobry wieczór.
Józiu, jedno piwo.
Już biegnę.
Zapali pan?
Tak,
tak, tak, no idę.
No i co?
Już?
Przepraszam, ale nie rozumiem, nie rozumiem panie radcy. No i czego pan nie
rozumie? że sklep już sprzedany?
Panie radco, jest pan zbyt poważnym człowiekiem, abyś pan nie miał
skąd ta wiadomość.
Ale miasto to mówi.
No to obecny pan Szprot objaśni pana w tym względzie.
Nie chciałbym panu obliżyć, panie Szprot, tym więcej, że zażądałem od pana
satysfakcji, a pan mi odmówiłeś jak hultaj, jak hultaj.
Oświadczam jednak, że albo pan powtarzasz, albo sam fabrykujesz
Co to jest?
Odmówiłem? Bo nie daję satysfakcji ani panu, ani nikomu.
Ani nikomu. Przede wszystkim powtarzam, że wasz sklep kupują Żydzi.
Jacy? Żydzi? A ja no i nie.
Jakieś slangbałmy, czy jungbałmy. Tak mówią.
Jeżeli to prawda, to i ja połączę się z wami w gniewie.
Tymczasem, na miłosierdzie, nie rozpuszczajcie Plotego Wokulskiego.
Już ja sam dowiem się wszystkiego.
Nie chodź pan tam, Wokulski jest ozdrażniony i lepiej go zostawić w
Chciałbym jednak z nim pomóc. A propos, czy ja mam pańskie włosy? Wydaje się, że
niedługo oddam panu moje włosy razem ze skórą. Chce się pan wypchać.
Powinien bym, bo świat nie widział podobnego głupca.
Pocieść się pan są głupcy.
Ale o co chodzi? O co mnie chodzi do mniejsza? Słyszę, że tak sprzedaje chleb
Żydom. Już ja u nich służyć nie będę.
O, cóż to.
Czy i pana ogarnie antysemityzm? Nie, ale co innego nie wziąć antysemitu, a co
innego służyć.
Pan wie, czym on się gryzi.
Zakonał się, że pana Łęcka ma kochanka.
A, gdyby.
Ale ona za sprytna, żeby taki naiwny wielbiciel spostrzegł, co się dzieje za
kulisami. Tak, no nie o to chodzi.
Śmiech powiedzieć, wstyd powiedzieć.
Pojutrze jest bal u księcia, na którym naturalnie będzie panna Łęcka.
Czy pan wiesz, że Wokulskiego do tej pory nie zaprosił książę, chociaż z
już to zrobił dwa tygodnie temu.
I stach jest chory z tego powodu. Ten nasz, uwielbiany stach. Jeśli pan, że go
nie zaprosi?
Zaproszenie kosztowałoby 15 % rocznie od kapitału, który książę ma w spółce.
Zaprosi go, zaprosi, ale najpierw pobawi się nim jak chce.
Niech się pan nie obawia, oni go nie puszczą. Za mądrzy są na to, ale chcą go
wytresować, żeby im pięknie służył i dobrze aportował.
Cóż to za kobieta, pan Nałębka? Jak setki tysiący innych.
Piękna, rozpieszczona, ale bez duszy.
Dla niej Wokulski jest tyle wart, na ile ma znaczenie i pieniądze.
Na męża jest dobry naturalnie z braku lepszego, ale na kochanków to ona sobie
wybiera takich, którzy do niej więcej pasują.
A tymczasem on czy w piwnicy, czy w stepach karmił się tymi Marelami,
Aldonami czy innymi Chimerami, że on już w Pannie Łęckiej widzi bóstwo. On już
nie tylko kocha, on ją uwielbia, on się modli, on pada na twarz.
Ciężkie będzie miał przebudzenie.
My Polacy jesteśmy skazani na głupców.
Nawet w tak prostej rzeczy jak mi. Uspokój się, doktorze. Mam dla niego
lekarstwo.
Umrę, mówię ci, albo gorzej nie z panią Stawską. Ta kobieta ma serce i rozum.
I za miłość odpłaci miłością.
Takiej mu trzeba.
Spróbuj, pan, ale obawiam się, że na kuracji już jest za późno. Talowy to
człowiek. I dlatego niebezpieczny. Trudno zmazać, co się raz w takim
trudno skleić, co pęknie. Pani Stawska to zrobi.
I stach będzie szczęśliwy.
Szukasz czegoś?
Czy nie było tu gdzie... Listo od księcia? Przez te listy odsyłam ci do
wiem, ale może który zarzucić.
Co dziś robisz ze sobą?
Nie zaprosiłbyś mnie na herbatę?
Wciąż mówią, że sprzedajesz sklep.
Już go prawie sprzedałem.
Żydom. A komuż mam sprzedać?
Sklep wart jest do dwadzieścia tysięcy.
Mam je rzucić w błoto?
To szlangmał kupuje.
No cóż by inny.
Lisiecki, Klejn, czy Zięba.
Będzie kiedyś awantura z tymi Żydami?
Bywały już.
Trwały przez osiemnaście wieków.
Jakie rezultaty.
W antyżydowskich prześladowaniach zginęły najchlachetniejsze jednostki, a
zostały tylko te, które potrafiły uchronić się przed zagładą.
I oto jakich mamy dziś Żydów.
Wytrwałych, cierpliwych, podstępnych, solidarnych, sprytnych i po mistrzowsku
władających jedyną bronią, jaka im pozostała.
Pieniędnie.
A sam powiedz,
czy jest występ, którego by mi nie zarzucano?
I za co? Za co? Za co?
No, szczerzy są wszelkie.
Ale nigdzie w takim stopniu jak u nas.
A czy ci, dla których sprzedajesz sklep, ocenią cię lepiej?
A jeśli ocenią?
I będą cię lepiej kochać, aniżeli ci, których opuszczasz?
A jeśli będą kochać?
Jesteś pewny?
Czy ja wiem?
Czy ja wiem, co jest pewnego na tym świecie?
Bierz list od księcia.
Dawaj.
Idź pać.
Co to jest?
Zaproszenie na jutrzejszy bal.
Nie idziesz?
A nie myślę.
Wiesz co?
A może byśmy poszli jutro do pani Starskiej?
Na wieczór.
A wiesz, że to będzie nieźle.
Wcale miła kobieta i dawno tam nie był. Trzeba by przy okazji posłać tej małej
parę zabawek.
Człowiek niekiedy traci rodą, ale też niekiedy i go odzyskuje.
Bóg ci zapłać, mój stary.
Jutro wieczór przyjdę po ciebie.
Zobaczysz. Zobaczysz.
Teraz już wiem, że Stach jest chory.
Ale że jego choroba już się kończy.
Jeszcze tydzień lub dwa i wszyscy będziemy szczęśliwi.
Trochę gorzej jest w polityce.
Byłem pewny, że Magmaonowi uda się dokonać zamachu na rzecz małego
Tymczasem Magmaon upadł, prezydentem Rzeczypospolitej został mieszczanin
a mały Lulu pojechał na wojnę do jakiegoś Natalu w
Afryce.
Trudno. Niech się chłopak uczy wojować.
Za pół roku wróci okryty sławą.
Słabą. Tak, że sami Francuzi będą go ciągnąć na siłę do siebie.
A tymczasem my ożenimy z panią Heleną.
O, bo ja kiedy się na to zabezmę, to mam meternichowskie sposoby i znam
naturalny bieg rzeczy.
Niech żyje Francja Napoleonidami, a pan Łokulski z panią
Staską.
Chyba nie ma na co czekać.
Idziemy, bo panie spać się pokładą.
Brzydki wieczór.
Śnieżyca. A innym ta śnieżyca nie przeszkodzi na bal.
Dlaczegoż nam miałoby psuć wieczorek?
Futro.
Tylko niech pan Żara wraca, bo pora ubierać się i fryzjer przyjdzie. Nie
potrzeba. Jakże pan pójdzie nieuczeszany tańczować?
Nie idę, Nabel.
A co pan ci wyprawia? Pan tak robi, jak pan miał źle w głowie. A pan Łęczki tak
prosił.
Piękna para.
Cóż z tego?
Choćby nieszczęśliwy Ludwik już nie żył. Miejmy ufność w Bogu. Że żyje? Nie, że
ja nie o tym mówię.
W takim razie wola boska.
Do pałacu.
Ej,
taniej, taniej!
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.