Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
Frisian
Ga
Galician
Georgian
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
Rórele!
Rórele! Wiewe, no daf ich dich riefen!
Nie!
Wos kan ich mit demachen? Wos kan ich mit demachen? Wos kan ich fardem kopn?
Hmm?
Ale zale ciało?
Pewnie panna Malwina podlewa warzywa krowieńcem.
Nigdy nie wiadomo, co wróży księżyc, kiedy tak wisi nad światem.
Patrz!
Patrz! Czegoś to jeszcze mi trężycie, o!
Jak pięknie! Stójcie!
Czujecie ten zapach siana?
Szymon!
Szymon!
Co to?
Kto to tam lata po dworzu?
Ech, to te tam nocne marki. A oni?
A gdzie Janek?
Księżyc był czerwony, kiedy tamci ludzie szli spać.
Ci wszyscy kupcy, tragarze, przekupki.
Teraz jest biały, zupełnie inny.
Czy też tamci wiedzą, jak wygląda biały księżyc?
A może w ogóle są dwa księżyca?
Jeden dla tamtych, a drugi tylko dla nas?
Trzeba iść i krzyża naciągać nad tą
cholerną robotą. Ty będziesz po domu boki obijać.
Nie bardzo się boisz, bo
zaraz muszę iść.
Maniusz!
Wstawaj, Maniusz!
Co ty robisz?
Masz celkę.
Masz, masz. Chodzi marchew.
Trzeba chłopu kapota przeciągnąć.
O, no przecież chleba nie kupiła.
Maniusie, nie odchodź nigdzie.
Przyniesę ci słodki rogalik.
Czego tam chcecie kobito?
No co jak słup soli?
Chcę się tu damo przyjrzeć.
Nigdy wieciaków ani chłopa.
Ani roboty, ani żadnego urwania.
No.
To czego chcecie?
Chleb cały, ile zaważy i słodki rogalik.
Mamo!
Mamo, niech mama się śpieszy!
A bo co?
Bo tata przyszedł i bardzo przeklina.
Gdzie się włóczyła?
Gdzie byłaś?
Latasz, lekwaczko.
Po komoszkach gdaczesz.
Czemu teraz nie gdaczesz? Odeszła cię chętka, co?
Ody, Ludwiś, chwileczkę ino nie byłam.
I już jestem w domu.
Już jestem.
Cierwo.
Czekaj, tata.
Ten lepszy.
Proszę.
O, Bóg zapłać, Bóg zapłać.
Powiedzcie mi, co o tutejszych ludziach.
Jak się chodzi po prośbie, to się wszystkich zna.
Co kto robi i w jakim szczęściu. No na ten przykład Ludwisiowa. Ta, co mąż
pracuje w garbarni.
Ludwisiowa. Ona ma dobrze.
Jest w domu.
A ja?
Noc jak zawsze niepewny.
Muszę wracać do garnków. Państwo chcą przy księżycu płynąć łódkami.
No.
Ludwisiowa.
Ludwisiowa.
A czego tam chcecie?
A co?
Na progu śpicie.
Miejsca dla was w chalupie nie było.
A bo mi tu źle?
Byle w domu, to i na progu człowiekowi jest dobrze.
Proszę pani, czy maliny mają być dodane do kompotu?
Ugotuj kompot z malinami.
Ta suknia.
Jaskrawa i gładka.
Ma na imię... Plezir.
Jak na ten dzień.
Jest zbyt zwyczajna.
A ta... nazywa się...
Moja twarz jest o dwa tony cieplejsza.
Kasiu!
Fartucha możesz nie prasować.
Ja sama usłużę.
A zajmę się jajkiem.
Zadam ci dwanaście uroków wesołych i dwanaście smutnych.
Wszystkie będą piękne.
Nasza miłość wydaje się piękniejsza wśród tych niziutkich
ścian i tego małego ogrodu.
W mieście nie można zażyć szczęścia tak bogato.
Przyjacielu, czy jesteś szczęśliwy?
Tak.
I twoje suknie tu są ładniejsze.
W tym domku wśród gwiazd.
Przyjedziesz za tydzień?
Następnym razem włożę chustkę tybetową na głowę
i prawdziwe korale na szyję.
Floro, na mnie już czas.
Poczekaj. Włożę mięciutki płaszcz melankolii.
Na tę najpiękniejszą chwilę. Na ostatnią.
I będzie jeszcze piękniej.
Ach,
chwała niebu. Jestem prześliczna i smutna. Jak powinna być przyjaciółka.
która ma przyjaciela pożegnać.
Plezir, Rew, Żorżeta, Chiton, Tandrest, Putro, Solitudy.
A gdzie płaszcz, Blankoni?
Floro, śpiesz się, zaraz cię opuszczę.
Poczekaj, przyjacielu!
Posierny!
Kiton, pan Grec!
Boże! Gdzie płaszcz?
Floro!
Nie! Nie chodź, przyjacielu!
Co?
Płakać? Uśmiechać się?
Żegnać? Proić?
W zwojach różowości?
Nie da cię pięknie dokonać!
Floretto! Czy już mnie nie chcesz zobaczyć?
Poczekaj, przyjacielu!
Może to głaszcz melekoli mi zastąpi.
Co?
Koić, pociechać, oczy ku oczom podnosić, usta ustom podawać.
W gronostajowym putrze, dumnym i pysznym jak dosyp. Nie!
Boże, już odchodzę.
Boże.
Jakim mściwym aniołom kazałeś zataić
płaszcz melankolii uszyty
na chwilę miłości najpiękniejszą, chwilę ostatnią.
Przyjacielu. Przyjacielu.
No wiód gniada.
W źrebie jeszcze ślepiów?
Nie roztworzyło na świata, a gniada bryka?
Aż miło popatrzeć.
Jaki to zdrowy cherut, no.
Jo, choć gniada, no. Jaki on ślepy ten Michał. Lepiej widzi niż niej ten
Wszyscy już dawno zapomnieli, że on jest ślepy.
Mówiłem, że koniczyna tego roku kwitnie czerniawo.
Musi mrozek ją przejął w maju.
Oto kozik!
Oto kozik!
Chce lecieć badylów, użyl na królicę.
Sierpem se lepiej użniesz.
W talinie se gębę pocharatał, mało mu je chce.
Tyle jest jednakowego na świecie.
Że tak mało można ręką ogarnąć.
Trudno uchem rozpoznać człowieka.
Tylko do płakania otrzymam dobre.
Tylko do płakania.
Pod lasem będziesz pilnował nasze konie.
Dasz radę. Spętane i posłuszne.
Inne chłopaki mają cudze, narowiste i do tego ze sześć sztuk.
Dziewuchy też pilnują.
Stój, stój.
Lubię noc. To sprawiedliwa pora.
Ciebie, Dośka, to sędzie bym poznał.
A wiesz po czym? Po oddechu.
Taki ciepły.
Pachnie jak mleko.
Przez tę Dośkę ten mój chłopak do reszty poweselał.
A jak się zapaliło u kowalików na gwałt, Chcę iść na dach
i ratować.
Taki się sobie wydawał zwyczajny.
To niektóre lichie żółte cholera.
Choć to jeszcze lato.
Dopiero teraz zauważyłem. Oj, będzie sroga zima.
Oj, pierzyny trzeba szykować ciepłe.
Patrzcie.
Od ślepego dowiedziałem się o kolorach.
Moi ściemy.
Ludzie dobre, kochane.
Żadna dziewucha, mówią ludzie. Nie ma tak ciepło przy pachleniu, jak Leszka.
No to wykopałem dołek, zrobiłem kawałek płotu, kruszku.
Platek przyniosłem z domu.
O twoim świniarstwie ani nie pomyślałem.
A o ślepocie zapomniałem.
Tato, nie ma nam kto łachu obrządzić.
Synowa by się zdała.
Zdała by się.
Ona mówi sam raz.
Niegłośno i niewiele.
A i lat też już dużo ma.
Jak i ja.
No, i... Ona
sierota i całkiem uboga, no to właśnie kaleca
para.
Jeszcze mam dużo na to ostatnie czuwanie zostało do rady. Trzeba
pomyśleć.
Którego dnia wesele?
Kogo na drużbów?
Do rana.
Nie rozprzygnąć wszystkiego.
Lubię takie gadanie o gospodarskich rzeczach.
Ojciec nie jest chytry na majątek jak inne chłopcy. Czorn! Czorn ślepie
roztworzył! O Jezusie! Czegoś wywadzuję na ziemi!
Głupie, to ten ogierek Tarłowskich, to on jest narówny. Oni ta jego nie złapią,
tylko po zimnej rosie ochwacą i tyle.
Z nim trzeba z dobrocią, jakoby z dziewczyną.
No ligaj, Zośka, ligaj. Co ty tam na takiego ogiera poradzisz? A, cóż z tym
ogierem?
O, proszę, tam pójdziesz. No po co? Noc jest bez miesiąca.
Jeszcze sobie łeb rozwalisz, opieniek!
Ogon jak warkot, znaczy wojna. Ogon jak mietła, morowe powietrze. Ogon taki, o,
jak tnop.
Antychryst przyjdzie.
Bo od tego to tylko jak niccugi powietrzne przyjdą.
Czegoś ty tu stoisz, co?
Że takie wielkie?
Cóż ci z ogona przyjdzie?
Cicho, bądź ważny!
Antychryst! A ja już go nie kuszę. A jak go udepnie tak, to jeszcze gorzej
będzie. Bez to nam się jej chałupa spaliła, że to to miało pić.
Nic tylko bez to choroba.
Czasem ogniem rzyga. Na ten czas to naród jest doprowadzony do mety. Pali
wszystko i amen.
Chodź, Zosia, chodź. Nie trzeba się złemu naprzykać.
Kiedy on tu w białowce wlazł, widać to jego gniazdo.
A pójdę sobie sam ślepa opracą.
To jedno, aby mój nóg gniazdo w głowie. Tch, prosznik warszywy. Na dojazd mnie
ten miuchać jak pies.
Bardzo słodkie. Mi i trwińska mordo.
Idźże, Michał, na dwór. Tyle dni nie wychodzisz, aby i mowę ci odejmie.
Białe.
Nazywają białe.
Czarne jak kruk.
Bednie mówią, leciała ptakiem,
a w nocy lała się pono jak smoła.
Jak pojąć czarność? Jak pojąć?
Nienawidzę! Nienawidzę!
Nie! Nie!
Nienawidzę! Nienawidzę ludzi!
Nie! Nienawidzę!
Nienawidzę!
Zostaw, zostaw. Ja panu majorowi zaniosę. To jest zionat Floryda.
Zabrał mi robotę.
Wszystko widziałem.
Osobiście złożę skargę w magistracie. Na tego bagażowego.
Kultura musi być kultura.
Pan burmistrz powiedział.
Kultura.
Kultura. Od teraz.
Do pasażera.
Każdy będzie musiał podchodzić za numerkiem.
W tragarzy jest osób 12.
Pan burmistrz nakazał, że Moszek Ruchlinger
będzie miał odebrany numerek.
To bandita, czysty bandita, nie burmistrz. Bandita, bandita.
Wszyscy wiedzieli, że Moszek będzie miał odebrany numerek?
Tylko on sam nie wiedział.
Moszek bariera się pod tobą przerwie, bo całymi dniami tu siedzi.
Ciągnie cię do mokrego.
To i ci się utop w życe.
Dobry burmistrz, co?
Swego chowu, co?
Nie może być takiego zgorszenia.
Nie rozumiesz, co sobie nie wolno?
Nie mam numerka!
Zatwórz i do aresztu! Dostaw, pan pani sierżant, chwileczkę. Mam coś dla pana.
Co?
Niech tak moje dzieci mają tyfus.
Niech one nie umieją zarobić, jeżeli to nieprawda.
Powiedziałeś, sierżant, hazard?
Hazard, co znaczy hazard?
Oni grają na weksle, na rony, na wszystko.
Co gra?
Tych to kto?
Obcy kasz.
Jeszcze różne.
Pan się sam zobaczy.
Delegowani jesteście na plażę. Będziecie pilnować, żeby letnicy nie wypływali na
głębinę. Wiecie, że jeden chłopak się utopił.
Kto nie usłucha, ściągać karę.
Myślę, że po tym niefortunnym tropieniu hazardów w aptece każde nawet
najhaniewniejsze zajęcie będzie dla was lepsze od służby przy magistracie.
Wysłala mnie mama po likier, po likier.
Pijama, co Susie?
Flora jest taka piękna, tak starannie zrobiona.
Tylko czy ktoś się w niej kocha?
Nie wiadomo.
Żaden z was nie ma takich dwabitych ramion jak mój były przyjaciel.
Który się zlisił?
Pójdziemy wszyscy na wieś. Nie mam ochoty.
Ja pojadę na wieś, kiedy zakwitną lipy.
Wydziwiajcie tu sobie ślicznotki. My płyniemy. Chodźcie szybko do łodzi.
Proszę.
Odbijamy. I to szybciej.
Chodź.
Pokażę ci moją jarmartną kolekcję.
Widzę.
Dziwne, jak niestosownie pachnie ten człowiek.
Bo to miejsce wcale nie jest dla niego stosowne.
Jestem teraz szczęśliwa.
Spala mnie wzrokiem najgorętszy samiec świata.
Słońce.
Pójdę do wody.
z tą wodę jak w łoże.
Głębia!
Głębia!
Czego chcesz?
Puszczaj!
Widzę.
Puszczaj!
To będzie w protokole.
Pani za wszystko zapłaci.
Co ty robisz? Co ty robisz? Co ty robisz, kochanie? Co robię? To jest bój!
Miłość z Baską, uważaj! To przecież jest jednak mężczyzna.
Szanowny pan kowornik, pozwoli.
Może tepkę przetrzymam.
A skąd wie, że jestem komornikiem?
Raz szanowny pan był u młynarza Zagórskiego z papierami. To były wyroki
A gdzie tu jest ulica Starowiszna?
Zresztą obok.
A kogo pan uważa?
Czy numery domów zaczynają się od środka miasta, czy od krańców?
Szanowny pan, pozwoli chwilę, co to znaczy od krańców? A jaki numer pan
życzy? Tutaj numery mają tylko bagażowi. Na przykład ja.
Posesja Stanisława Niedzielskiego, intablowana za numerem szóstym.
To znaczy numer domu sześć.
Zaprowadzę. Szanowny pan tylko pozwoli.
To jest tu, szanowny panie.
Tam on idzie.
Pan Stanisław Niedzielski?
Tak. Komornik sądu powiatowego.
Bagażowy!
Chodźcie tu, będziecie świadczyć.
Jestem gdzie można, panie. Moszek Ruchlinger. Tragasz bez numeru.
Już świadczę.
Na noc idę dyżurować.
Na wyspę.
Na psa takie zajęcie.
Nawet ten szmaciarz, ten głupi Zośka.
To on chałupy na noc pilnuje.
Co ty tam wojujesz, Paciemku?
Nie no.
Żaden mi się nie podoba.
Wszystkie te moje namalowane drzewa, rzeki, parze są tak samo nieprzeniknione
jak te prawdziwe.
A czy ja zdołałem nimi cokolwiek objaśnić?
Nie przysadzaj.
Widzę tu dużo dobrych malunków.
Możesz pić zadowolony.
E, co ty gadasz?
Ja jednak wierzę, że szept boskości przedziera się przez ten cholerny hałas
świata. A chciałbym usłyszeć jedno słowo. Jedno słowo! Wtedy będę wiedział.
Nie mam siły cię przekonywać.
Sam mam tyle problemów i z malowaniem, i z samym sobą.
No dobra, w porządku.
Sam dla siebie zrobiłem ten przegląd, bo chciałem zobaczyć, co potrafię
namalować w plenerze, a teraz muszę zabrać je do obstalunku.
Co to ma być?
Bóg Ojciec.
Nigdy nie malowałem obrazów religijnych.
Ale tu chodzi o względy prałata. Być może zleci mi frecki w bibliotece.
Tak, to jest coś.
Tak.
Tylko, że nie spodziewałem się, że ten Bóg Ojciec stanie się dla mnie samego
taki ważny.
Rozumiesz, chciałbym spojrzeć poza tak zwaną rzeczywistość.
Ciągle nie mam odwagi zabrać się za ten obraz.
Dzisiaj też nie.
Stary Tarłowski wiosną wylazł tu, na tę górę.
Nie na siłę mu było i zmarł. Stasiu, czemu ty tak ciągle za mną latasz? Co?
O te papieroty ci chodzi?
Lubię zapalić, ale i pogadać lubię.
A ślepy Michał to się strasznie szarogęsi.
A takie ma durne przyzwyczajenie, że ciągle o kolorach gada.
O kolorach?
O kolorach.
A kiedy on jest dla wielmożnego pana interesowny, to można się z nim
On teraz na ostatku cięgiem u Fary siedzi.
O, choćby Izara. To można jego tam spotkać.
Michał, czemu się Panu Bogu naprzykrzasz?
Czego się boisz?
Przecież ten Pan Cię nie urzeknie.
Choć widzę, że Ciebie nie urzekł, to i mnie nie urzeknie.
Powiedzcie mi, Michale, gdzie tu jest obraz Marii Magdaleny? O, tu jest.
Święta Maria Magdalena.
Niech pan sobie dobrze popatrzy.
Jaka piękna.
Od razu widać, że jest dla narodu uczynna.
Najbardziej to lubię... Lubię gawędzić o barwach różnych
rzeczy.
Tak samo lubię gawędzić o sposobach zbawienia.
No, lubię nowe nazwy.
No, to... Niebo może być...
Kobajtowe... Chmura...
Jak sam Cynober.
Ale Szczepanie jest dobrze widzący.
Pali się gdzieś.
Pali się.
Nie, nie trzeba się bać.
Strażaki od wąwolnicy już jadą.
I kiedyż Bóg nawiedzi to gotowe ciało.
Otóż, bracia kochani, ażebyśmy my,
ślepce, Boga na tej ziemi oglądać niezdolni, abyśmy go
po śmierci nareszcie ujrzeć mogli.
Oj, chcemy, dobrodzieju, oj, chcemy. My,
ślepce, Boga tu na tej ziemi oglądać niezdolni.
Bóg w życiu jest najważniejszy.
Niech będzie pochwalony.
Na wieki wieków.
Cóż to panie robicie, że was nigdzie nie spotkać?
Maluję. To ja wiem.
Musi ciężka robota, że cię taki markotny.
Boga malować?
Nie jest rzeczą łatwą.
A, ano.
Tak wytkany z głowy.
Niełatwo. Jak to z głowy? Nie z głowy.
Z patrzenia maluje.
Ej, panie.
Panie, nie, nie, nie. Nie trzeba z Boga żartować.
Kto żartuje? Ja nie żartuję.
No chodź.
Chodź w górkę.
No, chodź.
Popatrz.
Tutaj Bóg. A tu ja? A tu ty?
Niewierny Tomaszu. I co obejrzy Boga?
Kozdroń.
Ty stary, kozdroń tu siedzi.
Toście, panie, ślepy, ze szczętem.
A to was nie uczyli, że ludzie
Boga na ziemi oglądać niezdolni?
I przez to ludzie zdrowe i kaleki są
bracia.
Nocy!
Rozedrzy się!
Niech oglądam Boga.
Oj, moje szczęście, Pani Ministrowa.
Co ona myśli, kiedy ona tu idzie?
Ona właśnie tu idzie.
Padam do nóżek przed jaśnie wielmożną panią ministrową. Proszę, proszę,
proszę.
Pan Bóg mnie wynagrodzi.
Pani ministrowa nie zapomniała o biednego człowieka?
Po czym też takie liczycie?
A, żeby inodziobek był szerszy.
Ładną zapaskę macie, gosposiu.
Sprzedajecie mi ją.
Zapaska nie jest na sprzedanie.
A dlaczego?
Utkacie sobie nową, a pieniądz na przednówku się przyda.
Nie, pani, nie.
Zapaski nie sprzedam. Co to jest, głupia? Co to znaczy nie sprzedam? Zaraz
będzie sprzedana.
Pani ministrowa tu stoi, ja każę i już.
Pani mistrzik, co to za hałasy?
Dziękuję.
Dziękuję.
Interes zaczęty.
Ona już wie, co to znaczy mistyk.
Ona już jemu dziękuję.
Skarb blisko.
Tate!
Co się stało?
Tate, od pani ministrowej.
Panie mistyk, pani ministrowa pyta, czy już przysłali latarnię z Mąkocina.
Jest.
Piękna, z naftowym brenerem. A w szkle wyrobiony nietoperz.
A jeśli ona krzyknie?
Co za brzydki ptak.
A może ona nietoperze się stęknie?
Piękna.
W szkle wyrobiony nie topesz.
Ile jestem winna kupcowi?
Powiedział nic.
Pani ministrowa nie jest winna nic.
To moje dzieci i wnuki dodał.
Pani ministrowa to moje szczęście.
Kaszpinio! Ty, kto tu jedzie, sam jest inny polski król. Ty rozumiesz?
Ja zapłacę. Idź do sklepu, bydleńcze.
Jaśnie państwo może jechać.
Ja biorę na siebie.
Teraz już jestem w pokoju.
Za uśmiechem stoi szczęście. Tuż, tuż.
Jak to powiedzieć?
Paniusia pewnie myśli, po co tu przyszedł ten Żyd, ten mistyk. On
Może to tak powiedzieć?
A może powiedzieć tak?
On tu stoi, ten biedny Żydek. A ona, ona jest tam.
Nie sześć tu.
Stań przed sklepem. Stamtąd widać rynek, gdzie chodzą ważne ludzie.
I ważne wypadki.
Nałożę marynarkę, żeby nic nie uryziło jej oka.
Pójdę przy dzwoniącym katolickim święcie.
Z pustymi rękami idziesz, pani kupiec, po szczęście.
Nie widać mojego towaru. To nic.
On się nie da wziąć ani posmakować. Ten delikatny towar. On jest drogi.
Najdroższy. On się nazywa... Rozum.
Jaśnie wielmożna osoba.
Paniusia sobie myśli, czegą tu przyszedł ten Żyd.
Ten poskudny mistyk.
Ale pani ministrowa nie woła na służbę wygnać tego mistyk.
A dlaczego pani ministrowa nie woła? Bo ona już raz powiedziała temu mistyk.
Dziękuję. A potem drugi raz ona śmiała się do niego, bo ten Żydek rozumie, co
jest wielka osoba.
Głupi człowiek, on myśli, po co najedwabnej sokni za paska? A mistyk
grymas pański jest prawo. Głupi człowiek, on myśli, co jest dwa kopy
takie wielkie państwo?
A mistyk wie, że wielkie państwo nie lubi płacić przymusu.
Ono bardzo lubi swój honor.
Mistyk wie dużo rzeczy, na przykład loteria klasyczna.
Drugi Żydek należy do dozór burznicy, a on się pyta, to jest loteria klasyczna?
Mistyk wie.
On wie także, co jest serce szlachetnej osoby.
I on także wie, co jest żona od największy minister.
On tu stoi, ten biedny Żydek, a ona tam siedzi. Ona sobie mówi.
Co to dla mnie znaczy dać jemu?
Koncesje na losy?
On ma rozum lepszy niż potrzeba do garnki. I on zrozumiał grymas. I on
zrozumiał mój honor.
No to niech on ma ten zarobek.
No niech on ma to szczęście.
Jak będziesz grzeczna, to tobie też taką szyjemy. Ale różową.
Krajewo.
Dlaczego Krajewo?
Holward jej rodziców tak się nazywał.
I tak dla miłej pamięci nazwała panna Welentyna swój domek z ogródkiem.
Na wprost brak słów.
A tutaj przyniosłam bardzo piękny materiał. Trzy metry.
To może to?
Albo to?
Trzech metrów materiału.
I na tę figurę?
Może być tylko to?
Przód taki, a plecy takie.
A może jednak?
Nic innego nie zrobię, gdyż dbam o firmę.
No dobrze, ale panisiu droga, niech pani aby nie zrobi tej pokrace Burakowskiej
takiej samej sukni jak mnie, dobrze?
Wykonywam każdy obstalunek, jeśli odpowiadam moim warunkom.
Reszta mnie nie obchodzi.
Zaliczka? Pieniądze proszę położyć na stole.
Dziękuję. Dziękuję bardzo, bardzo dziękuję. Do widzenia. Do widzenia,
Dosyć, proszę przestać. Nie życzę sobie.
Co za sen.
To dziwne.
To niepojęte.
Tyle lat już o tym nie myślałam i teraz znowu.
Ach, jak to pysznie, że pani nie zajęta, bo ja mam taki ważny, ważny inter.
Wrócę za godzinę, kochanie.
Do widzenia.
Suknia będzie mi potrzebna w sobotę, za tydzień. I żeby była kloszowa, letnia,
ale strojna, bo mąż przyjechał.
Pani mąż ma oczy podobne do kogoś,
kogo kiedyś znałam.
Jak żywe.
Oczy tamtego.
Mąż mógł przyjechać, bo dostał urlop z orkiestry na 10 dni.
Zanim wyjedzie, urządzę w sobotę małe przyjęcie.
Wynajęłam pianino.
Mam taki... taki szpinet.
Gdyby... może pani mąż...
Jakie cudo.
Mąż pasjami lubi stare instrumenty.
Do prawdy.
Do prawdy on to musi zobaczyć.
No i co?
Spróbujesz teraz?
Zobaczycie. Chwała jesteś. Mistrzyni ci pokażę.
Rozwarte i ogromne.
Oczy czarne, uparte, nieprzytomne.
Oczy czarne, przymglone, najłaskawsze, szalone. Już
na zawsze stracone oczy Twe.
Nadaremnie im bronię się w rozterce.
Czarne oczy, najdroższe oczy Twe.
Oczy.
Oczy, oczy.
Twe oczy.
Ciemne.
Zamglone. I płomienne.
Na boka.
Czy zaświaty mówiły się ze światem na spokój mojej ucieszonej duszy? Na Boga.
Na Boga.
Oczy.
Ogromne.
Zamglone.
Nieprzytom.
i ogromne.
Oczy czarne, uparte, nieprzytomne.
Oczy czarne... Ostatnio ciągle słyszymy tego bluesa. Widocznie panna Walentina
na to pozwala.
Nadaremnie im broni się w rozterce.
Panowanie.
Gieniu, proszę, wnieś.
O tutaj.
Jak przyjdzie pani Rośnicka, to przyprowadź ją do salonu.
Taka byłam wtenczas.
Tak ślicznie ubrana.
Nie w szary cień, tylko w obłok puszyncy.
Żeby choć raz, zanim wieczność roztopi wszystko, żeby choć raz,
czy jeść ciemne oczy, spoczęły na puszystym obłoku.
Tutaj.
Tutaj.
Proszę pani, właśnie pani Rośnicka.
O, już widzę, pani droga przygotowała sukienkę.
Dobrze będzie wyglądał ten fason w pularze, prawda pani złota?
No wygląda po prostu bajecznie.
Jestem po prostu zachwycona.
Dziękuję bardzo.
Jak pani zamierza wykończyć dekolt?
Mój Boże, dostałam kataru. Wszystko przez męża.
I cóż za pamięć? Nie powiedziałam mu o szpinecie.
Haya Goldman, Zamenhofa 15, Warszawa. Dostałem pierwszą nagrodę
na konkursie pejzażu. Całuję mamę, Szymon.
Tak? Tak.
Możesz mi coś powiedzieć o dziewczynie imieniem Madzia?
Madzia?
Nie znam jej, chociaż... Często spotykam.
Jest lektorką.
Ja znam o niej same pochlebne rzeczy.
Samodzielna, talent.
Romance drobne, dyskretne.
Jedno dziwactwo.
Kiedy gra amantkę, zawsze robi się na czarno.
Gdy zjawię się w pobliżu, serce wstaje mi na dwie sekundy.
Potem podprówa do góry.
A jeszcze potem w nocy mam ciężkie, pjane, urzekające sny.
Widzę, że to u ciebie daleko posunięte.
Tak.
Marzę o zdobyciu tej dziewczyny.
Nie wiem tylko, jakiego użyć sposobu.
Nade wszystko, czym zasłonić ten mój reklamowo -żydowski wygląd.
Co ty gadasz?
Wiesz, jakim ponurym fałsercem wydał mi się ten mój nagrodzony obraz?
Brzozy.
Kaczeńce, pasterz, dzieło syna High Goldman, Zamenchowa 15.
Wiesz?
Dzisiaj zazdrosnym okiem patrzyłem na chłopaka pędzącego krowy z pastwiska.
Nie wyobrażasz sobie, jak tęsknię do naturalnego miejsca dla siebie.
I to nie w Jerozolimie, ale w jakimś zakamarku słowiańskich rozłogów.
Coś się dzisiaj napadło.
Ty tego nie rozumiesz.
Nie masz tego problemu.
Wiesz, co zrobię?
Już wiem.
Przyjaciel z Tel Awiwu przysłał mi ją z grejpfrutami jako martwą naturę.
No i co?
Głowa jemeńczyka.
Teraz wyglądasz jak portowy tragar z Arabii.
A co z uśmiechem?
Czy wystarczająco muzułmański?
Chodź, zapięcie mnie. Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie,
nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie.
Wytrzasnąłeś taką mahometańką aparycję.
Dokąd się wybierasz?
Umówiłem się z Madzią. Jestem nieomal chory ze szczęścia. Mam przyjść do niej.
Sam. Mamy być we dwoje. Ja i ona, słowiańska mgławica.
Umieram z chęci, żeby dzisiaj nie malowała ust.
Niech będzie blada.
Aby silne usta ustąpią w pocałunku, bo ten drżą z bólu.
A jasne rzęsy trzepocą na białych policzkach.
Wiesz, po trzech przedpołudniach wspólnej plaży umiem na pamięć wszystkie
na biodrach Madzi i wszystkie intonacje jej głosu.
Popatrz, jak za sprawą turbanu obrzydła obcość stała się obcością
czarowną.
Jemeńczyk może sięgnąć po to, o czym darmo śnił syn High z ulicy Zamenhofa
Nie, wybacz.
Co to?
Co to jest?
To jestem ja, prawdziwa.
Nie cierpię do jej urody. Ona jest u mnie czymś przypadkowym.
Właściwie czuję się dzika.
Pan mnie lubi i pan jest takim surowym, egzotycznym mężczyzną.
Chcę być dla pana piękna i prawdziwa.
O dziewico, o dziewico.
Usiądź proszę.
Co się stało, że mnie odwiedziłeś?
Odkąd umarła matka, rzadko odwiedzałeś prowincjonalną ciotkę.
Rozstałem się z narzeczoną.
Wszystko było dla niej za mało dziwne.
Nawet ja.
Zostanę trochę, proszę cioci.
Pomaluję sobie.
Widzę, że ciocia zadrżała, bo oto wydał się fach siostrzeńca.
Nie sądziłam, aby kiedykolwiek do tego doszło.
Ty tu wyglądasz, Pawełku.
Tam jest ładnie.
Zamek, fara, browar. Tam byś lepiej poszedł.
Ależ proszę, cioci.
Mnie się tu bardzo podoba.
Podoba ci się.
A co mianowicie, jeśli wolno spytać, co ci się tu podoba?
Ten suchnący ściek?
Piękne światło tutaj.
Światło.
Lepiej chodź na obiad.
To będzie tama.
Tama?
Nie chcę, żebyś kompromitował miasteczko, które obrałam za swoją
Nie chcę, żeby niechlujstwo miasteczka zostało ujawnione światu za
twoich obrazów.
Łatwo kwinkować, jak ktoś nigdy na prowincji nie mieszkał. Ależ ciociu,
tu wszystko podoba.
Krążąc po tych zaółkach, uświadomiłem sobie na przykład, Że to, to nieciekawy,
skąd idą płaszczyźnie, nadaje kolor wytwornej makaty. To jest właśnie brud.
Albo, że niektóre fantastyczne formy byłyby ordynarne, gdyby ich nie
zniszczenie.
I tak dużo się już zrobiło.
Choćby ryżdogi, wylane wapnem.
Tego dawniej nie było.
Na straganach mają być teraz muśliny od much.
Jak masz na imię?
Rachela.
Będziesz mi pozowała.
To znaczy, chcę, żebyś za 10 złotych, płatne z dołu, jeszcze kilka razy
zagarnęła cłońce z rzeczki.
To wstyd. To wstyd jest naprawdę.
Co się ci stało na Boga?
Co mnie się stało?
Mnie nic.
Ale tobie, tobie, Pawle, co się stało? Że święty dar boski, talent, zużywasz na
malowanie rynsztoków.
A cóż to właściwie szkodzi? Dlaczego nie ma być rynsztok?
Dlaczego nie?
Dlaczego?
Bo dosyć, że on tu płynie.
I śmierdzi.
I ludzi truje.
Proszę, cioci.
Płynie i śmierdzi. To nie wszystko.
Ale jak błyszczy. O proszę, ta dziewczynka.
Nie widzi brudu, nie czuje zapachu. Ona zbiera słońce z tej strugi.
Słońce.
Słońce. Ani nic uczuciowego.
Nie widzę na obrazie.
Tak, śmiejesz się.
Dla degeneratów im szkaradniej, tym piękniej.
A czyś ty pomyślał, na co narażasz to nieszczęsne stworzenie, które dla twojej
zachcianki tkwi w błocie?
Przecież to tyfus pewny.
To tyfus!
Nie uciekaj.
Powiedz, czy ci przyjemnie moknąć w tym błocie?
No masz.
Mówisz, zbiera słońce. A ona już ma dreszcze. Jest chora.
Co jest?
Co pan ma za interes?
Nic nie jest. Nie mam żadnego interesu.
Namalowałem.
Zapłaciłem.
O, nej. Ja tobie dam malować.
Pożądne dziecko trepnić. Ty bezszedny, ty nieczysty łobuz. Ty pło!
Wymieniam ci imię Marta na imię Sylwia.
Ono lepiej harmonizuje z typem kobiety, który reprezentujesz. Sylwia?
Pięknie.
Jako Sylwia powinnaś nosić medalion na aksamitkę
i koronkowe kołnierze.
I co jeszcze?
Jako śpiewaczka powinnaś dostosować repertuar do nowego imienia.
To znaczy?
To znaczy, że powinnaś zająć się swoim ogrodem, a potem dostosować muzykę do
malw pod oknami, do różanego klombu, a wieczorem do zapachu Maciejki.
Zabraniam ci na przykład śpiewać Pulenka, Ravella, natomiast Schubert,
Moniuszko.
Czajkowski. Owszem.
Miałbyśmy dzisiaj pojechać na wieś.
Pojedziemy. Koniecznie tutaj teraz na podłogę musi leżeć gałganiarz.
Gałganiarz? Toderka, tkana przez chłopki ze strzępków odzienia.
A twój mąż nie chciał przyjechać?
Zatelefonował, że patinci nie chcą go puścić.
Mariaci jakieś głupie, czy co?
Tworzenie straszyć?
Noża na cudzą żywiznę łapać?
A kto pozwolił cudzy grunt odgniatać?
Wąd stąd! Tu nie jest żaden dla obiewych światów interes.
Świetna była.
Jak taka wiedźma, z jakiegoś rądu ostatecznego.
Może prowost?
Ten z brugi.
Gęsi, szalona baba.
Strasznie dużo charakteru.
Widzicie co?
Przemaluję obraz.
Włożę tę scenę do mojego młyna. O!
Kałganiarz! No, piękny.
Wietrzy się.
Wczoraj był pożyczony sąsiadom na jarmark.
My to już ani wozu, ani konia nie mamy.
No to jak? Sprzedacie?
Sprzedacie mi go?
Cóż za doskonały dobór kolorów i przyjemnych wzór.
No nikt go z posia sprzeda, no skoro konia nie ma, to i tak się na nic nie
wstydza. Ta pani dobrze zapłaci, no tak sobie coś wymyśliła.
No to jak? To jaka będzie zapłata?
Dwa razy tyle.
Wy sobie go i złożę.
Możemy zajrzeć do izby?
Zobacz, jaka ładna filiżanka.
Aha. Stara, ale dobrze zachowana.
Słuchaj, inska. A skąd oni to mają?
Pewnie jakiś dziadek przywiózł.
Świetna do twojego domku.
Paweł! Chwacie tu gotówkę, filiżanka nam się spodobała. Do widzenia.
Zostańcie z Bogiem!
Słuchajcie, to są wieńce od uroku.
Paweł, Sylwia, no chodźcie tu.
Sylwia musi by tego całe mnóstwo zawieszać na ścianach. Na Boga Świętego?
Teraz mi znowu ziele kradną. Diobły jakie, czy co?
Nie ma mowy o kradzeniu. Przecież ja za to zapłacę, nie?
Zapłacić? Ojej. Na poświęconą rzecz?
Nie ma takiego prawa, Judaszu, tu nie ma.
Ale, droga pani, jak nie, to nie. Nikt wam gwałtym nie odbierze.
Oni jeszcze wieś spalą.
To szatan!
Te cygańskie wękarci!
To był udany dzień.
Zdobyliśmy dwa zabawne przedmioty dla naszego domku.
I chyba najcudowniejszy świat dla nas, Pawle.
Tak. A wianówki właściwie możesz sobie, Sylwia, upleść sama.
Znaczy się na urokach, prawda?
A któż by je poświęcił? Te nasze cygańskie węki.
Będziemy musieli mieć się bardziej na baczności.
Przyjedzie moja siostra.
Klara.
Z synkiem.
Chcę dokończyć domik swoich wier...
Skopię ogródek.
Wyplenię.
Biorę truskawki.
Rozgniotę li...
I pozabijam wszystkie cudze psy.
Piotruniu... Dlaczego zaraz rozgnieść?
Dlaczego zabijać?
Nie można.
Mamusiu, popatrz!
Oj, o co chodzi?
No i dlaczego ten nieład?
To wszystko jest bardzo potrzebne, tak już musi zostać.
Nigdy bym nie dokończyła tego tamiku.
Zawiertałam wszystkiego.
Autobusów, terminów, telefonów.
Tutaj czuję się szczególnie dobrze.
Napisałam już trzy wiersze.
I czuję jeszcze jeden.
Szczególnie gorący.
Pluszczę gdzieś na dnie mojej świadomości.
Nie będę się przymuszać, żeby go wydobyć.
Poczekam, aż wybuchnie sam.
Ej, pani Amor, spokojnie.
Amor, spokój.
Spokój, Amor.
To jest.
To.
Ale beksa. Piotruś!
Piotruś!
I dlaczego się nie powiedział mamusi, Piotruś?
Dlaczego nie mojego syna użyli?
No.
Nie płacz, nie płacz.
Nie płacz.
To dła.
Puszczem dziecko samopad.
Wiersz nabrał rytmu.
Trech natomiast ciągle pozostaje jeszcze niewiadoma.
Chwytam gesty, spojrzenia, błyski oczu.
Przerabiam to wszystko na słowa.
Żadne z tych słów nie da się użyć do gorącego
wiersza, który mnie nurtuje.
Mamo, zobacz ten kamień.
Nieobecny jak on.
Otrwają w przestrzeń.
Zostają.
Gdzieś.
Mamo, mamo.
Mamo, mamo, zobacz ten kamień.
Boże.
Gdzież jest ten wiersz?
Proszę cię, Piotrusiu, odejdź.
Gdzież jest?
Gdzież jest ten wiersz o Piotrusiu?
Przeźroczystym i trwałym, jak myśl.
Gdzież jest? Mamo, mamo, zobacz ten kamień. Proszę cię, proszę.
Nie męcz mnie, odejdź. Nie męcz mnie, nie męcz, odejdź.
Bądźcie klaro, jak ty traktujesz dziecko.
Laro.
Bądźcie klaro.
Codziennie to samo, Janek i Janek. Diabeł, nie dziecko.
Istny diabeł.
Janek!
Janek!
Janek!
Pójdźże tu!
Ja... A, siedźże.
Siedźże dmoro.
A odbywaj się.
Odbywaj się po ludzku.
To nie jest hycel. On mądry. Przy mamie albo przy nauczycielu.
To taki potulny, taki cichy, jak ta krzywa bieda. A z chłopakami to się
że mało kości nie poprzetrąca.
Idź, że powadę do studni. Jakiś taki osiłek.
Diabeł nie dziecko, diabeł.
Janek!
Koszule męskie na trzecią zamówione, a jedna suknia na czwartą.
Suknią dużo kramu, bo cała trwa albanek.
Więc nie mogę biec z koszulami, chociaż leżą gotowe.
Janek!
tylko to imię wołać i wołać. Zawsze tylko tego chłopaka z dalekości
Janek!
Janek jak gdyby trochę przystał do domu.
Maciorka się oprosiła, to chętnie posługuje przy chlewiku.
Znosi też susz, biega po chleb do piekarni.
Wszystko chyłkiem bez wagi.
Wsunie wiadro za próg, rzuci na stół razowiec, podetchnie chrustu, a to
podetchnie drewek pod kuchnię.
I nic, żadnego oddechu nie zauważysz.
A spojrzysz na niego, kiedy on coś dźwiga, to tak rozgładzi twarz,
tak zamknie w pojrzenie, że wygląda jak ten księżyc.
Któremu chmury nie ciążą.
A jak go posyłam z bielizną, to ogromnie szybko zanosi. I nigdy nie myli adresu.
Janek!
Pójdżę tu!
Janek!
Dla pana mecenasa do hotelu. Tak.
Gdzie moje koszule?
Miały być na dziewiątą, a teraz pierwsza.
Co?
Musiałem sam przychodzić?
Koszule przecież... Janek już o ósmej. Janek nie Janek. Ja do tej pory w domu
siedzę, a bielizny nie ma.
Już on mnie popamięta.
Coś ty zrobił.
Coś ty zrobił z koszulami?
Koszulami? A tu leżą. Gdzie leżą, zmoro przeklęta? Gdzie leżą? A tu, zara.
Ja mam je pokaże. To ja ci pokaże.
Mamo, tutaj nie można.
Skorupy kamienie jakieś, koraliki.
W gnoju takiego to szczeniaku pilnujesz.
Pójdziesz, pójdziesz ty diable.
Nie ma Janka.
Jest diabeł.
Znam zliczone sposoby pocałunków.
Pieszczot. Zliczone sposoby na rozkosz.
Znam to wszystko nie tylko z praktyki, ale i z wrodzonego talentu.
Jak stała?
Jak skala na dnie morza.
Zamiast się ze mną pieścić, doznawać rozkoszy erotycznych, ty najchętniej
mereczki. Po obiedzie natomiast, zamiast się kochać, no, żeby woli słuchać
orkiestra.
Wieczorem nad miłość przekładasz czytanie przy świecach, a w nocy
żądasz spokoju.
Stefaniu. Czy po to, po 20 latach małżeństwa, zostawiłem żonę i dwóch
synów? Chyba wiesz, jak potrzebuję twojego młodego, pięknego
ciała.
Dlaczego? Tak rzadko dajesz mi okazję do błyszczenia młodejką.
Nie śpij, nie śpij!
Fuj na tamten brzeg! Fuj na tamten brzeg!
Jakże tam, panie Shulim?
Takie powodzenie.
Nie ma powodzenia, proszę łaski pana mecenata.
Żona trzeci rok chora.
Syn się spalił ze wszystkim. Cały dom i sklep.
On teraz pojechał do Ameryki. Tam jest wujek. On jemu
przysłał szifkartę. Aha.
A synowa z wnukami.
To ona przyszła jeść mego chleba.
Ciężko wam. Co?
Robić napych? To nie dla was robota.
Proszę wielmożnego pana mecenasza.
Siłę to ja mam.
Ale powodzenie słabe.
Żona chora.
Ty się spalił ze wszystkim.
Pan mecenas będzie spokojny.
Rysztik za godzinę, a bramek przyjedzie.
A tego Żydzi napracuje.
Macha kijem jak trzaską.
Ale nie stać dziada na młodość.
Przed kwarcukami więcej trzeszczało.
Skóra jak młodzieńca.
Nieprędko położycie mnie do trumny.
Czuję!
Czuję!
Czuję!
Uciekła.
Jaj, jaj, takie nieszczęście. Nielmożny pan musi skakać do mnie.
Ja trzymam te balie. Pójdź,
pójdź szybko.
Abramka wezwały do majestatu, a ja jego szukałem. Często było opóźnienie.
A jak ja jego znalazł, to on nie mógł się zwolnić. Ja dałem
pieniądze na obiad twojemu wnuczku i zaraz popłynąłem.
I ja jeszcze, chwała Bogu, zdążyłem.
A tamta krypa to jest jednego, co go wzięli do wojska.
Jak kto ma siłę, to można na tamtej krypie pychować.
Łapać złodzieja! Złodzieje! Dronie jedne! Złodzieje! Łapać złodzieja!
To się po to drzewo trudzi, żebyście bydlaki zielone rwały?
Dronie jedne!
Taki owoc marnują, żeby zamiast choć śliwek do nich zielone renety ćpać będą.
A jaka siostra ma tu wygody?
Domowisko jak grób.
Ogród dziczyje.
Światła ani wody.
Żadnej kulturalnej rozrywki.
Z dobrego serca radzę.
Sprzedać do diabłu.
Wymówiłam służce posługi.
Wojteliki zostały, ale bez pensji. Mogą mieszkać w izbie, w przebudówce.
Dopatrunek owoców za to, że mi wody nanoszą i drzewa narąbią.
Dech dziurały.
Okna żadnego nie można domknąć. Próchnica taka.
Wszędzie pełno szczelin zatkanych szmatami, jak w dziupli.
A podłoga chodzi jak klawisze.
Jak przydam gruszki i ręglody, to będą pieniądze na remont domu.
Nieraz po dobrej woli łatałem dach.
Trafiało się, że my z synem przez dwie albo więcej godzin siedzieli na górze.
Ale i tak przy najbliższym deszczu znowu ulało do środka.
Od czasu, kiedy po śmierci ojca pani cofnęła mi pensję.
Nie kopię już i nie orze w ogrodzie. Koń został sprzedany.
A w piecach pali pani sama.
Te izby, co to dostałem za stróżowanie. Gdzie inni mogę mieć lepszą?
Żadne objawienie.
Ściany. Kiepsko ogadzone, grzyb w podłodze.
Tyle, że ja lubię drzewa.
Przecież dobrze o tym wiesz. Nie będzie środków na remont domu.
Melwino, pakuj się i jedź ze mną.
Mnie się załatwi ci posadę.
E, te chałupy się sprzeda.
To drzewo jest żywe!
Pani!
Pani!
Żywe? To niech zdechnie. Czy to jest żywe?
Co tu stoicie?
Cuda to robią?
Jak?
A pani myśli, że nie widzę, co się dzieje?
Pnie stoją nieobielone. Nie okopała pani jabłonek. Nie żyli pani gnojówką.
Pani! Czy pogniewała na drzewa? Tak.
Bo ona mnie zdradziła. Ona mnie zdradziła.
Nie wolno. Nie wolno myślić się na drzewo.
Panie Wojtanku, co słychać z panną Malwiną?
Ej, mnie się zdaje, że tu niedługo wcale o niej słychać nie będzie.
No, a nie sprzedała wy pani?
Nie? Nie?
Kto panu powiedział, że nie?
Pewnie, że sprzedała tę nędzę.
Moja biedna Malwino.
Bardzo słusznie, pani Malwino. Została pani sama, z ogrodem, któremu nie można
nastarczyć i z domem za plecami, uciążliwszym jak garb. No, ja pani
Jakby interesa, panno Malwino, bo owocu bardzo mało, ale ceny dobre. To się pani
odbije, prawda?
Nic się moja pani nie będę odbijać. Dosyć mam łachmaniarstwa.
Brat wciąż pisze.
No, wszystko sprzedam, wyjadę i koniec.
No, no, no.
Pytkoscy z matką się pożarli.
A tę Ludwisiową mąż pijanica znowu pobił.
Starostki się kłócą od padek.
Pan aptekarz z jakimś obcym przyszedł. Bazał powiedzieć.
Muszę już iść.
Do zobaczenia.
Ale śliczna.
Niech Wojtelikowa poleci do sklepu po cukier, dobrze? Tak.
Co teraz mam powiedzieć?
Aha. Tyle gotówką, tyle wekslami.
Żero musi być solidne.
Rejent na kosz kupującego. Chyba tak mam czystą.
Lepiej zaczekać chwilę.
Tak.
Tak.
Trzeba poobłamywać pędy, żeby więcej toku
było w owoce.
Bóg jeden wie, kto będzie zbierał te jarzyny.
Czwódź jest daleka.
Pomidorową naciął.
Tylko od octu puszczą farbę.
Czy jest ocet?
Wojtarik! Wojtarik, idźcie tam do mnie!
Idźcie, powiedzcie panu aptekarzowi, że mnie ukraińskiej nie było.
To... niby... co mam powiedzieć?
No, że ja... No, że ja... nie wiadomo gdzie ja jestem.
Przecież ja taka brudna to nie mogłam pokazać się obcemu. No, te żadne skarby
świata. Nie mogłam, nie.
Rzekłem, to poszli sobie.
Ciarka.
Zostało parę groszy, to myślę sobie wezmę.
Bo na tej róży przy ganku lipki znowu są podwijane.
Aha!
Trzeba wynieść łóżko.
Będę nocowała w ogrodzie.
Zobacz, Jędruś, tam, tam, tam.
Chcesz, żebym ci dała księżyc? Chcesz? Daj, daj.
Dmuchnij, Jędruś, to księżyc gaśnie. Dmuchnij.
Czego Jędruś chce? Mama!
Księżyca mu się zachciało.
Dlaczego on tak późno w ogrodzie?
Proszę pana, jesień idzie, to i nobką się spieszy.
Tak, księżyc?
Księżycowi się śpieszy.
Czy zamówiłeś pakium Mistiga?
Tak, zamówiłem.
Ale możemy pójść do niego, przypomnieć mu o nich.
Mam sześćdziesiąt słoików konfitur i czterdzieści flaszek tomatu.
Wiesz, że napisałem osiemnasty rozdział? Książka jest prawie skończona.
U nas dziś święto.
Nasz ojciec poszedł już do Bożnicy.
Przybyliśmy przypomnieć o pakach. Tak, tak. Państwo na pewno otrzymacie te
Tam właśnie jest Bożnica.
Proszę cię, chodźmy zobaczyć.
No chodź.
Chcę wyraźnie miłego dnia.
żywot swój położył i moc nieczystą, z którą czart się srożył, starł
i ukrócił.
Święty Kosmo i Damianie, Fabianie, Sebastianie,
Święty Grzegorzu i Ambroży, Augustynie,
Hieronimie, módlcie się za nami.
Chwalcie imię Jego, bo jest łaskawy Pan.
i na wieki miłosierdzie Jego i od rodzaju do rodzaju prawda Jego.
O Jezu!
Niech
żyje!
Czego? Dywat nieboszczka albo co?
Pięknie i się zmarło.
Proszę pani, nie ma co rzec.
Rano była u komunii świętej, potem cały dzień cywało toto przy ołtarzu.
Aż i usnęło na szczęk.
Wielkie to szczęście taka śmierć.
Zgodnie z Bogiem, a szybko.
Co jest?
Co jej było?
Jeszcze wczoraj chodziła po rynku.
Jak to nie ma dzieci, ani żaden majątek.
Dlaczego on ma umrzeć prędko? Aj, aj, aj.
Taka szybka śmierć to bywa na serce.
Una ma zgięte kolana, trzeba stosować.
Dla umarłego najważniejsze jest dobre położenie.
Zimna tajemnica.
To sama co twoja gata.
Pobądźmy tu jeszcze trochę.
Tak.
W Bożnicy nie krzyczeliśmy do Boga.
Nie brataliśmy się ze świętymi.
Niewieleśmy też okazali względów jednemu ciału Agaty.
Sen tej nocy nie do nas należy.
Złajmy.
Jerzy.
Dmuchnij.
Dmuchnij jak Jędrzej.
Zobaczcie, jak mocno jest.
Witamy, witamy panią ministrową.
Dzień dobry.
Dzień dobry. Pytana się?
Padam, za dużo się radzę.
Iza, swą samotnością chce nękać nasze sumienie.
Iza nigdy nie zwierza się.
Nie narzuca się ludziom.
Uwielbia kogoś, a potem nagle przestaje zauważyć.
Ja przynajmniej źle bym się czuła w tym uwielbieniu.
Pokazywała mi swoje drzeworyty.
Takie realistyczne robi.
Ale zawsze już bramka.
Zawsze wie się, że ona czegoś chce do szaleństwa.
I nigdy tego nie powie.
A gdy się ją o to pyta, odpowiada bolesnym uśmiechem.
Nigdy nie przebaczy, gdy ktoś odgadnie jej pragnienie.
Wydaje mi się, że jest bardziej męcząca od innych.
Zapraszam wszystkich do siebie.
Na wieczór pożegnalny.
Jaka piękna karafta. Stara.
Ja idzie pomogłam. Ja to urządziłam.
Proponuję spatel nad zerkę.
Tak, tak, tak.
Czekamy jeszcze na Jerzego i Krystyna.
Czy słyszycie bezgłosy chór tych pięknych przedmiotów szczęśliwych, że są
Dopóki jeszcze nie zmącono ich harmonii.
Jędruś nie chciał spać.
Słuchajcie, zalecam jeść tort razem z Irlandą okruszkową.
Tak dobrze!
Ci, jacy są intensywni, zupełnie gogeą.
Mam dowód.
Mam dowód fałszu.
Wasze życie jest kłamstwem.
Byłam umarty w lipcu, kiedy nikogo nie kochała.
Śpiewała pięknie.
Teraz co?
Zakochała się w Pawle i milczy. Więc po co są pieśni miłosne? Po co jest sztuka
śpiewu? Żeby śpiewaczka milczała, kiedy kocha?
Co ona?
Jeremi też jest kłamcą.
Boga niby szuka wszystkimi swoimi zmysłami.
Boskiego niby sensu jest ciekaw w tym, na co patrzy.
A to nieprawda.
On to robi przez pychę.
Bo boi się patrzeć zwyczajnie, jak dziecko.
Patrzeć tylko dlatego, że świat jest taki ładny i niezrozumiały.
Mena. Cóż znaczy ten męski styl?
Stroi ludzi.
Nakręca ich jak pozytywki.
Rządzi się cudzymi ogrodami i uczuciami.
Dlaczego?
Miłości do piękna? Do sztuki?
Cała ta komedia de l 'arte to kłamstwo. Co ją naszło?
Wyrzuć tę szmatę.
Iza.
Do tego, co uwielbiasz, lepiej być nago.
Tak.
Trzeba nam wszystkim prawdy.
Trzeba na gości.
Wariatka.
Nagusieńka. Zostawcie ją.
Iza! Stój! Iza!
A co to?
Zimne takie.
Oj ludzie, ludzie.
Nie trzeba w nocy w polu hałasić.
Nie trzeba kusić złego.
Dzień jest dobry.
Noc czarna, niezdarzona pora.
On cię nie widział.
To ślepy pastuch.
On dlatego tak prosto i śmiało idzie przez noc.
Bo jego świat jest w nim samym.
O, popatrz.
Stanął na drodze i krzyżem żegna księżyc.
A teraz odwrócił się i nas żegna.
No chodź.
Maronocna.
Ciebie już zażegnano.
Chodźmy. Ja się boję nocy.
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.