All language subtitles for Czarne chmury odc 10 Poscig

af Afrikaans
ak Akan
sq Albanian
am Amharic
ar Arabic
hy Armenian
az Azerbaijani
eu Basque
be Belarusian
bem Bemba
bn Bengali
bh Bihari
bs Bosnian
br Breton
bg Bulgarian
km Cambodian
ca Catalan
ceb Cebuano
chr Cherokee
ny Chichewa
zh-CN Chinese (Simplified)
zh-TW Chinese (Traditional)
co Corsican
hr Croatian
cs Czech
da Danish Download
nl Dutch
en English
eo Esperanto
et Estonian
ee Ewe
fo Faroese
tl Filipino
fi Finnish
fr French
fy Frisian
gaa Ga
gl Galician
ka Georgian
de German
el Greek
gn Guarani
gu Gujarati
ht Haitian Creole
ha Hausa
haw Hawaiian
iw Hebrew
hi Hindi
hmn Hmong
hu Hungarian
is Icelandic
ig Igbo
id Indonesian
ia Interlingua
ga Irish
it Italian
ja Japanese
jw Javanese
kn Kannada
kk Kazakh
rw Kinyarwanda
rn Kirundi
kg Kongo
ko Korean
kri Krio (Sierra Leone)
ku Kurdish
ckb Kurdish (Soranî)
ky Kyrgyz
lo Laothian
la Latin
lv Latvian
ln Lingala
lt Lithuanian
loz Lozi
lg Luganda
ach Luo
lb Luxembourgish
mk Macedonian
mg Malagasy
ms Malay
ml Malayalam
mt Maltese
mi Maori
mr Marathi
mfe Mauritian Creole
mo Moldavian
mn Mongolian
my Myanmar (Burmese)
sr-ME Montenegrin
ne Nepali
pcm Nigerian Pidgin
nso Northern Sotho
no Norwegian
nn Norwegian (Nynorsk)
oc Occitan
or Oriya
om Oromo
ps Pashto
fa Persian
pl Polish
pt-BR Portuguese (Brazil)
pt Portuguese (Portugal)
pa Punjabi
qu Quechua
ro Romanian
rm Romansh
nyn Runyakitara
ru Russian
sm Samoan
gd Scots Gaelic
sr Serbian
sh Serbo-Croatian
st Sesotho
tn Setswana
crs Seychellois Creole
sn Shona
sd Sindhi
si Sinhalese
sk Slovak
sl Slovenian
so Somali
es Spanish
es-419 Spanish (Latin American)
su Sundanese
sw Swahili
sv Swedish
tg Tajik
ta Tamil
tt Tatar
te Telugu
th Thai
ti Tigrinya
to Tonga
lua Tshiluba
tum Tumbuka
tr Turkish
tk Turkmen
tw Twi
ug Uighur
uk Ukrainian
ur Urdu
uz Uzbek
vi Vietnamese
cy Welsh
wo Wolof
xh Xhosa
yi Yiddish
yo Yoruba
zu Zulu

Original subtitles

Pułkownik Krzysztof Dowgird, oficer wojsk elektorskich, wypowiada służbę i

licznych przygodach przybywa do Warszawy, aby ujawnić nieprawości,

dopuszcza się na ludności pruskiej namiestnik elektora von Holstein.

Jednocześnie do Polski jedzie delegacja mieszczan pruskich, aby prosić

Rzeczpospolitą jedyną siłę, która może im pomóc, o ratunek.

W ręce pułkownika dostaje się tajna lista nazwisk kilku polskich magnatów

przekupionych przez elektora.

Wszelkie wysiłki iknowania von Holsteina i margrabiego Ansbacha, którzy chcą za

wszelką cenę odzyskać tajny dokument i skompromitować Dowgierda, pozostają

daremne.

Intrygi zostają zdemaskowane.

A von Holstein ginie w pojedynku z ręki Dowgierda.

Delegacja mieszczan pruskich nie dociera do Warszawy.

Wpada w ręce bandy opryszków działających na zlecenie posła

Dowdirk z towarzyszami rusza na odsiecz, dostaje się do bandyckiego gniazda w

Wilczych Dołach i po ciężkiej walce uwalnia delegatów.

Miłość cielnego pułkownika do pięknej Anny Ostrowskiej, ulubienicy Hetmana

Sobieskiego, spotyka się z wzajemnością. Jego oświadczyny zostają przyjęte.

Zaczynają się przygotowania do uroczystych rękoń.

Ale przebiegły Markrabia Ansbach knuje jeszcze jedną intrygę.

Podstępem zwabia Dowgierda do rezydencji elektorskiego posła. Więzi go tam

pobitego przez Knechtów i chce żywego uprowadzić do Prus.

Wierny wachmistrz i przyjaciel Kacper próżno szuka po całej Warszawie swego

dogódcy.

A czarny zamknięty powód ze znakami elektorskimi gotów już do drogi.

Dziękuje wielmożnemu panu.

Stokrotnie... Już ja cię dostanę!

Moje łapy!

Waść drzwi rozwalisz.

Kroś! Jego miłość pułkownika Dowgierda natychmiast!

Pana pułkownika Dowgierda nie ma.

Wyszedł.

Uwierz!

Wejdź, Waść, sam.

Zobacz.

Witajcie, mężczyznaki!

Cóż to, na służbę do elektora wracacie? Trzeba było wcześniej, to by was czarnym

powozem zabrali. Jakim powozem? A przed chwilą w eskorcie rajtarów odjechał. To

mało nas nie stratowali obwiezie.

Majstrowu, dokąd?

No i patrz wasze, odjechał.

Dlaczego nie ma Krzysztofa?

Nie wiem, Aniu.

Zapytajmy pani ciotki.

Cioteczko, gdzie Krzysztof?

Duchem Świętym ja nie jestem.

Dokumenty są u mnie.

I to jest najlepszą rękoją.

Że im się to wgierdowi, nic nie grozi.

Proszę panów do stołu.

Proszę wasz mość państwa do stołu.

Prosimy.

Pan pułkownik!

Krzysztof! Pułkownika!

Porwali!

Pamiętaj się!

Porwali go! Lektorscy czarnym powozem wywieźli!

Być nie może!

Magdy!

O, trybań!

Spod boku króla szlachcita porwać?

Chodźcie, marszałku! Aż dotychczas w razie wrócić!

Gdzie jest Anna?

Moja krew!

Mości kapitanie!

Czy przejeżdżał tędy czarny powóz elektorski? Przejeżdżał. Co się stało?

Pułkownik Dobgirth porwany.

Mamy go.

Jazda!

Jazda!

Stań! Z konia!

Z konia!

To gwałt! Mości panowie, to gwałt!

To potrzeba księcia elektora.

Otwieraj mociłe prozwale!

Złożę skargę jego ekscelencji.

Skarż się samemu diabłu.

Można jechać?

Jedź.

Na koń!

Jazda!

Gdzie Krzysztof?

Gdzie Krzysztof?

Głęboko wierzę, że miłościwy pan nie dopuści, aby w jego przytomności ludzie

elektorscy bezkarnie szlakcica porywali i więzili.

To gwałt Rzeczypospolitej zadany! Wstyd! Hańba!

Hańba! Wasz mościowie!

Po próżnicy gęby strzępimy! Trzeba się nam zbrojnie o imć pułkownika do gierda

upomnieć! Wojsko, słuchaj! Prędko elektor zapomniał, jak lednikiem

Rzeczypospolitej był!

Rusy, książęce, do korony powrócić! Winny w tej ohydnej zbrodni pod sąd!

Pod sąd!

Mości panie! Co się stało? Turcy całą swoją potęgą nad granicą Rzeczpospolitej

spadeli!

Ojczyzna w niebezpieczeństwie!

Zgody nam trzeba, panowie bracia!

I sojusznika, który by własnym wojskiem siły nasze wspomógł!

Pułkownik Dowgird dziesięciu tysięcy rajtarów nie zastąpi!

Sprawa jednego człowieka!

Nie może zaważyć o losach Rzeczypospolitej, na którą oczy całego

są zwrócone.

Bóg mu to pomoże.

Nie o jednego człowieka tu idzie, a o Rzeczpospolitą,

która drogo za brandenburską pomoc dopłaci.

Torściły ma korona!

aby sama potęgi otomańską rozgromić.

Nie no, żeby jej w tym nikt nie przeszkadzał.

A tam w brusie książęcych jest brud, który podstępnie

słabości nasze wykorzystuje.

Gwałt zadany pułkownikowi Dobgierdowi do obraza majestatu.

I całej Rzeczypospolitej. Hańba!

Już nawet pod bokiem jego królewskiej mości.

Pewnym życia i substancji być nie można. Nie ma bezpieczeństwa. Nie ma

poszanowania praw.

Widzieliśmy wczoraj pułkownika Dowgirda. Przybył do nas odebrać glejt.

Księcia elektora zwalniający z twierdzy jego przyjaciela, chorążego Odrowomuza.

Pułkownik Dowgird wyszedł z naszej rezydencji.

A dokąd się udał? Bóg mi świadkiem. Nie wiem.

Masmościowie, przyszliście to nam tłumaczyć?

Ty najjaśniejszemu panu.

Wielka gorycz panuje w moim sercu, że tak znakomity wódz i polityk może wątpić

szczerości naszych intencji.

Książę elektor przesyła przez nas zapewnienie.

miłościwie panującemu Michałowi Korybutowi Wiśniowieckiemu, że całym

Wojtkiem w razie potrzeby u boku Rzeczpospolitej stanie.

Jego królewska mość zwoluje Sejm Ekstraordynaryjny, na którym deliberować

będziemy, jak przeciw Turcji obronę obmyśleć. Zwoli jego królewski mości...

Rozpatrzenie sprawy imć pułkownika Dowgirda na czas sposobniejszy się

prolonguje.

Czarne chmury zezwierają nad Rzeczpospolitą.

Wasza miłość ciągle gniewa się na swojego sługa?

Chciałem obudzić na czas, bo przyjaciele czekają, a droga daleka.

Połóż z nim. Jazza!

Żadnych wyjści.

Żadnych.

Przyszedł żołnierz pana Hetmana.

Jakże tak można nieszczęść opuścić?

Cicho, dziecko, cicho. My też radzimy, jak twemu pułkownikowi pomóc.

Żadnych wyjści.

Zaprowadzimy wspanialnych do swojej komedii.

Miłościwie nam, w naszej woli panującej, król Michał,

o pułkownika do wgierdania powie się! To my, panowie bracia,

kubą na Brandenburgach pójdziemy!

Na żablach trzy bratów rozwiesiemy!

Proszę, panowie!

Nie po nas wady szukać.

I do króla nie pora iść, bo nijakiego dowodu nie ma, że pan pułkownik porwany

został. Jak, że to nie ma? A czarny powół? To padliśmy go z panem Tarłowskim

młodym odrowożem wbrew prawu. I nic? I nic.

I nic.

A dałbym głowę, że jakimś pan Błazowski na rynku Karetę wziął,

to wsłyszał w środku jęki jakoweś.

Jak to?

Cioł.

Ażem cioł, bo jak opętany jechał, kram wywrócił,

ludzi by poturbował.

W złości jużem ręki utrzymaj ze mnie, mógł.

Zlewam go mcioł, o tak, traf.

Tak, prawda, to sam, że widział, jak znak elektorski na półkę się rozleciał.

Mocno, Waś, gadasz. A tak, raz, znak przez mógł. Oj, czekaj, Waś.

O elektorskim znaku na drzwiach powodu gadasz. No pewnie, że nie o kurku na

dzwonniczy.

Nie zuda.

Tamten znak był cały.

A żywo, o to chodzi. Ale hetman nic mogę widzieć, nie chcę.

Jak to?

Nie wiesz, że w Tureku gród Rzeczpospolitej stoi hetman pułkowników

zoo?

Tak ja chcę swego pułkownika przed jego oblicze stawić.

Gdzie pułkownik ma? Nie wiem, tylko drugim pomożem to wywieźli. Nie może to

Jako żywo, o to chodzi. Ja muszę, muszę hetmana widzieć. Nie, tu rozwagon

działać trzeba, tylko imś Kalinowski może pomóc, aby hetman wasz mościł przez

swoje oblicze dopuścił. To wołaj go.

Pamiętaj, że w naszym klasztorze zawsze przyjaciół znajdziesz.

Cudanana. W jakim klasztorze? Będziesz musiał, panie Jędrzeju, swe grzechy

wyzpowiadać, otco.

A właśnie, nie dam szalnego popić, otco. Oto, oj, zagra na rację.

Tam w klasztorze nie tylko przyjaciół znajdziemy, ale i języka zasięgnąć

można. To jedyny katolicki klasztor, co się w Prusie książęcych ostał.

Chytry podstęp.

Wszystkich na spore wymioty.

Pojedzie, że weźcie.

Zestanę świtem i panu na modrową rzęb. Pułkom nie ma z tego szukać.

A wasz mością... Dziękuję.

Nam, wasza miłość, razem zimić panem kaw, z którym jechać wypada.

O to chodzi, o to chodzi.

Wasza wola.

Ja wam teraz, jeno, dobre słowo mogę dać.

Ikonie, jakie mam najlepsze.

Ojczyzna w niebezpieczeństwie, jeno, patrzeć jak Turek w głąb

ruszy.

Półkomika swego w koronie pewno już nie znajdziecie.

A w Prusie, w Książęcyk, elektor teraz twardą ręką rządzi.

Wieści dochodzą?

że dragoni księcia Bogusława w rozsypkę idą, ku koronie dążą.

Będziecie wasz mością jednami.

I wtedy miłosierny Bóg, który jedynie władzę nad nami i opiekę

sprawuje, otworzy swoje dobre serce i przebaczy ci, synu.

Gdyby żył brat Józef, Panie, świeć nad jego duszą.

Nie miłosiernego Boga, lecz sprawiedliwego hetmana.

wraz ze mną przebłagać by pragnął. Jeno, Bóg nami rządzi.

Jeno, Bóg, bracie Tomasu, luźnisz.

Może mi zbłądził.

Mniemam, Jeno, że Bóg w swej dobroci wybaczy mnie, staremu żołnierzowi,

to, że nie tylko o duszę bliźniego, ale i o jego grzeszne ciało się troszczę.

Bracie Tomasu!

Nie kłóćcie się.

Choć nie sąd ostateczny, nie wiadomo jeszcze,

do kogo moja dusza należeć będzie.

Witam, panie lekarzu.

Widzę, że u zdrajców szuka pan gościny.

Ciąże, lektor.

Nigdy nie przebaczy tym, którzy jego wrogowi w ucieczce dopomogli.

Nie, lektor.

Bóg moje czyny sądził będzie.

Braciszkowie nie zdrajcy.

Wiernie Bogu i ojczyźnie służą.

Oficer przedł.

Tać! To moi ludzie. I tylko ja im rozkazuję.

Z rozkazu księcia elektora, Wszystkie obce regimenty miały być wytopane z

księstwa.

Skracił pan swój oddział, panie ruchmistrzu.

Tylko ci dwaj pozostali?

Do domu żołnierza rozpuściłem, bo na elektorskim żołdzie

brzuchy im do krzyżów przyrosły.

Do Rzeczypospolitej nie ma pan powrotu?

Kada czeka.

Szkoda takiego żołnierza.

Chętnie pana pod moją komendę przyjmę.

Widzicie, braciszkowie?

Nie tylko niebo o moją duszę zabiega.

Panie kapitanie, są.

Jesteśmy, kapitanie.

Dawno cię nie widziałem, Sult.

Pięć lat.

Pięć.

Otwieraj.

Ciąże, lektor. Czeka na pana.

Nie mnie o łaskę prosić będziesz.

Czytasz?

Odnieście go!

Żydem przed elektorem stanąć musi.

To oficer i szlachcic.

Kat niechaj go wiesza.

Ale leżeć go nie pozwolę.

Zabrać to.

Daj ze mną!

Związać go!

Dina. A wiesz, braciszku, że księże lektor niechętnie na klasztor katolicki

Prusie książęcy patrzy?

Bóg mu to wybaczy.

Nie zmierzone jest miłosierdzie polskie.

Alej, Dina, pan rodnictwo li.

Za księcia elektora.

Ale pan lotnictwu, jak do gierda pojmali?

Przyjaciela chciał ratować.

Sam przyszedł.

Sam? O życie Starego Odrowąża błagał. Teraz byś nawet do własnego ojca życie

miał oddał.

Kto był?

Gdyby żył, Stary Odrowąż w loku umarł.

Tę wiadomość mal grabiemu do Warszawy przywiozłem.

Kto mógł przypuścić, że Stary loku nie przetrzyma?

Pirod, mistrzu.

Za zdrowie księcia elektora.

Wina!

Teraz możemy się napić i poczekać, aż Margrabia w Ansbach tu zjedzie.

A Dovgirda kazałem znowu związać.

Wprowadzić!

Brać go!

I tak było.

Dokąd tamten pojechał?

Nie ma sprawy.

Mów.

Mów! Pokaże ci ten pluga wyjątkowo wyrwać. Z mojego rozkazu odjechał.

Dokąd? Do diabła!

Wisieć będziemy.

Niepotrzebnieś.

Łoba nadstawia.

Nie twoja rzecz.

Chorąży. Bodrowąż.

W leckim lochu zmarł.

Łotr.

Czytasz?

Dokąd posłałeś Grzegorza?

Lwie, panie rozbiszczu.

Spokój to ma być.

Tak jest.

Kurt, skocz na do piwniczki.

Może tam coś znajdziesz.

Poczekaj.

Pójdę z nim, żeby się nie podźwigał.

Słabiej, słabiej.

A to jest pusta!

Kapitanie, każ pan sprawdzić posterunki.

Wyra!

Wy!

Gdzie oni przypadli?

Pewnie się nie mogło oderwać od wina pszalnego.

Pójdę po nich.

Wracajcie prędko.

Chodźcie na dół dalej.

Kur... Gdzie jesteście?

Kur!

Nie zdechną.

Ci dwaj dragoni mnie nie obchodzą, ale za Dowgirda ja odpowiadam przed

Mergrabią.

A, zaniesiemy.

Idź zanim.

Zostaw go mnie.

Jeżeli mnie zabijesz, pójdziesz wolnej.

że bądźmy gości w namkresie.

Proszę wsiąść. Na zdrabio.

Pan pułkownik czeka.

Eccelencio!

Jestem do pańskiej dyspozycji, pułkowniku.

Pragnę, ażeby pan zrozumiał, że ja

wykonywałem rozkazy księcia elektora.

Przecież pan doskonale wie,

że księże elektor żąda bezwzględnego posłuszeństwa.

Wybacz, że kazałem na chwilę tak dłużej.

Stój!

Ładnie to tak, miłyczkiem, chyłkiem, beze mnie ze stolicy uciekać?

Pan Hetman kazał... Cicho!

Ty ze mną czy z Hetmanem do łożnicy pójdziesz, co?

Katyn!

Boże święty, większego szczęścia moje oczy nie widzą.

Musisz się, pani, śpieszyć.

Niech już jutro obie pary na ślubnym kobiercu staną.

Na Turczynę iść nam pora.

Proszę, panie rotmistrzu.

Sprawszyki, Witoldzie, abyśmy godnie przed hetmanem stanęli. Z odkazem,

Krzysztofie.

Koster, daleko idźmy od Warszawy.

Daleko?

Daleko. Tak, aż kto już widać nasza dola, panie pułkowniku.

Zwrotu!

Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.