Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
English
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Hungarian
Icelandic
Igbo
Indonesian
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soranî)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
W rolach głównych
KRUK
Scenariusz / Dialogi
W pozostałych rolach
Muzyka
Reżyseria
GDZIEŚ W MAŁYM MIASTECZKU...
- Matka uratowana. - A dziecko?
Nie.
Mój Boże, chyba pan tego nie zrobił?
Zrobiłem. Będę szczery.
Jeśli chce pani wnuka, trzeba zaczekać 6, 8 miesięcy, nie wcześniej.
Poprosi pani zięcia o kolejne dziecko.
- Już tym razem miał kłopoty. - Sąsiad mu pomoże.
Niech pani nie płacze. Najważniejsze, że pani córka żyje.
SZPITAL MIEJSKI
- Pośpiesz się, pora odwiedzin. - Właśnie skończyłam.
- Przestaniesz jęczeć? - Nie mogę się podnieść.
To leż.
- Proszę się nie denerwować. - To zła kobieta.
- To moja siostra. - Przepraszam. Zatem ma pani złą siostrę.
Nie, po prostu nieszczęśliwą. Zawsze była nieszczęśliwa.
Niech pan sobie poczyta wieczorem.
- Czy pani jest żoną dr. Vorzeta? - Tak.
- Czy on pracuje w szpitalu? - Na oddziale dla umysłowo chorych.
- Nie mógłby załatwić mi zmiany łóżka? - Łóżka?
Ten numer przynosi mi pecha.
Jeżeli w nim pozostanę, coś mi się stanie.
Niech pan nie mówi głupstw.
Ma pan gościa.
- Dzień dobry, François. - Dzień dobry, mamusiu.
Dzień dobry.
Przyniosłam ci brzytwę.
Czemu jesteś taka niemiła?
- A czemu ty taka miła dla dr. Germaina? - Jak to?
Bywasz w szpitalu zbyt często. Powiem Michelowi.
- Mój mąż nie widzi w tym nic złego. - A ja, twoja siostra, owszem.
- Jestem opiekunką społeczną! - Jesteś dziwką.
- Dzień dobry, doktorze. - Dzień dobry.
No i co?
- Matkę uratowałem. - Znowu?
- Jak to "znowu"? - Trzeci raz w ciągu sześciu tygodni.
Skoro mi pan nie ufa, to po co mnie pan wzywa?
- Nie będę pana więcej fatygował. - No proszę.
Wiecznie się kłócicie.
- Ja się nie kłócę. - Mnie do tego nie mieszajcie.
- Wystarczą mi kłopoty z żoną. - Małżonka wciąż taka zgryźliwa?
Jest niezmordowana!
Na szczęście mam swoją fajeczkę. No i trunek.
Chodźcie ze mną, pokażę wam nietypowy przypadek gangreny.
Piszczel wyszedł z nogi. Niezły kawał.
Proszę wybaczyć, nigdy nie miałem poczucia humoru.
Dużo pan traci. Zatem Bertrand zobaczy to sam.
- Będzie pan żałował. - Z pewnością.
Zobaczysz, dobry człowieku. Coś niebywałego!
Ma pani tupet! Niech pani to odda.
Zostawia pan listy w kieszeniach. Woli pan, żeby się wyprały?
Zabraniam pani czytać moje listy.
Nie pytam, dlaczego pisze pan do mojej siostry.
- Nie ma pani prawa jej pilnować. - Laura jest zwykłą żmiją.
Porozmawiajmy o chorych. Nr 13 skarży się na bezsenność.
Ten z rakiem wątroby? Pożyje jeszcze ze dwa tygodnie.
- Nie podaje mu pani morfiny? - Dałam mu raz i nawet się nie spostrzegł.
- Kazałem zrobić mu serię zastrzyków. - To mu nie pomaga.
Ma pani pecha. Wracam z apteki i nie mieli morfiny.
Nie wiem, czy bierze ją pani sama czy sprzedaje, ale ma tu być na jutro!
- Proszę posłuchać... - Na jutro!
- Dzień dobry panu. - Dzień dobry.
- Jeszcze nie jadłeś? - Jadłem.
- Więc co to ma znaczyć? - To tylko przekąska.
Doktorze!
- Panie doktorze... - Przepraszam pana.
- Ktoś u mnie zachorował. - Rolande?
Nie, moja siostra. Mógłby pan wstąpić do niej po drodze?
- Nie zrobi to panu kłopotu? - Jestem lekarzem.
Uważaj, bo dostaniesz po uszach!
Nie możesz uważać?
- Są młodzi. - Tak.
- Nie lubi pan dzieci? - Niezbyt.
- I mieszka pan u dyrektora szkoły. - Mam pecha.
- Rolande, bawisz się w odźwierną? - Nie, panie doktorze.
Zobaczyłam pana przypadkiem, kiedy stałam przy drzwiach.
Ciotka zachorowała?
Denise?
Tak.
Podobno.
Panie doktorze, rano przyszedł do pana list!
Położyłam go na biurku.
Dziękuję.
Proszę.
- Dzień dobry panience. - Dzień do...
Niech pan nie zamyka, duszno mi.
Nie robię tego dla pani, tylko dla siebie.
Nie mogę znieść tych wrzasków.
- Używa pani perfum? - Nie podobają się panu?
Powinienem był zostawić otwarte okno.
- Co pani dolega? - Wszystko.
Mam kaszel, gorączkę i czuję się bardzo słaba.
Czuję ból w plecach. U góry, z lewej strony.
- Tutaj? - Tak.
Czy tutaj?
To znaczy...
- A może w środku? - Może.
Osłucham panią. Proszę się rozebrać.
Wystarczy.
Oddychać.
Zakaszleć.
Jeszcze.
Proszę powiedzieć "trzydzieści trzy".
Trzydzieści trzy, trzydzieści trzy...
Nie tak głośno.
Trzydzieści trzy, trzydzieści trzy...
Proszę się położyć.
- Ma pani chusteczkę? - Koszula nocna nie starczy?
Nie. Wezmę swoją.
Oddychać.
Jeszcze.
Oddychać normalnie.
- Przepraszam. - Wejdź.
Przyniosłam ci żurnale.
- Zostań. - Nie.
Wybaczy pani, ale chciałbym zostać sam z panną Saillens.
Naturalnie, proszę wybaczyć.
Wystarczy pół minuty.
- Wie pan, co mi jest? - Nic a nic.
Nie jestem chora?
Chciała pani, żebym ją zbadał.
Do tego rodzaju badania niepotrzebny jest lekarz.
W każdym razie nie ja.
Do widzenia.
Świętoszek!
Mam na imię Rémy.
Może pani już wejść.
Czy to coś poważnego? Nie będę jej męczyć?
- Może pani być spokojna. - Chwileczkę.
Nie będę dłużej udawać.
Przyszłam zobaczyć się z panem. Żurnale były pretekstem.
Nie potrzebuje pani pretekstów.
Tak pan sądzi?
Myli się pan. Może wczoraj tak, ale dziś już nie.
- To pana wina. - Nie rozumiem.
Jest pan wyjątkowo powściągliwy...
ale mówił pan różne rzeczy na mój temat.
Ja?
Podobno umawiamy się w szpitalu na randki.
- Mówią, że jestem pańską kochanką. - Kto tak mówi?
Dostałam anonim. Obrzydliwy list.
Teraz muszę pana unikać.
NĘDZNY ROZPUSTNIKU ZABAWIASZ SIĘ Z ŻONĄ VORZETA
TĄ KURWĄ LAURĄ ALE UWAŻAJ
MAM DOBRY WZROK I POWIEM WSZYSTKO
KRUK
- Dzień dobry panu. - Dzień dobry.
Weź walizki.
- Zanieś bagaż pana do ogrodu. - Dobrze.
Co za podróż! Nie ma nic głupszego od zjazdu lekarzy.
Poza zjazdem psychiatrów.
Nikt nie słucha tego, kto przemawia. Bogu dzięki.
Bo gdyby go słuchano, sala pękłaby ze śmiechu.
Żeby potraktować to serio,
trzeba by mieć audytorium złożone z samych chorych.
Jedyny pożytek z takich spotkań mają lekarze z prowincji.
Mogą sobie zdradzać żony z paryżankami.
Jestem już na to za stary, więc wróciłem.
Co się stało, Lauro? Wszystko w porządku?
- Mówiłam ci o wczorajszym liście. - I co z tego?
Dzisiaj przyszedł do ciebie.
- Proszę trzy arkusze znaczków. - Trzysta franków. Pan je chyba zjada.
Ja? To na cele dobroczynne.
Każdy taki arkusz to jeden Chińczyk uratowany od pogaństwa.
Wiara, panno Rolande, uratuje świat!
Dzień dobry, Rolande. Proszę dwa znaczki.
Dziękuję.
Pofrunęły!
- W okamgnieniu. - Nie wiedziałem, że już pan wrócił.
Stary mąż nie powinien zostawiać długo młodej żony.
- Do mnie pan pije? - Dlaczego?
Mam na myśli siebie i ją. Proszę się nie gniewać.
Zwracam panu listy. Pozwoli pan? Znam się trochę na grafologii.
- Myślałem, że tylko na mistyfikacji. - Również.
Jedno nie wyklucza drugiego.
Ciekawy charakter pisma. Inteligentny, bardzo inteligentny.
Aż za bardzo.
Zmysłowy.
Aż za bardzo.
Ale widać też brak elastyczności, wolności.
Nie pobłaża pan życiu.
Jest pan twardy jak skała. Piękna, ale jednak skała.
Nie zjednuje to panu przyjaciół.
Nie mam przyjaciół ani nieprzyjaciół.
Czyżby?
- Zna pan jakiegoś mojego przyjaciela? - Wiem, że ma pan wroga.
- Kogo? - Przepraszam, doktorze.
Blokuje pan skrzynkę na listy.
- Jak minęła podróż? - Znakomicie. Dziękuję, Marie.
- Zobaczymy się w szpitalu. - Dobrze.
- Mówił pan o wrogu? - Właśnie.
- Moja żona otrzymała wczoraj anonim. - Mówiła panu?
Niczego przede mną nie ukrywa. To zaleta mojego podeszłego wieku.
Zresztą ja też otrzymałem rano list.
- Na ten sam temat? - Tak, z dodatkowymi szczegółami.
Pańska znajomość z Laurą miała pozostawić przykre skutki...
Proszę się nie denerwować.
Skorzystał pan z mojej nieobecności, żeby je usunąć drogą operacji.
- Poczęstuje się pan? - Nie.
Delorme, jako ordynator, dostał taki sam anonim.
Oskarża się w nim pana o to, że pomaga pan bezbronnym kobietom
pozbyć się niewygodnego brzemienia.
- W każdym razie uprzedziłem pana. - Gdybym tylko znał tego łajdaka!
I po co zaraz wielkie słowa. Dość dobrze się na tym znam.
Proszono mnie kilkakrotnie o ekspertyzę w sprawie anonimów.
Proszę mi wierzyć, ma pan do czynienia nie z człowiekiem złym, ale chorym.
- Już ja go wyleczę! - Musi go pan najpierw znaleźć.
Może to ten młody zastępca,
który odbiera właśnie list na poste restante.
Albo pan Fayolles, który otrzymał czek.
- Prawda, panie Fayolles? - Słucham?
- Powiedziałem, że może to pan. - Co ja?
- To tajemnica. - Pana zawsze trzymają się żarty.
Jeżeli to nie pan Fayolles ani zastępca, to może doktor Germain.
- Padłem ofiarą chorego umysłowo? - Taki chory często oskarża sam siebie.
- To częste przypadki u anonimografów. - Wspaniale.
Ja pana nie oskarżam, przynajmniej na razie.
- Wielce pan łaskaw. - Ale musi pan mieć oczy szeroko otwarte.
Nie wiadomo, jak daleko mogą zajść te świństwa.
Taka zaraza może się rozprzestrzenić na całe miasto.
- Myślałby kto... - Że co?
- Nic. Do widzenia. - Do widzenia.
A może tym Krukiem jest pan?
Czemu nie?
Ach, to pan. Przepraszam, panie ordynatorze.
Proszę sobie nie przeszkadzać. Proszę siedzieć.
Drogi Bonnevi, jestem bardzo zmartwiony.
Mam nadzieję, że to nic poważnego?
- Dostałem kolejny obrzydliwy anonim. - Znowu?
Dotyczy nie tylko doktora Germaina.
Przeczytam panu.
Będę wielce zaszczycony.
"Stary pijaczyno..."
- To taka stylistyka. - Oczywiście.
"Alkohol mąci ci wzrok.
Nie widzisz tego, co wyprawia Germain, który okrywa hańbą twój szpital,
ani jak fałszuje księgi ten twój łajdak Bonnevi...
Spytaj go, jak pomógł swojemu przyjacielowi Griotowi
w przetargu, dnia 15 stycznia".
Podpisane: Kruk.
Co pan na to?
A pan?
Szczerze mówiąc, martwi mnie to.
Bardzo.
Oczywiście 15 stycznia było między nami coś...
To sprawa sumienia, rozumie mnie pan?
Jak najbardziej, mam ten sam moralny dylemat.
Ja też otrzymałem anonim.
Pozwoli pan, że odczytam.
Oczywiście.
"Stara kanalio..."
Taka stylistyka.
- Naturalnie. - "Lepiej było ci z tym Germainem,
co robi skrobanki. Radzę ci podtrzymać tę znajomość.
Może ci być potrzebna, jeżeli twoja córka Jeannette
będzie nadal spędzała czas w gabinecie twojego ordynatora".
Podpisane: Kruk.
I co pan na to?
To stek kalumnii i kłamstw. Takie jest moje zdanie.
I moje również, proszę pana.
- Denise, weź się w garść! - Daj mi spać.
- Koniec z tym! - Zwariowałeś? Jestem chora!
Chora? Myślisz, że cię nie znam?
Przeleciałaś wszystkich lokatorów poza harcerzykiem i starym kloszardem.
Teraz przyszła kolej na doktora Germaina.
Ale masz gust.
Przypomina parasol i na pewno nie umie się kochać.
- To dlaczego udajesz chorą? - Wcale nie udaję!
Mam bronchit i anginę.
Faktycznie, wyglądasz na chorą. Masz gorączkę?
Pokaż gardło.
Co to jest?
- Kompres. - Z zimnej wody? Gratuluję.
Ty nie udajesz, tylko starasz się zachorować.
Na szczęście dostałem list, który otworzył mi oczy.
- Jaki list? - Ten!
- Dzień dobry, pułkowniku. - Dzień dobry, panie burmistrzu.
- Nie gracie? - Panowie rozmawiają.
- Fayolles otrzymał list. - Najgorsze jest to, że ja też.
- Czemu najgorsze? - Bo jestem człowiekiem publicznym.
Winowajca nie potrafi uszanować nawet urzędnika państwowego.
Smutne indywiduum! Proszę posłuchać.
"Stary dekowniku..."
Mówiłem o tym w czasie mojej kampanii wyborczej.
"Zarządzasz miastem zepsutym
i to zepsutym przez tego Germaina, fabrykanta aniołków.
Oto moje oskarżenie, w trzech punktach:
Punkt pierwszy: Germain łajdaczy się z tą..."
Tu pada nazwisko powszechnie szanowanej damy.
Chyba nie muszę mówić, co należy robić z podobnymi oskarżeniami.
"Punkt drugi: Germain handluje morfiną
i stara się zrzucić podejrzenie na niewinną ofiarę, Marie Corbin,
którą serdecznie pozdrawiam".
- Co o tym myślicie? - A punkt trzeci?
- Trzeci? To bez znaczenia. - Punkt trzeci: jesteś rogaczem.
- Skąd pan wie? - Ja też dostałem anonim.
To zwykłe kłamstwa, ale zrobiło się nieprzyjemnie.
- Jestem odmiennego zdania. - Uważa pan, że to przyjemne?
Mówię o kłamstwach. W tych listach jest odrobina prawdy.
Urocze! A więc sprzedaję lipne leki?
Nie chodzi o pana, ale o głównego oskarżonego, który figuruje w każdym liście.
Nie chciałbym mówić źle o koledze,
ale miałem z nim rano... przykrą rozmowę.
Od trzech lat jestem zastępcą. Po raz pierwszy trafia się ciekawa sprawa.
Nie można aresztować Germaina bez dowodów.
Chodzi mi o wszczęcie dochodzenia w szpitalu.
Nie zgadzam się! Dosyć już tego!
Ordynator nie może sprzeciwić się nakazowi sądu.
Nie, ale ojciec może dać ci po pysku!
- Skoro tak... - Dokładnie tak.
Dobrze tato, ale ja znam swoje obowiązki.
Ma pan tylko jeden obowiązek: zachować ostrożność.
Nasze miasto ma gorączkę.
Proszę spojrzeć. Zrobiłem wykres temperatury.
Zabawne, prawda?
W ciągu dwóch dni wzrosła do 38,2 stopni, a to dopiero początek.
W tym stanie nie przeprowadza się operacji.
Doktorze?
- Co pani tu robi? - Czekam na pana.
Nie mam odwagi zwrócić się do pana w szpitalu, z powodu tych plotek.
- Chciałabym pana przeprosić. - Przeprosić?
Za moje niedawne zachowanie.
Myślałam, że postąpił pan nieostrożnie. Teraz widzę, że jest pan ofiarą.
Wybaczy mi pan?
- Proszę nie mówić głupstw. - Ostrożnie, ktoś może nas zobaczyć.
- A co w tym złego? - Nic, ale musimy uważać.
Myślałam, że skoro nie możemy widywać się publicznie,
może spotkalibyśmy się w jakimś dyskretniejszym miejscu.
Ma pan przeciwko sobie całe miasto. Mogłabym panu pomóc w tej walce.
Dam sobie radę.
Jest pani bardzo miła, ale ja przyzwyczaiłem się do samotności.
Co mi pan napisał w swoim liście?
- Jakim liście? - Tym, który pan podarł.
To dotyczyło mnie.
Chyba mnie też, skoro pisał pan do mnie.
Czasem pisze się listy, których nie ma się zamiaru wysłać.
- Co się stało? - Proszę nic nie mówić. Ona nas obserwuje.
- Wie pan już, kto pisze te listy? - Nie.
Niech pan się jej strzeże.
Nasz lokator będzie miał się z pyszna. Ma złą opinię.
- Po południu na pewno piekły go uszy. - I dobrze, dostanie nauczkę.
- Myślisz, że to prawda? - Co?
To, co mówią...
To nie są sprawy dla smarkaczy.
Zapomniałaś już, jaka byłaś w moim wieku?
Zobacz, kto to.
To doktor. Dzień dobry, panie doktorze.
Właśnie mówiłyśmy o panu, doktorze...
- Denise jest chora? - Tak. Tym razem naprawdę.
- Umie pan stawiać bańki? - Oczywiście.
To niech pan mnie zastąpi. Ona to uwielbia.
- W końcu udało się pani? - Na to wygląda.
- Lubię się leczyć. - Dziwna dziewczyna.
- Nie wiem, kto z nas jest dziwniejszy. - Z pewnością ja,
bo nie rzucam się na pierwszą lepszą, która się o to prosi.
- Dzięki za tę pierwszą lepszą! - Doskonale mnie pani rozumie.
Potrzebuje pan do tego miłości przez duże "M".
Przeciwnie. Gdybym się zakochał, uciekłbym tym prędzej.
To dlaczego nie chce pan skorzystać z nadarzającej się przyjemności?
Z powodu drobiazgu.
Ducha. A raczej dwóch duchów.
Boli?
Wystarczająco.
Od życia chcę tylko jednego: spokoju.
- Ktoś do pana. - Do mnie?
Zaraz wracam.
Och, to pan.
Zechce pan wybaczyć, ale kiedy dowie się, w czym rzecz...
Proszę za mną.
- Piękne biurko. - Lubi pan ładne meble?
Podziwiam je, ale z daleka.
Kiedy żyje się z pieniędzy pacjentów,
trudno o takie rzeczy.
Musi pan być niezwykle zamożny.
- Nie narzekam. - Właśnie to im mówiłem.
Komu?
Ludziom, którzy mnie pytali.
O mój majątek?
O pański majątek i pańską przeszłość.
Po tej nieszczęsnej sprawie ludzie zrobili się ciekawi.
Niech pan przyśle tych ciekawskich do mnie.
Poinformuję ich osobiście.
A propos, powiedział pan,
że przed przyjazdem do nas praktykował w Grenoble?
Możliwe.
Jakiś dureń sprawdził w spisie lekarzy.
I co?
I nie znalazł w Grenoble doktora Germaina.
Niech pan powie temu idiocie, że lekarz nie musi figurować w spisie.
To po prostu reklama.
Niestety jedyny Germain zamieszkujący w Grenoble
wyprowadził się stamtąd przed 15. laty i stał się Germainem Monatte'em.
- Chirurgiem mózgowym. - Poznałem go.
To już coś.
Może się przydać w razie wszczęcia śledztwa.
Ma pan rację.
To kruche bibeloty.
Poproszono mnie dzisiaj o zebranie kilku informacji.
- Kto? - Jacyś głupcy.
Nigdy ich nie brakuje.
Żegnam pana, późno już.
Dowiedział się pan czegoś o Kruku?
Najwięcej jest oskarżeń pod adresem mojej szwagierki, Marie Corbin.
Ona oczywiście ma pretensje do pana. Nie sądzę, żeby była winna.
Byłem zaręczony z Marią, zanim poślubiłem Laurę.
Dobrze ją znam. Chyba że się tak zmieniła.
- Nie gniewa się pan, że przyszedłem? - Przeciwnie. Dziękuję panu.
Nie przesadzajmy.
Życzę panu, by żył pan długo, lecz nigdy nie został nestorem lekarzy.
Obarczają nas bardzo niewdzięcznymi zadaniami.
- Przepraszam. Myślałem, że pani leży. - Właśnie do pana szłam.
- Do mnie? - Vorzet nie fatyguje się z byle powodu.
To poważne, prawda?
- A co to panią obchodzi? - Jak zawsze miły.
Proszę wracać do łóżka. Zaziębi się pani.
A co to pana obchodzi?
Tak, kuleję. No to co?
Mieliśmy z bratem wypadek samochodowy.
On stracił rękę, a ja zostałam ranna w biodro.
Czy jestem przez to brzydsza?
Czy mężczyźni pożądają mnie mniej?
Czy to nie pozwala panu mnie pożądać?
Dobranoc, Denise.
Nie zaśnie pan. Dobrze pan o tym wie.
Jest pan dziś bardzo niespokojny.
To aż tak widać?
Powiedział pan, że oczekuje od życia spokoju.
Całkowitego zapomnienia.
Nie mogę panu dać wszystkiego.
Ale kilka godzin zapomnienia też się liczy.
Nie mów nic.
- Zapisz Therese Marty. - Ona pisze do swojego Emile'a.
A bo to wiadomo... Przezorny zawsze ubezpieczony.
- Zapisz Therese Marty. - Uwaga, idzie!
Dzień dobry.
- Jak się dziś czuje siostrzenica? - Niepotrzebnie się pan fatygował.
- Wyszła. - Miała wczoraj 38 stopni.
Jest młoda... Rano nie miała gorączki, więc wyszła.
Proszę wybaczyć.
Zapraszam panią, przepraszam na chwilkę.
- To teczka doktora Bertranda? - Jak pan wie, to po co pan pyta?
- Pani siostrzenica wyszła z moim kolegą. - Wychodzi z kim chce.
Jeżeli dobrze rozumiem, zmieniliście lekarza.
Powiem szczerze, że niechętnie.
Mała była do pana bardzo przywiązana,
ale tyle się teraz mówi... Ja wiem, że to kłamstwa.
- Teraz rozumiem. - Moja siostrzenica jest przyzwoitą panną.
Oczywiście. Żegnam panie.
Do widzenia, doktorze. Niech pan nie zapomni przysłać rachunku.
Zobaczycie, że ten bandyta jeszcze mi go przyśle!
GERMAIN JEST FIGLARZEM GERMAIN JEST ZŁODZIEJEM
GERMAIN JEST KŁAMCĄ GERMAIN ROBI SKROBANKI
KRUK
- Już wróciłeś? - Jak widzisz.
Co robisz?
Patrzyłem na bawiące się dzieci.
- Myślałam, że nie lubisz dzieci. - Nie wiem już, co lubię.
Kiedy wychodzi się z tego błota, to człowieka uspokaja.
- Nie jesteś dziś zbyt czuły. - Nie.
- Niech mnie pani wysłucha. - Nie mówisz mi już po imieniu?
Zaszło między nami nieporozumienie.
Wczoraj mi się pani podobała.
Byłem bardzo zdeprymowany, zdenerwowany, dlatego zostałem.
Z pożądania również. Rozumie pani?
- Aż taka głupia nie jestem. - Pani mnie nie rozumie.
Zresztą to nie ma znaczenia. Postanowiłem wyjechać.
To będzie przyznanie się do winy.
- Zaczekam do zakończenia sprawy. - A co z nami?
- Możemy zostać przyjaciółmi. - Przyjaciółmi?
Kobieta taka jak ja, przyjaciółką takiego mężczyzny?
Po ostatniej nocy? Nie doceniasz mnie.
- Proszę się zastanowić. - Już to zrobiłam.
Jesteś tchórzem, jesteś słaby.
Z nas dwojga to ty jesteś dziwką. Mnie wszystko jedno, nie ustąpię.
Zobaczyłeś, że kuleję, bo byłam boso. Kiedy włożę pantofle, nikt nie zauważy.
Ćwiczyłam pięć lat, udało się i miałam wszystkich mężczyzn, jakich zapragnęłam.
Ja, kaleka.
Rewanżuję się życiu.
Zrobisz teraz, co zechcesz. Wiesz, z kim masz do czynienia.
- Co tu robisz? - Stoję za karę.
- Nie widziałaś tu kartki papieru? - Nie, proszę pana.
- Przecież stałaś twarzą do drzewa. - Ale wszystko widziałam.
- To ty to położyłaś? - Nie.
Poznajesz tego ptaka?
- Nie. - To co tu robisz?
Doktorze...
Mam do pana wielką prośbę. Ogromną. Mógłby pan pożyczyć mi 100 franków?
- Dla uratowania mojego honoru. - Niesłychane!
Proszę się nie śmiać, to poważna sprawa!
Zobaczyłam dziś na wystawie haftowany kołnierzyk.
- Prawdziwy angielski haft! - I co?
I wzięłam 100 franków z poczty.
Chciałam oddać ze swoich oszczędności, ale...
Ale?
- Moja gramatyka jest pusta. - Gramatyka?
Chowam w niej pieniądze.
- To zwróć kołnierzyk. - Nie mogę.
Poplamiłam go.
Masz... ty kłamczucho.
Dziękuję, doktorze.
To też możesz zatrzymać.
Nareszcie.
Proszę klęknąć obok mnie, żeby nas nie zauważono.
Nie mogłem przyjść wcześniej. Pani siostra pilnowała.
Widzi pan, w jakiej sytuacji mnie stawia.
Powinnam pokazać list mojemu mężowi.
List? Nigdy do pani nie pisałem. Przyszedłem, bo dostałem list od pani.
Jaki list?
Ten.
Wie pani, kim jest Kruk?
Ja tego nie napisałam. Oto list, który dostałam od pana.
- I mimo to pani przyszła? - Poczułam się boleśnie dotknięta.
Ale wybaczyłam panu. Kobieta zawsze wybaczy taką miłość.
Rozczarowałam pana?
A ja sądziłem, że takie sprawy są pani obce.
- Pewnie jesteśmy do siebie podobni. - Niestety nie jestem wolny.
- Kocha pan inną? - Nie, żal mi siebie...
- Może kiedyś pani opowiem. - Ja o nic nie proszę.
Nigdy nikomu się nie narzucałam.
Ciekawe czemu zaaranżowano nam to spotkanie.
Nie wiem, ale nie będę go przedłużała. Żegnaj, Germain.
Żegnaj, Lauro. Proszę nie mieć do mnie żalu.
Gdyby kiedykolwiek mnie pani potrzebowała, będę czekał.
Denise?
- Nie spodziewaliście się mnie? - Co pani tu robi?
Twoje zasady nie pozwalają ci spotykać się ze mną,
ale nie przeszkadzają uganiać się za mężatką.
Tą świętoszką, zepsutą i skrytą. Gratuluję.
To spotkanie to podstęp.
Pułapka, w którą wpadła pani razem z nami.
- Kto pani kazał tu przyjść? - Ktoś, kto dobrze pana zna.
Kto wszystko przewidział od samego początku. Dostałam list.
- Z pewnością od Kruka. - Czemu nie?
A ty nie waż się do mnie mówić. Ukradłaś mi kochanka!
- Wszyscy się dowiedzą! - Milcz!
- Pomogę Krukowi oczyścić miasto! - Uciszysz się?
Nie, dowiedzą się wszyscy! Wykrzyczę to! Łajdak!
Nie krzyczcie w Domu Bożym.
Szukałam pana, doktorze.
- Wiedziała pani, że tu jestem? - Widziałam, jak pan wchodził.
Zdarzył się wypadek. Numer 13 popełnił samobójstwo.
Nie wiedział, że i tak umrze. Anonim uświadomił mu sytuację.
Podciął sobie gardło brzytwą.
- Co pan na to? - Myślę, że napisała to Marie Corbin.
- Nie znosiła numeru 13. - To opinia całego szpitala.
Co za idiotka. Jakbym miał nie dość kłopotów.
- Co robimy? - Ładny pogrzeb, oficjalny.
Dziś piątek. W niedzielę całe miasto weźmie w nim udział.
- W niedzielę mamy święto. - To się je odwoła.
Ksiądz nie pozwoli wprowadzić samobójcy do kościoła.
Doktorze Vorzet, wyda pan zaświadczenie o chorobie umysłowej.
- Numer 13 był wariatem, prawda? - Oczywiście, jak my wszyscy.
- Jak ja i wy. - Tylko bez takich żartów, proszę.
- Cały szpital pójdzie w kondukcie. - Nie ja.
- Dlaczego nie? - Bo nie lubię pogrzebów.
Nie rozumie pan?
Ten wieniec ma być umieszczony z tyłu.
Chwileczkę, panno Corbin.
Proszę potrzymać.
Niech pani wraca do domu, tak będzie rozsądniej.
- Może nie chcę być rozsądna? - Wszyscy uważają, że to pani wina.
Powiedzą, że to prowokacja.
Niech pan przestanie. Pójdę do samego końca.
DO MIESZKAŃCÓW MIASTA
TRZYNASTKA NIE ODEBRAŁ SOBIE ŻYCIA SAM
ZAŁATWIŁ GO GERMAIN TEN NAPALONY KRÓLIK
KOCHANEK LAURY I DENISE
A WKRÓTCE ROLANDY ZŁODZIEJKI Z POCZTY
KRUK IDZIE W KONDUKCIE POGRZEBOWYM
Nie wystarczyło mu zrujnowanie ludziom życia.
Nie wystarczyły mu rozbite małżeństwa.
Nieznany morderca zapragnął krwi.
Małe karteczki papieru spadły na miasto.
Niektórych rozśmieszyły.
Czy śmialibyśmy się, gdybyśmy wiedzieli, że spowodują płacz matki?
Całe nasze miasto dzieli z nią jej ból.
Gdyby wypadało mówić przy tej mogile o ludzkiej sprawiedliwości,
która zbliża nas do sprawiedliwości boskiej,
powiedziałbym, że całe nasze miasto domaga się zemsty.
Tak jak dawniej do drzwi stodół przybijano sowy,
tak i ciebie przybijemy do cmentarnej bramy,
krwawy ptaku.
Czarny ptaku. Kruku!
W imieniu wzruszonego tłumu, który mnie otacza,
w imieniu władzy, którą reprezentuję,
ogłaszam: nieszczęsna ofiaro bezimiennego mordercy,
zostaniesz pomszczona!
- To ona jest Krukiem! - To kłamstwo!
List wypadł z wieńca, który przyniosłaś!
- Inni też go trzymali! - Oskarża pani mnie?
To pani włożyła tam list!
Ja?
ATRAMENT SPŁYWAJĄCY KRWIĄ
- Panie dozorco, zdemolują ogrodzenie! - Tego się obawiam.
- I czyta pan gazetę? - Mnie tam hałas nie przeszkadza.
- Panowie! - A gdzie panie?
- Panie! - A my?
Drodzy przyjaciele!
- Zamknij mordę, bydlaku! - Dajcie mi mówić!
Najpierw daj nam Marie Corbin!
Nie ma jej. Przyszła na dyżur rano, ale ją odprawiliśmy.
Marie Corbin!
DO WIĘZIENIA
Całkowity spokój. Marie aresztowana dwa dni temu.
Temperatura w normie, a nawet poniżej normy.
Żadnego anonimu. To pokrzepiające.
Albo niepokojące, jak pan woli.
Nikt nie sądzi, że pana siostra jest winna.
Przeciwnie. Wszyscy tak uważają. I to pocieszające.
Wiem, że jest niewinna. Mam dowód.
Zaczyna mnie pan niepokoić.
Wie pan coś?
Rolande przyznała się do strasznej rzeczy.
- Płacze od dwóch dni. - To oskarżenie o kradzież jest podłe.
Niestety Kruk napisał prawdę. Ale tylko jedna osoba o tym wiedziała.
- I nie była to Marie Corbin. - A kto?
- Doktor Germain. - Chwileczkę.
Czy doktor Germain pożyczył pieniądze pańskiej córce, żeby zwróciła do kasy?
Skąd pan wie?
Jeżeli to jedyny pański dowód przeciwko Germainowi, to ja też jestem winny.
Rolande pożyczyła ode mnie 200 franków w zeszłym miesiącu,
a dwa tygodnie temu, 50 franków od Laury, pod tym samym pretekstem.
- To jej stały numer. - A to łajdaczka! Zapłaci mi za to!
Trzeba być wyrozumiałym dla młodych, nerwowych dziewcząt.
- Ile ona ma lat? - 14 i pół.
Za wcześnie, żeby wydać ją za mąż, ale trzeba będzie zrobić to szybko.
- Wyjeżdżasz? - Nie, uciekam.
- Dlaczego? - Po tym, jak mnie powitano...
Po aresztowaniu Marie zmieniono zdanie. Niedługo wzniosą ci pomnik.
Nie zamierzam tu zostać nawet w tej formie. Proszę mi podać folder ze stolika.
- Folder? - Teczkę!
- Pewnie uważasz mnie za idiotkę? - Przeciwnie, jest pani bardzo miła.
- I mimo to wyjeżdżasz. - Tak.
- Zdecydowałeś się? - Tak.
- I nic cię nie powstrzyma? - Nic.
- Kocham cię. - Wcale nie.
- Nie wierzysz mi? - Nie.
- Uważasz, że kłamię? - Tak.
- Łajdak. - Niech będzie.
Posłuchaj, Rémy. Wołałam twoje imię przez całą noc.
Możesz mi poświęcić trzy minuty?
Kochanie, nie tak. Włóż do nich skarpetki.
Będzie więcej miejsca i się nie zdefasonują.
Kochanie, ludzie myślą, że jesteś surowy i nieugięty.
A ja wiem, że potrafisz być czuły i słaby jak dziecko.
Pewnego wieczora trzymałam to dziecko w ramionach.
Wtedy się w tobie zakochałam.
To właśnie takie głupie:
kocham cię.
Nieprawda! To nie takie proste! Nawet nie wiesz, co to znaczy!
Wykorzystujesz mój wyjazd, żeby mi urządzić scenę.
- Kocham cię, Rémy. - Innych też kochałaś?
- Nie. - Jasne, nagle się zmieniłaś.
Biedna dziewczyno, ludzie są, jacy są.
Człowiek przyzwoity pozostanie przyzwoitym, a...
Dziwka pozostanie dziwką? Masz rację, doktorze.
Jeśli tak, to jesteś smutnym przypadkiem, nieznającym życia.
- Kretynem? - O, nie.
Mieszczuchem.
Nie martw się. Jeszcze nie wyjechał.
- Proszę przeczytać to po moim wyjeździe. - Co to jest?
List, który podarłem, ale którego nie wyrzuciłem.
Dlaczego daje mi go pan dziś?
Dlatego, że wyjeżdżam i dlatego, że dziś już bym go nie napisał.
Wyjeżdża pan stąd bez żalu? Nie będzie pan za nikim tęsknił?
Za nikim.
- Nawet za nią? - Za nią?
Za Denise. Był pan jej kochankiem.
Może kiedyś.
A gdyby nie był pan jej kochankiem, napisałby pan do mnie ten list?
Niewykluczone.
- Szkoda. - Tak.
Lauro, dzwonią na mszę.
Przepraszam, Germain.
Wiedziałem, że żona ma gościa, ale nie wiedziałem, że to pan.
- Przyszedłem się pożegnać. - Nie idzie pan z nami do kościoła?
Przykro mi, jestem niewierzący.
Powinienem był się domyślić. Jest w panu spokój ateisty.
- A pan jest wierzący? - Raczej ostrożny.
Skoro nie ma pewności, lepiej się zabezpieczyć.
To tak niewiele kosztuje.
- Święty Michale Archaniele... - Módl się za nami.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata...
- Zmiłuj się nad nami. - Amen.
Panie, strzeż mnie przed grzesznikami i wyzwól od ludzi niesprawiedliwych.
W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Drodzy bracia, zły duch zjawił się w naszym miasteczku
z powodu waszych grzechów.
Syn groził ojcu, a odgłosy kłótni napełniały miasto.
Ale Bóg miłosierny oddalił od was tę zarazę.
Niech wasze serca wolne od strachu, wzniosą się do serca Jezusowego,
by podziękować Mu za tę wyjątkową łaskę.
Oto tekst listu: "Do parafian Notre Dame.
Drodzy bracia!
Źli ludzie ucieszyli się zbyt szybko. Marie Corbin i Kruk, to dwie różne osoby.
Tak więc przystępuję na powrót do uzdrawiania.
Wszystkie niegodziwości tego zgubnego miasta zostaną ujawnione,
dopóki nie wypędzicie z waszych murów rozpustnika Germaina.
Do zainteresowanych: wasz brat w Chrystusie, Kruk".
- To klasyczne bluźnierstwo! - Nawet religii nie uszanuje!
Dodam, że charakter pisma jest identyczny jak w poprzednich listach.
To dowodzi niewinności Marii Corbin. Prawda, doktorze?
- Całkowicie. - Więc zaczynamy od początku.
Tym razem będziemy mieć pewność.
List spadł z góry. Żeby się dam dostać, trzeba przejść przez kazalnicę.
Było tam tylko 18 osób. Poprosiłem, żeby tu przyszli.
- Pan nas oskarża. To skandal! - Dlaczego nas pan nie zaaresztuje?
Germain nie może wyjechać. Jest zbyt dumny.
Stanowczo protestujemy!
Cisza! Msza się jeszcze nie skończyła.
- Jeszcze jeden. - I tu.
- To mój siedemnasty. - Anonimowa kartka pocztowa.
- Nawet na poste restante. - Wszyscy piszą.
Dozorczyni napisała do mojej żony. Ale się jej dostało!
- Dozorczyni? - Nie, żonie.
Mamy je nadal doręczać?
Oczywiście, dopóki nie dostaniemy innego polecenia.
- Stajemy się jego wspólnikami! - Larminet...
Pan chyba nie wie, na czym polega nasza praca.
Bez względu na okoliczności, powierzony nam list
musi dotrzeć do adresata.
Na tym polega służba i wielkość poczty.
Ten jest do mnie. Wezmę go.
- Był do szefa? - Nie, do jego żony.
Nie chce, żeby go przeczytała. Wielkość i dekadencja poczty!
Panowie, sytuacja była poważna, a stała się tragiczna.
- Żarty się skończyły. - Ale mnie pan rozśmieszył. Co robimy?
Byle co. Musimy udawać, że coś robimy. Inaczej czekają nas surowe konsekwencje.
Jakie?
Znajdę się w Radzie Miejskiej w mniejszości.
Współczuję, ale pańskie pobudki są egoistyczne.
Mamy do czynienia z prawdziwą epidemią. Zaraza rozprzestrzenia się z każdym dniem.
Doktorze, pan się na tym zna.
- Jakie jest pańskie zdanie? - Ja nie mam zdania.
Mnie nie interesują ani stołki, ani odznaczenia,
więc czemu miałbym je mieć?
- Mam pomysł. - W pańskim wieku to normalne.
Głównym celem Kruka jest Germain.
Skoro nie możemy pozbyć się winnego, pozbądźmy się Germaina.
Może wtedy pozbędziemy się anonimów.
- Do widzenia, mały. - Do widzenia, doktorze.
Następny, proszę.
Zechce pani usiąść.
Słucham panią.
Doktorze...
mój mąż choruje na suchoty.
Najmniejszy stres może mu zaszkodzić.
Muszę mu oszczędzić wszelkich zbędnych emocji.
- Prawda? - Bardzo roztropnie.
Nie widziałam męża od roku i...
Jestem w ciąży.
Nie!
- Jak to? - Powiedziałem: nie!
Pewnie słyszała pani, że potrafię usunąć wspomnienia,
dobre czy złe, ale to kłamstwo.
Żegnam panią.
To pan!
Co?
To pan. Na pewno pan.
Nie pamięta mnie pan?
Uratował mi pan życie pięć lat temu.
Zostałam ranna w głowę, w wypadku samochodowym.
- Myli się pani. - Wcale się nie mylę.
Co taki chirurg jak pan robi w takiej mieścinie?
Niech pan będzie spokojny. Już pana nie zdradzę.
Czyli była to prowokacja?
Zarabiam na życie, jak mogę. Zapłacono mi 10 000 franków.
Gdyby dał się pan nabrać, skoczyliby panu do gardła.
A kto jest autorem tego pomysłu?
Przykro mi, doktorze. Nie jestem donosicielką.
- Gazety z Paryża. - Proszę mi to dać.
Przeczytam nagłówki, żeby się rozweselić.
Znowu będzie nas zamęczał.
ZASTĘPCA PREFEKTA USUNIĘTY ZE STANOWISKA
Powinno się zakazać czytania prasy.
- No i co? - Nic nowego.
Pozwoli pan?
- Dobry Boże! - Co się stało?
Usunęli mnie, a ja dowiaduję się o tym z gazet!
Wszystko, by przypodobać się opinii publicznej!
Jeżeli to uspokoi ludzi, pańska ofiara nie będzie daremna.
- Interes publiczny przede wszystkim. - Niech się pan odczepi!
- Bardzo pana żałujemy. - Niepotrzebnie, jestem szczęśliwy.
Wyzwoliłem się od miasteczka i jego mieszkańców.
Mam z czego żyć. Nie wiem, po co przyjechałem do tej dziury.
- Bo była to dziura w serze. - To znaczy?
Kruk dostarczył mi ciekawych szczegółów na temat pańskich rządów.
Niech pan to powtórzy!
- Stawiam na prefekta 15:1. - Niech pan siedzi cicho!
- Wróćmy do dyskusji. - Wrócicie do niej z moim zastępcą.
Wygląda na to, że nie muszę w niej partycypować.
Mam nadzieję, że nie przeszkadzam panom.
Przepraszam za wtargnięcie, ale to potrwa tylko chwilę.
Gratuluję panu.
Zamiast szukać autora anonimów, pan pilnuje jej ofiary. Bardzo zmyślnie.
Zaaresztuje pan okradzionych, a nie będzie skarg na złodziei.
- Co to za ton? - Niewygodny dla pana.
Przyszedłem tu ze sznurem na szyi. Oto moja spowiedź:
nie jestem ginekologiem.
Od trzech lat nie odebrałem porodu. Zadowoleni?
Nie jestem doktorem Germainem. Zadowoleni?
Jestem gotów wyjechać. Wystarczy wam?
- O, nie. Chce się pan wywinąć. - Chwila!
Trzy lata temu kierowałem szpitalem w Paryżu, byłem chirurgiem mózgowym.
- Chirurgiem mózgowym? - Pan jest Germainem Monatte'em?
Tak.
Połowicznie moje nazwisko jest prawdziwe, więc jestem winny w połowie.
Doktor Germain Monatte miał żonę.
Nie taką herod babę, jak pan, Delorme,
ani chudą bigotkę, jak pan, Maquet.
Kobietę.
Prawdziwą kobietę.
Spodziewała się dziecka.
Powierzyłem ją w ręce wybitnego chirurga wielkiej sławy.
Sprawa wyglądała źle, ale ten dureń uparł się, że da mi syna.
Takie miał zasady!
I zabił i matkę, i dziecko.
Tym samym zabił doktora Monatte'a.
Wtedy dr Germain uciekł do małej dziury
i pomagał swoją wiedzą matkom.
A w przypadkach wątpliwych działał w pełni świadomie!
- To wszystko zmienia, drogi kolego. - Cisza!
Podejrzewaliście doktora Germaina, a doktor Monatte oskarża was o głupotę!
I niekompetencję!
Żegnam panów!
No i wygrałeś, idioto.
Gdybyś była moją córką, dostałabyś lanie! Zwariowałaś?
Pozwólcie mi umrzeć. Chcę umrzeć!
- Co się dzieje? - Prawie się utopiła.
- To był wypadek? - Niestety nie.
Nie do wiary. Trzeba coś z tym zrobić.
- To ty, Annette? - Pozwólcie mi umrzeć.
- Dlaczego? - Bo mój tatuś nie jest moim tatusiem.
- Kto ci to powiedział? - Tatuś dostał list i mamusia odeszła.
Wrócisz teraz grzecznie do domu.
To wszystko kłamstwa.
Jutro przyjdę do twojego taty i mu wytłumaczę.
A ten kto piszę te listy, zostanie ukarany. Przyrzekam.
Niech ją pani odprowadzi do domu.
No i co, Germain? Wstąpił pan na wojenną ścieżkę?
Napawa mnie to obrzydzeniem. Gdybym miał szansę, nie zawahałbym się.
- Ale tam, gdzie nie udało się policji... - Nie mogło się udać.
Ci panowie szukają człowieka kierującego się motywami logicznymi.
To głupota.
Autor anonimów kieruje się tajemniczymi pobudkami,
niezrozumiałymi dla przeciętnych ludzi,
a tym bardziej dla przeciętnych policjantów.
We wszystkich badanych przeze mnie przypadkach
winowajcy mieli te same ułomności:
byli zamknięci w sobie, mniej lub bardziej zboczeni seksualnie.
- Stare panny. - Często.
Dlatego trudno mi było bronić szwagierki.
No i wdowy, impotenci,
podli starcy, kaleki.
Kalectwo, nawet ukryte,
pozostawia w duszy utajone rany, które mogą się zaognić.
- Dzień dobry, panie Vorzet. - Dzień dobry, panienko.
- No i co, mój drogi? - Przepraszam.
Więc myśli pan, że Kruk...
Przypadek Kruka jest bardziej skomplikowany.
W ciągu dwóch miesięcy napisał 850 anonimów dużymi literami.
Zastanawiam się, czy jedna osoba,
mająca nawet dużo wolnego czasu,
byłaby w stanie tego dokonać.
Bywają przypadki zakażenia całej rodziny.
Widzimy męża i żonę,
brata i siostrę,
którzy co wieczór zapalają lampę, by pisać te zatrute listy.
- O czym pan myśli? - Ja?
Wiem, też o tym myślałem, ale nie wyciągajmy pochopnych wniosków.
Myślę, że znalazłem sposób, żeby się z tym uporać.
Jak powiedziałem w zakrystii
i wielokrotnie w czasie dochodzenia,
nie ulega wątpliwości, że Kruk znajduje się pośród nas.
- To pańska opinia! - On ma rację!
Dlatego postanowiłem poddać was próbie,
o której opowie wam ekspert, doktor Vorzet.
Chwileczkę.
Przypominam, że przed miesiącem byłem przeciwny pana pomysłowi.
Protestuję również dzisiaj
i będę protestował jutro.
Jeśli to pana bawi...
Tyle protestów z tak błahego powodu.
Chodzi mi jedynie o wspólne dyktando.
Wytłumaczę.
Anonimograf nie może napisać setek listów z dużej litery,
bez nabycia specyficznego charakteru pisma,
który staje się dla niego naturalny.
Może udawać, że pisze inaczej przez godzinę,
dwie, może nawet dłużej,
ale wreszcie się zmęczy
i zacznie pisać w sposób sobie właściwy.
Dlatego z przykrością uprzedzam,
że dyktando będzie długie, bardzo długie.
Tu są uczciwi ludzie, którzy nie zasłużyli na takie policyjne metody.
Doktorze Bertrand.
Uczciwi ludzie powinni się poświęcić dla wspólnego dobra.
Proszę pana...
Proszę wziąć pióra. Zaczynamy.
List numer jeden.
"Nędzny rozpustniku...
Zabawiasz się...
z żoną...
Vorzeta...
Laurą, tą k..."
Piszecie "K" i dalej kropki.
"Ale uważaj, mam dobry wzrok
i powiem wszystko".
- Nie ma dzisiaj lekcji? - Nie, szkoła zarekwirowana.
- Na całe przedpołudnie? - I popołudnie.
- Czy to się kiedyś skończy? - Gdzie tam, Kruk jest sprytniejszy.
"Kruk".
List numer 53...
"Stary trupie...
masz raka wątroby.
Wspaniały okaz.
Wkrótce...
zjedzą cię robaki.
Germain korzysta
z twojego zdychania.
Pozdrowienia dla Pana Boga.
Kruk".
- Co się stało? - A nie mówiłam? To ona!
- Dlaczego zemdlałaś? Ze zmęczenia? - Nie.
- Wiesz dlaczego? - Tak.
- No to powiedz. - Nie powiem.
Jesteś wobec mnie okrutny. Podejrzewasz mnie.
Nienawidzę cię.
Proszę ją zostawić, jest zmęczona.
- Odzyskała przytomność? - Tak, ale nie chce nic mówić.
Pana zdaniem to ona?
Kiedy pan był na górze, jeszcze raz przestudiowałem jej pismo.
Istnieją niepokojące podobieństwa, ale pewności nie ma.
- A to omdlenie? - To żaden dowód.
Proszę być ze mną szczerym. Kocha pan Denise?
Nie sądzę.
Pożądałem jej i pożądam nadal tymi nocami,
kiedy nie mogę zasnąć.
Ale gdybym wiedział, że jest winna, na pewno bym ją wydał.
Jak u Corneille'a!
Jest pan jak stary Horacjusz, tyle że bez brody.
Ale pan ma brodę wirtualną. Może nawet piękniejszą.
Wie pan, kiedy spotyka się złe zwierzę...
Widzę je każdego dnia w lustrze,
w towarzystwie anioła.
Pan jest wspaniały. Myśli pan, że ludzie są albo dobrzy, albo źli.
Uważa pan, że dobro jest światłem, a cień złem.
Ale gdzie jest cień? Gdzie jest światło?
Gdzie jest granica zła?
Wie pan, czy jest po stronie dobra czy zła?
To są bajki. Wystarczy zatrzymać lampę.
To niech pan zatrzyma.
Sparzył się pan. Czyli eksperyment się powiódł.
Lubię pana,
więc coś panu wyznam.
Jestem narkomanem. Robię sobie zastrzyki.
Marie Corbin kradła morfinę dla mnie.
Ona wciąż bardzo kocha swojego byłego narzeczonego.
A ja wcale nie uważam się za potwora.
Niech się pan nad tym zastanowi i zrobi rachunek sumienia.
Może pan być zdumiony wynikami.
- Ja znam siebie. - Jest pan zarozumiały.
Odkąd na miasto spadła fala nienawiści i donosicielstwa,
wszelkie zasady zostały złamane.
Pana dotyczy to tak samo jak innych. I upadnie pan tak jak oni.
Nie twierdzę, że udusi pan swoją kochankę,
ale przeszuka pan moją teczkę, jeśli zostawię ja na biurku,
i prześpi się pan z Rolande, jeżeli się w panu zakocha.
To kwestia wyboru.
Widać, że leczy pan wariatów.
Do usług.
Życzę dobrej nocy.
O co chodzi?
Co pani tu robi?
Ścieram kurze.
Po śmierci syna wróciłam do sprzątania.
Każdego ranka zamiatam klasy.
Nie wiedział pan?
Przepraszam, przestraszyła mnie pani.
Miałem okropną noc.
Wiem, co to znaczy.
Ja nie śpię od dwóch miesięcy.
Zasnę dopiero, kiedy mój syn zostanie pomszczony. Już niedługo.
Wie pani, kto za tym stoi?
Chyba tak, ale muszę mieć pewność.
- Kogo pani podejrzewa? - Zdąży się pan dowiedzieć.
Poznaje pan to?
Użyto jej tylko raz, a François miał brodę, kiedy umarł.
- Posłuży więc raz jeszcze. - Nie ma pani prawa.
- Tak pan uważa? - Absolutnie.
To zrobię to bezprawnie.
DROGI MÓJ CHIRURGU
MASZ ŚWIETNĄ OKAZJĘ DO PRZEPROWADZENIA OPERACJI
DENISE JEST Z TOBĄ W CIĄŻY WIEDZIAŁEŚ?
KRUK
DO DOKTORA GERMAINA
Ulica de Lamerie 18.
Daj to, oszczędzisz na znaczku.
To ty!
Szpiegujesz mnie?
- Daj to! - Nigdy!
To list do mnie.
Zmieniłam zdanie.
"Drogi mój chirurgu, masz świetną okazję do przeprowadzenia operacji.
Denise jest z tobą w ciąży. Wiedziałeś?"
- Czytałeś? - Tak.
A więc to ty.
Ty jesteś tą wariatką, która zatruwa nam życie od miesięcy.
To nie ja.
I ja mam mieć dziecko z wariatką!
Nie.
Nie chcę nienormalnego syna.
Kruk ma rację.
Przyrzekam ci, że ono nie ujrzy światła dziennego.
Co za dziwne uczucie.
Podejrzewałem cię, ale nie sądziłem, że złapię cię na gorącym uczynku.
Nie jestem Krukiem. Przysięgam na dziecko, które noszę.
Denise, proszę cię. Okaż odrobinę przyzwoitości.
Widziałem, jak piszesz.
Zrobiłam to pierwszy raz.
Nie miałam odwagi powiedzieć ci tego wprost.
Chciałam wysłać ci list.
A wtedy przyszło mi do głowy, żeby podszyć się pod Kruka.
To wszystko.
Wiedziałem, że znajdziesz jakąś wymówkę. Autor anonimów nigdy się nie przyzna.
Zmyślny wykręt.
Twoje przeczenie dowodzi, że jesteś winna.
Więc jeżeli się przyznam, wtedy będę niewinna?
Zbyt dużo kombinujesz, Rémy. Ty nie czujesz już nic.
Jeżeli chcesz poznać prawdę,
popatrz mi prosto w oczy.
Nie muszę, ja to wiem.
Nie mów nic, tylko popatrz.
I co?
Nie wiem.
- Nic już nie wiem. - Widzisz?
Posłuchaj, Rémy.
Nie jestem taka inteligentna jak ty, ale mam intuicję.
Boję się, wszystko dzieje się tak szybko.
Powinieneś natychmiast iść do Laury.
Po co?
Dostała rano anonim groźniejszy od innych.
List z pogróżkami. Grożą jej śmiercią.
Widziałaś Laurę rano?
Nie.
Tylko do mnie dzwoniła.
Proszę cię, idź do niej.
Rémy?
Pocałuj mnie.
Ranny z pana ptaszek. Co się stało?
Mówiłem, że będę przy pani w razie niebezpieczeństwa.
Jakiego niebezpieczeństwa?
- Nie dostała pani listu z pogróżkami? - Ja?
- I do nikogo pani nie dzwoniła? - Do nikogo. O co chodzi?
Pozwoliłem się podejść jak dziecko.
Do widzenia Lauro. Wygłupiłem się.
Nie wyjdzie pan bez wyjaśnienia!
Później. Muszę szybko wracać.
Składa pan dziwne wizyty.
Przyznaję.
Proszę zaczekać.
Wielkie nieba!
- Pozwoli pani? - Bardzo proszę.
"Ostatnie ostrzeżenie.
Jeżeli nie zerwiesz swoich stosunków z Germainem, miej się na baczności.
To identyczna kula jak ta, która cię podziurawi".
Teraz wszystko jasne. Żeby mnie tu posłać...
trzeba było znać treść listu,
a żeby ją znać, trzeba było go napisać.
Kto pana przysłał?
Denise.
Nie może być.
To pomyłka. Straszliwe nieporozumienie.
Żadna pomyłka ani nieporozumienie.
- Denise nie jest do tego zdolna. - Ma pani lepsze wytłumaczenie?
- Biedny przyjacielu... - Nieźle wykombinowane.
Gdyby list dotarł w porę, numer by wyszedł.
Nie wiem, co panu powiedzieć.
Tak, to przerażające.
Mój kochany.
- Pisuje pani w łóżku? - Co?
Ledwie pani wstała, a już zdążyła poplamić sobie ręce atramentem.
To skutki wczorajszego dyktanda.
Pomyśli pani, że jestem łajdakiem, ale atrament jest świeży.
Zresztą nie maluje się paznokci przez umyciem rąk.
Lauro, jeżeli pani to zrobiła...
Mój mały Germain, co panu przyszło do głowy?
Jeżeli to pani napisała ten list i wrzuciła go do skrzynki...
jeżeli naprawdę pani telefonowała...
to wszystko pani przegrała.
Współczuję ci, Rémy.
To raczej pani należy współczuć.
- I to bardzo! - Co to jest?
OSTATNIE OSTRZEŻENIE
JEŻELI NIE ZERWIESZ SWOICH STOSUNKÓW...
Pan nic nie rozumie! To podstęp, intryga!
Po co ta komedia? Wpadła pani. Zabieram dowód.
Proszę nie odchodzić! Wytłumaczę panu.
Denise pisze tutaj swoje listy!
Rémy!
- Co pan tu robi? - Proszę!
Oto bibuła pańskiej małżonki.
Wiedziałem. Laura jest wariatką.
Nakryłem ją wczoraj, ale nie miałem odwagi zawiadomić władz.
Bardzo młoda kobieta i bardzo stary mąż. W tym cały dramat.
W gruncie rzeczy to ja za to odpowiadam. Nie powinienem był się z nią ożenić.
Początkowo jej młodość mnie rozgrzewała.
Spaliłem w tym ogniu resztki pożądania i miłości.
A z biegiem czasu...
stałem się dla żony przyjacielem.
Nie wystarczałem jej.
Ale wychowano ją w poszanowaniu cnoty i była mi wierna.
Wtedy zjawił się pan. Spodobał się pan jej.
Aby zwrócić na siebie uwagę, napisała pierwszy list.
A że nie wyszło jej tak, jak pragnęła, wpadła w szał.
Zaczęła znęcać się nad panem, bo nie odpowiedział pan na jej awanse,
i nad Denise, bo był pan jej kochankiem.
Skompromitowała własną siostrę, która ją pilnowała.
Wściekłość doprowadziła ją do szaleństwa
i choroby umysłowej.
Niech pan będzie tak dobry i zaniesie tę bibułę do sądu.
Ja nie czuję się na siłach.
Ja też nie. Proces nic nie da. Skoro jest chora, powinien ją pan leczyć.
I pan to mówi? Mężczyzna z zasadami?
Od wczoraj bardzo się zmieniłem. Wiele zrozumiałem.
Ten kryzys nie poszedł na marne.
To jak rekonwalescencja po chorobie.
Człowiek staje się mocniejszy i mądrzejszy.
To straszne, ale zło jest potrzebne.
- Niech pan zacznie leczyć Laurę. - Za późno!
Jest pan psychiatrą, szefem szpitala.
Nawet gdybym chciał, nie mogę nakazać zamknięcia własnej żony.
- Proszę o kartkę papieru. - Jak to?
- Pan to zrobi? - Tak.
Halo? Tak, to ja.
Tak, dobrze.
Zaraz go przyślę.
- Niech pan zadzwoni po karetkę. - Dziękuję w jej imieniu i własnym.
Musi pan już iść.
Denise zemdlała schodząc ze schodów...
- I spadła. - Czy to nie spowodowało...
Niech pan tam szybko idzie.
O nie! To zbyt łatwe. Myślicie, że pozwolę się tak wrobić?
To on jest Krukiem. Wariatem, którego trzeba zamknąć.
Słyszy pan?
To prawda, to ja napisałam pierwszy list.
Ale wszystkie inne wymyślił sam.
Dyktował mi je, jeden po drugim. Proszę zobaczyć, jaki jest zadowolony!
Uspokój się już. Musi pan szybko iść.
Szybko! Czekają na pana.
- Niech mnie pan wysłucha! Rémy! - Przestań, skarbie.
- Zamknij się! - Tchórz!
- Zamknij się! - Kłamca!
Halo? Proszę połączyć mnie ze szpitalem...
Halo? Tak, mówi Vorzet. Zamknij się!
I co?
Nic ci nie będzie, ale bardzo się wystraszyłem.
- O mnie? - O was oboje.
- Chcesz tego dziecka? - Potrzebuję go.
O mało go nie straciliśmy. Spadłam ze schodów specjalnie.
Przeczuwałem to.
Myślałem tylko o tobie. Uświadomiłem sobie,
że lekarz, który zabił moją żonę, nie był tak winny, jak myślałem.
Nie można poświęcić przyszłości na rzecz teraźniejszości.
Więc zabiłbyś mnie, żeby mieć syna?
Może.
A Laura? Zapomniałam o Laurze.
Zapomnij o niej.
- Laura jest Krukiem. - Zwariowałeś?
Coś ty sobie wbił do głowy?
Laura znała Kruka, domyślała się od dawna. Ale to nie ona.
- Ona się go boi. - Odegrała przed tobą komedię.
Słuchaj, nie jestem taka głupia. Laura naprawdę się go bała.
Więc to musi być...
Nie! Zostawcie mnie! To nie ja!
Zostawcie mnie! To nie ja!
To nie ja!
Vorzet.
Vorzet!
LAURA JEST WINNA I ZOSTAŁA UKARANA PRZEKLEŃSTWO ZOSTAŁO ZDJĘTE. KRU...
A więc to był Vorzet!
KONIEC
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.