Afrikaans
Akan
Albanian
Amharic
Arabic
Armenian
Azerbaijani
Basque
Belarusian
Bemba
Bengali
Bihari
Bosnian
Breton
Bulgarian
Cambodian
Catalan
Cebuano
Cherokee
Chichewa
Chinese (Simplified)
Chinese (Traditional)
Corsican
Croatian
Czech
Danish
Dutch
Esperanto
Estonian
Ewe
Faroese
Filipino
Finnish
French
Frisian
Ga
Galician
Georgian
German
Greek
Guarani
Gujarati
Haitian Creole
Hausa
Hawaiian
Hebrew
Hindi
Hmong
Icelandic
Igbo
Interlingua
Irish
Italian
Japanese
Javanese
Kannada
Kazakh
Kinyarwanda
Kirundi
Kongo
Korean
Krio (Sierra Leone)
Kurdish
Kurdish (Soran卯)
Kyrgyz
Laothian
Latin
Latvian
Lingala
Lithuanian
Lozi
Luganda
Luo
Luxembourgish
Macedonian
Malagasy
Malay
Malayalam
Maltese
Maori
Marathi
Mauritian Creole
Moldavian
Mongolian
Myanmar (Burmese)
Montenegrin
Nepali
Nigerian Pidgin
Northern Sotho
Norwegian
Norwegian (Nynorsk)
Occitan
Oriya
Oromo
Pashto
Persian
Polish
Portuguese (Brazil)
Portuguese (Portugal)
Punjabi
Quechua
Romanian
Romansh
Runyakitara
Russian
Samoan
Scots Gaelic
Serbian
Serbo-Croatian
Sesotho
Setswana
Seychellois Creole
Shona
Sindhi
Sinhalese
Slovak
Slovenian
Somali
Spanish
Spanish (Latin American)
Sundanese
Swahili
Swedish
Tajik
Tamil
Tatar
Telugu
Thai
Tigrinya
Tonga
Tshiluba
Tumbuka
Turkish
Turkmen
Twi
Uighur
Ukrainian
Urdu
Uzbek
Vietnamese
Welsh
Wolof
Xhosa
Yiddish
Yoruba
Zulu
(Transcribed by TurboScribe.ai. Go Unlimited to remove this message.) Warszawa lat dwudziestych, kryzys.
Oto Nicodem Dyzma.
Szcz臋艣liwy traf utorowa艂 drog臋 jego karierze.
Jeszcze niedawno skromny urz臋dnik prowincjonalnej poczty.
Bezrobotny, cz臋sto g艂odny.
P贸藕niej administrator w dobrach Kunickiego.
Wiele si臋 od niego nauczy艂 s艂uchaj膮c pilnie wywod贸w
o interesach i gospodarce.
W rozmowach z ministrem Dyzma przedk艂ada jako sw贸j
w艂asny, zas艂yszany od Kunickiego, pomys艂 magazynowania zbo偶a.
Projekt, kt贸ry zapewnia pa艅stwu maksymalne zyski w handlu
zbo偶em.
M膮偶 opatrzno艣ciowy kraju.
Znakomity ekonomista, szerzy si臋 mit.
Zostaje mianowany prezesem banku zbo偶owego.
Popieraj膮 go sfery rz膮dz膮ce.
Przyjmuj膮 salony arystokracji.
Wspaniale m臋偶czyzna, ekscytuj膮 si臋 panie z towarzystwa.
W Koborowie czeka st臋skniona Nina Kunicka.
Szczyty powodzenia.
A jednak czai si臋 niebezpiecze艅stwo.
Szanta偶uje i grozi Boczek, by艂y zwierzchnik Dyzmy z
prowincjonalnej poczty.
Dyzma op艂aca bandzior贸w, 偶eby dali mu nauczk臋.
Prasa donios艂a, 偶e Boczka zamordowano.
Znowu udana wycieczka z krabin膮 lal膮.
Ach, du偶e dzieje mnie cholery.
Z takimi babami to trzeba uwa偶a膰.
Uwa偶a膰, uwa偶a膰, uwa偶a膰.
No siadaj, no siadaj.
A propos, wie pan, 偶e dyrektor Wandryszewski zaleca
si臋 do maszynistki z dzia艂u korespondencji?
Kt贸ra to?
A taka siedzi przy oknie.
A ona jest 艂adna?
Bardzo 艂adna.
Ach, wzgl臋dem tego...
Panie prezesie, czy to cz艂owiek o jakiej艣 kobiecie
mo偶e co艣 wiedzie膰?
Pan to jest taki spryciarz, panie.
A 偶eby艣 pan wiedzia艂, z jak膮 kobiet膮 ja
mia艂em okoliczno艣膰, to by艣 pan zbarania艂.
A ja j膮 znam?
Zna艂e艣 j膮, pan.
Jak jeszcze by艂a panno.
Poj臋cia nie mam.
Pani Kunicka.
Nina?
Nie, to niemo偶liwe.
S艂owo honoru.
Niemo偶liwe.
Panie, m贸wi臋 panu.
Tipe stope.
Panie prezesie, niech si臋 pan na mnie nie
pogniewa, ale ja nigdy w 偶yciu nie uwierz臋,
偶eby Nina puszcza艂a si臋 z ka偶dym.
A kto pan powiedzia艂, 偶e z ka偶dym?
Ze mn膮, rozumie pan?
To nie z ka偶dym.
Oczywi艣cie, ale cho膰by i z panem.
Ju偶 ja tam w swoim czasie pr贸bowa艂em i
nic.
A teraz, kiedy ma m臋偶a?
Nie id藕 pan do pani z tym jej
m臋偶em.
Ona si臋 we mnie kocha, rozumie pan?
We mnie.
Zakocha艂a si臋 w Trimiga.
Pan prezes posiada jak膮艣 tajemnicz膮 si艂臋, kt贸rej ja
nie rozumiem, ale kt贸rej dzia艂anie widz臋 na ka偶dym
kroku.
No, w ogie艅 by za mn膮 skoczy艂a.
No to mo偶e pan prezes si臋 o偶eni?
Go艂a.
A Koborowo?
Ona ma pewno tam jak膮艣 cz臋艣膰.
Na papierze.
Na papierze Koborowo jest jej.
A tylko na papierze.
To niez艂y maj膮tek.
No c贸偶, niech pan rozwiedzie Nin臋 z Kunickim
i o偶eni si臋 z ni膮.
Panie, gdyby Koborowo by艂o jej, to w Trimiga.
Ale przecie偶 nominalnie to ona jest w艂a艣cicielk膮.
Nie, Kunicki ma plenipotencj臋 bez ogranicze艅.
Plenipotencj臋 mo偶na cofn膮膰.
Ale weksli pan nie cofnie.
Jad臋, jad臋, patrz臋, a tu bank zbo偶owy.
Sam budynek budzi zaufanie.
Idea, idea, kochany panie Nikodemie, a pan j膮
najwspanialej wciela.
No i pan sam 艣wietnie wygl膮da.
A c贸偶 tam w polityce, jak interesach?
S艂owo daje, 艣liczny pan ma gabinet.
Ze smakiem taki, stylowy.
Mo偶e zrobi mi pan t臋 艂ask臋, kochany panie
Nikodemie.
Niech pan mi odmawia i zje ze mn膮
艣niadanko.
Od rana nic w ustach nie mia艂em.
艢liczny gabinet.
Nie wybra艂by si臋 pan na par臋 dni do
mnie, do Koborowa?
Spok贸j, spok贸j.
Dla nerw贸w to konieczne.
No i Nina si臋 ucieszy.
Ona taka troch臋 samotna, biedna.
Co, na par臋 dni?
Mo偶e za tydzie艅.
Dzi臋kuj臋 kr贸lu.
A to teraz co, na 艣niadanko?
Do Bachusa, co?
Nie mog臋.
Niestety nie mog臋.
Jestem um贸wiony na 艣niadanie u ksi臋cia Rostockiego.
Co najlepsze domy w kraju przed panem otwarte.
No widz臋, widz臋, kochany prezesie, 偶e pa艅skie mo偶liwo艣ci
i stosunki s膮 nieograniczone, a przy takich znajomo艣ciach
to...
A co tak?
Gdyby tak zacz膮膰 robi膰 podk艂ady kolejowe na zam贸wienie
pa艅stwowe, no to dochody Koborowa by wzros艂y trzykrotnie,
a to niewiele trzeba.
To jedno s艂贸wko i zam贸wienie Ministerstwa Komunikacji i
rzeka pieni臋dzy p艂ynie.
A do kogo p艂ynie?
Do nas.
Nie wiem.
Ale ja wiem.
Wystarczy, 偶e kochany pan paluszkiem kiwnie o kr贸lu
z W艂ochy.
Niech偶e pan pogada z ministrem komunikacji, co?
Dobra.
Ale jak si臋 przyjdzie uk艂ada膰, to niech pan
nie wyje偶d偶a, bo ja si臋 na tym za
choler臋 nie zam贸wi臋.
No czemu?
Oczywi艣cie, oczywi艣cie.
Ale przy pana genialnej g艂owie to ja jestem
spokojny, 偶e nie b臋d臋 potrzebny.
Znany spryciarz.
A i z uczciwo艣ci膮 r贸偶nie.
Jakie艣 procesy o podk艂ady?
Co艣 tam by艂o.
Tak.
To wielki spryciarz.
Takiego nie艂atwo wykiwa膰, cholera.
Moim zdaniem, panie prezesie, nie ma takiego wielkiego
spryciarza, kt贸ry by nie znalaz艂 wi臋kszego.
A co pan kalkuluje?
Kalkuluje, 偶e nasze czasy nale偶膮 do tego, kto
umie 艂apa膰 okazj臋.
Jak膮 okazj臋?
Kopuropo.
To pi臋kny grosz.
Nie ka偶demu si臋 zdarza.
Kunickiemu si臋 zdarzy艂o.
Mo偶e si臋 zdarzy膰.
I panu.
Mnie?
艢wiat nale偶y do tych, kt贸rzy umiej膮 wyrzuci膰 skrupu艂y
za okno.
Ale to znaczy nie by膰 skrupulantami.
Panie prezesie, wie pan, 偶e jestem dla pana
wi臋cej ni偶 偶yczliwy.
Wiem.
Dla pa艅skiego dobra.
A nie przecz臋, 偶e i dla mojego.
No, gadaj pan o choler臋.
A nie pogniewa si臋 pan?
Co, ma pan mnie za g艂upiego?
Uszanowanie panom?
Pan to ma sz艂eb, panie Krzepi艅ski.
呕eby si臋 wszystko uda艂o, dlaczego mia艂oby si臋 nie
umie膰?
W sztabach?
W sztabach.
Id臋 do ministra, a pan zajmie si臋 rejtem.
Panie prezesie, to s艂oweczko w cyrku.
To niech ci臋 kaczuszki podepcz膮.
Ja my艣la艂em, 偶e my艣laczek trafi ze 艣miechu.
To si臋 nazywa okre艣lonk膮?
Mo偶e niezbyt salonowe.
Mamy w naszym krajiku za du偶o ugrzeczniaczk贸w i
fajt艂apk贸w.
Za du偶o cukiereczk贸w.
Silne s艂贸wko to tak dzia艂a, jak kube艂eczek zimnej
woduni.
By艂em tak poirytowany, 偶e nie mog艂em wytrzyma膰.
Musia艂em wygarn膮膰.
A teraz do interesiku.
Wprawdzie ostatecznej decyzji ja jeszcze nie mog臋 wyda膰.
Ale dla trzecigodnego prezesa zrobi臋 wszystko.
Wprogi kolejowe zawsze si臋 przydadz膮.
To jest ma pan moje pszczeczonko.
Za艂atwimy si臋 pr臋dziutko.
Tak czy owaga, by szybciutko.
Taka moja metodka.
Mnie by chodzi艂o o to, 偶eby za艂atwienie sprawy
troch臋 przeci膮gn膮膰.
Przeci膮gn膮膰, braciszku?
Nie 艣pieszy mi si臋 za bardzo.
Szanowny prezes Unia musi by膰 niebywa艂y interesancik.
Czy ja mog臋 przyj艣膰 po odpowied藕 jutro?
Dlaczego jutro?
A po co jutro?
Dzisiaj.
Jutro, kochanie, tylko za艂atwimy spraw臋 kontygent贸w i warunienki.
Ale to ju偶 z naczelnikiem Czerpakiem.
Za艂atwimy t臋 transakcyjk臋 z tego powodziku, 偶e mamy
do prezesa Unia zaopatko.
Jestem pewni, 偶e tak czcigodna osobka daje nam
gwarancj臋, 偶e wszystko b臋dzie w porz膮dku.
Murowane.
Bardzo zdolniutki 艂ebek.
Wierzej mi, kochanie, 偶e ka偶da grzeczna steczka zrobiona
jemu to dobrze ulokowany kapitalik.
Wiem, wiem.
Zreszt膮 prezes Dyzma wywiera bardzo korzystne wra偶enie.
I warto z nim trzyma膰.
B膮d藕 co b膮d藕 jest filarem ca艂ego ich obozu.
A szapelki bankiczki jad膮.
Taka g艂owa.
Samietka, prawda?
Taki przyjacielek mo偶e by膰 nam kiedy艣 bardzo potrzebniutki.
Ple艅 i potencja艂 na moje nazwisko.
Wa偶ne.
Wiele spraw w ni膮 za艂atwi臋.
Zosta艂a mi jeszcze z czas贸w administrowania w Koborowie.
Wszystko w absolutnym porz膮dku.
A dowiedzia艂 si臋 pan, kto w ministerskie b臋dzie
za艂atwia艂 ten ca艂y gips?
Niejaki Czerpak, naczelnik wydzia艂u.
Jak?
Czerpak.
艢miesznie.
Co to za facet?
A podobno mo偶na z nim pogada膰.
Minister Pichlen uwiez艂 nam u艂atwi膰 sytuacj臋.
Czego?
Witam, witam.
Dzie艅 dobry.
Teatr powiadam kochanemu prezesowi.
艢wietny.
Aktorki, tancerki, no stolica wiadomo.
Stolica.
Panie Krzewickim.
Czy te偶 kochany prezes ma dla mnie jakie艣
wie艣ci?
Tak, by艂em wczoraj u ministra.
Kr贸lu Z艂oty.
I co?
Ci臋偶ko by艂o, ci臋偶ko by艂o.
Ale obieca艂 nam pom贸c.
Do Bogu dzi臋ki, Bogu dzi臋ki.
Spad艂 mi pan z nieba, kochanie pa艅nik ode
mnie.
Staram si臋 jak mog臋.
A mo偶e bli偶ej jakie艣 s艂贸wko?
Sprawa przeci膮gnie si臋 kilka dni, mo偶e i tydzie艅.
Oczywi艣cie wymaga szeregu rozm贸w i konfrontacji.
Nic jeszcze nie jest zdecydowane ostatecznie.
Mo偶e si臋 pan do ministerstwa nie trudzi膰, ale
jak przyjdzie do finalizowania umowy b臋dzie pan musia艂
osobi艣cie om贸wi膰 szczeg贸艂y.
艢wietnie, 艣wietnie.
A je偶eli by jakie艣 koszty, to ch臋tnie s艂u偶臋.
No za 5 tysi膮czk贸w to trzeba b臋dzie da膰.
Niech b臋dzie 6.
Odbijemy to sobie z 艂adnym procentem.
Kto chce szybko jecha膰 musi dobrze osi smarowa膰.
Nie ba膰 si臋 wydatk贸w, kiedy si臋 chce mie膰
dochody.
A nie zmieni艂by pan zaj臋cia?
Niepotrzebny s膮 tacy rozumiej膮cy, przedsi臋biorczy ludzie.
Na przyk艂ad w dobrach pani Niny Kunickiej.
Kierownik Tartak贸w-Koborowskich.
No, co pana tak膮 propozycj臋?
U pana prezesa?
Wsp贸艂pracowa膰 z panem?
Najch臋tniej.
Bardzo ciekawa propozycja.
Panie Czerpak.
Za dwa dni wezmiesz pan do siebie pana
Kunickiego.
Rozkaz.
Zacznie pan z nim nagrywa膰 ca艂膮 spraw臋, ale
tak, 偶eby wiedzia艂, 偶e dostawy otrzyma, tylko trzeba
za艂atwi膰 mas臋 formalno艣ci.
Rozumiem, panie prezesie.
Ju偶 ja go wypi艂uj臋.
Po trzech dniach takiej gadaniny powierz膮 pan, 偶e
w pi膮tek rano, pami臋taj pan, w pi膮tek rano,
b臋dzie przyj臋ty przez ministra Pilchena, kt贸ry musi osobi艣cie
z nim obgada膰 szczeg贸艂y sprawy, poniewa偶 na drugi
dzie艅 wieczorem wyje偶d偶a na miesi膮c za granic臋.
Kapujesz pan?
Tak jest, panie prezesie.
To pan powiesz w czwartek rano.
Pami臋taj pan, w czwartek rano, o godzinie, powiedzmy,
jedenasty, po偶egnasz si臋 pan z nim, a o
pierwszy zadzwonisz pan do mnie do banku, b臋dzie
u mnie Kunicki, poprosi go pan do telefonu
i powiesz pan, 偶e minister Pilchen dowiedzia艂 si臋
o jakim艣 tam procesie i 偶e ze wszystkiego
b臋d膮 nici, je偶eli Kunicki nie przedstawi mi odpowiednich
dokument贸w w tej sprawie.
A by艂 taki proces?
By艂 taki proces.
Na to Kunicki powie panu, 偶e ma takie
dokumenty, ale w Kowalowie.
To na pewno panu powie.
I 偶e zaraz je przywiezie.
呕e jeszcze zd膮偶y przed wyjazdem ministra.
Na to pan powie, 偶e to jest niemo偶liwe,
bo minister chce si臋 z nim widzie膰 rano,
tak jak by艂o um贸wione.
Kapujesz pan?
Tak jest, panie prezesie.
No.
Musisz pan to tak zrobi膰, 偶eby Kunicki musia艂
kogo艣 wys艂a膰 po te dokumenty do Kowalowa, a
sam nie m贸g艂 ruszy膰 si臋 z Warszawy.
Wiesz pan to potrafi膰, panie serwet?
Dla pana prezesa wszystko potrafi臋.
Nie po偶a艂ujesz pan tego.
Musi pan uwierzy膰, inaczej wszystko diabli wezm膮.
Spr贸bowa艂by nie uwierzy膰.
呕eby tylko pani Nina w ostatniej chwili wszystkiego
nie zepsu艂a.
B膮d藕 pan spokojny, damy sobie rad臋.
Panie prezesie...
Tak kochanego cz艂owieka, jak najdro偶szy panikotem, jak czcigodny
prezes, nie ma na ca艂ej kuli.
Z podk艂adami ju偶 prawie, prawie dobijamy ko艅ca.
Czcigodno艣膰 za czcigodno艣膰.
Chocia偶 jeszcze ta rozmowa z ministrem.
Ale potem jak ju偶 za艂atwimy z podk艂adami, trzeba
by pomy艣le膰 o czym艣 jeszcze.
S艂upy telegraficzne.
Psiakrew.
Pozwoli panie Kunicki, 偶e zobacz臋, kto tam czego
chce.
Ale prosz臋, prosz臋, kochany panie nikotemie.
Halo?
Tak.
Kto?
Tak jest, tak jest, wypadkiem spotka艂 pan.
Pan Kunicki jest u mnie.
Naczelnik Czerpak, szuka艂 pana ca艂y dzie艅.
Halo?
Moje uszanowanie?
Moje uszanowanie?
Czym mog臋 s艂u偶y膰 panu naczelnikowi?
Tak.
Rozumiem, oczywi艣cie.
Jaboczne.
Co jaboczne?
Albo co si臋 sta艂o?
Koniecznie 偶膮daj膮 dokument贸w z procesu.
I to do jutra, do 贸smej wiecz贸r.
Rany boskie.
A tu ja si臋 ruszy膰 nie mog臋, bo
audiencj臋 u ministra mam o 11 rano, a
minister wieczorem poci膮giem wyje偶d偶a nam ca艂y miesi膮c.
Co tu robi膰?
No rad藕, no rad藕, co robi膰?
Ratuj panie Dyzmo, panie nikotemie, kochany.
Mam.
Trzeba natychmiast zatelegrafowa膰 do Koborowa.
Niech panu przy艣l膮 te dokumenty.
A, 偶eby to by艂o mo偶liwe.
Dokumenty s膮 w kasie obniotra艂ej, a klucze mam
przy sobie.
To mo偶e wys艂a膰 kogo艣?
Przecie偶 ma pan auto, mo偶e szofera.
Kr贸lu Z艂otym, jak偶e ja mog臋 da膰 klucze od
kasy szoferowi?
Tam s膮 papiery, pieni膮dze, bi偶uteria.
Dokumenty, olbrzymiego znaczenia.
Bo偶e, co robi膰?
Zaraz, zaraz.
Nie ma pan rodziny w Warszawie, kogo艣 bliskiego?
Panie 偶ywej ju偶.
To na podk艂ady trzeba b臋dzie pogwizda膰.
Ale panie, przecie偶 to s膮 miliony.
Przecie偶 na to czeka艂em ca艂ymi latami, a tu
nagle...
Co za idiota ze mnie, 偶e nie zabra艂em...
Czego?
Teczki tej granatowej.
Pami臋ta pan, co panu pokazywa艂em?
Pami臋tam.
Granatowa teczka.
By艂by jeden spos贸b.
By艂oby jedno wyj艣cie.
Jaki?
Nie chcia艂bym pana prosi膰, ale pan sam wie,
jakie to wa偶ne dla mnie i dla pana.
Jak to?
Miliony piechot膮 nie chodz膮.
Panie Nicodemie, pan jest jedynym cz艂owiekiem, kt贸ry mo偶e
uratowa膰 sytuacj臋.
Ja.
Panu.
Bo panu jednemu mog臋 zaufa膰.
Panie Nicodemie kochany, kr贸l z艂oty.
Niech pan mi nie odmawia.
Ale niby czego?
Ja wiem, 偶e pan si臋 zm臋czy, ale wie
pan, przy pana m艂odym wieku, to co to
tam znaczy?
Niech pan si臋 machnie do koborowa.
Niech pan mnie ratuje.
Patrze膰 po cudzych schowkach.
Kr贸lu z艂oty.
Potem cz艂owiek si臋 ugania jak wariat, nie wy艣pi
si臋.
Co ja poczn臋?
Co ja poczn臋?
Pal pana licho.
Pojad臋.
Kr贸lu.
Kr贸lu kochany panie Nicodemie.
Kt贸ry to klucz?
Ten.
Otwiera si臋 bardzo prosto, ale trzeba koniecznie przekr臋ci膰
g贸rn膮 rozetk臋 na dziewi膮tk臋 doln膮, na si贸demk臋.
G贸rna, dziewi膮tk臋, dolna, na si贸demk臋.
Dzwo艅 pan po samoch贸d.
Teczka z dokumentami le偶y na samej g贸rze w
prawym rogu, tak偶e nigdzie wi臋cej szuka膰 nie trzeba.
Panie Nicodemie, kochany, tylko niech pan mi zapomni
dobrze zamkn膮膰 kas臋 i koniecznie przekr臋ci膰 rozetk臋.
Za p贸艂 godziny wracamy do Warszawy.
Pani w domu?
Tak w艂a艣nie, panie, u siebie.
Czy mam zameldowa膰?
Nie, nie trzeba.
Przyjecha艂e艣, nareszcie.
Nareszcie, m贸j s艂odki, jedyny, kochany.
Nie masz poj臋cia, jak bardzo st臋skni艂am si臋 za
tob膮.
A ja?
To niby nie.
Nie zauwa偶y艂e艣, obci膮艂am w艂osy.
Podoba mi si臋 tak?
Bardzo.
Za d艂ugo przyjecha艂e艣.
Wiesz, musz臋 si臋 艣pieszy膰.
Ale dlaczego?
Musz臋 tam w gabinecie przeczyta膰 par臋 papier贸w, porobi膰
notatki.
Gdyby艣 by艂a przy mnie, nie chcia艂bym si臋 nic
robi膰.
Minu艣.
Je偶eli mi nic nie stanie na przeszkodzie, pobierzemy
si臋 wcze艣niej, ni偶 my艣lisz.
A jak si臋 ma dobre kiepe艂ko, to i
wytrycha nie trzeba.
W razie mojej 艣mierci spali膰 nie otwieraj膮c.
Ale poniewa偶 nie umar艂em...
Konik.
Fa艂szywe zeznanie.
Przekup 100 urz臋dnika.
Konik.
Nie ma na co czeka膰.
Jedziemy do urz臋du 艣ledczyego.
A weksle?
Weksle?
Mo偶na by je zatrzyma膰 na wypadek zmiany uczu膰
lub zainteresowa艅 pani Niny.
Ale bezpieczniej b臋dzie spali膰 je.
Je偶eli jest pan oczywi艣cie pewien, 偶e pani Nina
wyjdzie za pana, to jest murowane.
No to klasa.
Jedziemy.
Wsadzenie Kunickiego do wi臋zienia poci膮gnie za sob膮 jako
naturaln膮 konsekwencj臋 proces s膮dowy.
Tak, to prawda.
Ot贸偶 to.
A chyba taki proces, kt贸ry z natury rzeczy
by艂by wielk膮 sensacj膮, nie by艂by mi艂膮 rzecz膮 dla
pa艅skiej przysz艂ej ma艂偶onki ani dla pana, panie prezesie.
A wi臋c co robi膰?
By艂oby mo偶e pewne wyj艣cie z sytuacji.
Jakie?
Powiedzmy, 偶e Kunickiemu grozi 10, a przynajmniej 6
lat wi臋zienia.
To nie ulega w膮tpliwo艣ci.
Dowody s膮 tego rodzaju, 偶e nie potrafi si臋
z tego wymiga膰.
Ot贸偶 co by pan powiedzia艂 na to, panie
prezesie, gdyby艣my spr贸bowali u艂o偶y膰 si臋 z Kunickim?
U艂o偶y膰?
On zrzeka si臋 wszelkich pretensji do maj膮tku 偶ony
i do pana.
Za to pan daje mu, powiedzmy, pewn膮 kwot臋
pieni臋dzy i paszport zagraniczny.
Niech sobie jedzie na Zbity Wew贸d, gdzie chce.
Tak, tylko 偶e mo偶e p贸藕niej wr贸ci膰.
A inna to jest rada.
Zrobimy tak.
Dzisiaj go aresztuj臋, bardzo surowo przes艂ucham, no poka偶臋
mu te wszystkie szparga艂y i zamkn臋, powiedzmy...
Can't find what you're looking for?
Get subtitles in any language from opensubtitles.com, and translate them here.